O sprawiedliwości i progresistach
Łukasz Warzecha 24.04.2018

Mam serdeczną prośbę, z którą zwracam się bezpośrednio do wielbicieli Janosika: przestańcie wycierać sobie twarz hasłem sprawiedliwości. Dotyczy to również pana premiera, który swoje kolejne pomysły, w tym daninę solidarnościową, uzasadnia właśnie potrzebą wprowadzenia „sprawiedliwego” rozwiązania ogromnego wizerunkowego problemu władzy.

Odwoływanie się tutaj do sprawiedliwości jest najczystszym przykładem manipulacji i dość prostackiego chwytu erystycznego. Polega on na wsparciu swojego poglądu takim rozumieniem ważnego pojęcia, jakie pasuje zwolennikowi tego poglądu – mimo że pojęcie jest wieloznaczne, podlega licznym interpretacjom i to o nim należałoby przede wszystkim dyskutować. Mówiąc konkretnie: gdy Mateusz Morawiecki wchodzi na mównicę i stwierdza, że PiS wprowadzi w Polsce sprawiedliwszy system niż dotychczas, bezpodstawnie uznaje, że sprawiedliwa jest akurat jego wizja systemu gospodarczego i społecznego. Dlaczego jednak mielibyśmy się z tym zgodzić, skoro samo pojęcie sprawiedliwości – abstrahując od marksistowskiego potworka „sprawiedliwości społecznej” – jest sporne i dyskusyjne, szczególnie na poziomie przeniesienia teorii w dziedzinę praktyki?

Spójrzmy na konkret: kwestię systemu podatkowego. Przy okazji fatalnego, kuriozalnego i absurdalnego pomysłu daniny solidarnościowej wróciła w jakimś stopniu dyskusja o systemie podatkowym. Odezwali się zwolennicy zwiększania progresji, nazywając – jakże by inaczej – system progresywny „sprawiedliwym”. Dla porządku przypomnę, że cechą systemu progresywnego nie jest to, że bogatsi płacą więcej – to gwarantuje także system liniowy, w którym każdy płaci identyczną część swoich dochodów. System progresywny wyróżnia to, że im więcej się zarabia, tym większą część swoich dochodów trzeba oddawać do wspólnej kasy.

Czy to jest sprawiedliwe? Zwolennicy progresji twierdzą, że tak. Jej przeciwnicy – w tym ja – twierdzą, że nie. Dyskusja dotyczy więc nie tylko samego systemu podatkowego, a może nawet nie przede wszystkim jego, ale rozumienia pojęcia sprawiedliwości. Mówimy o wyborze paradygmatu, w ramach którego chcemy budować konkretne rozwiązania.

Zatrzymajmy się na moment przy kwestii systemu podatkowego. Uzasadnienia dla progresji są różne. Najbardziej, wydawałoby się, oczywiste, ale też najbrutalniejsze – że pozwala ona wyciągnąć podatnikom z kieszeni więcej kasy – pojawia się stosunkowo najrzadziej, prawdopodobnie dlatego, że sami progresiści (jak pozwolę sobie ich nazywać) zdają sobie świetnie sprawę, że w miarę spiętrzania systemu będzie rosła liczba uciekających z niego na różne sposoby. Wiedzą także, że tego typu systemy nie uderzają w naprawdę bogatych, a jedynie w średniaków, ewentualnie bogatszych średniaków. Odpowiedzią bywa stwierdzenie, że system można uszczelniać, wprowadzać nowe przepisy, instytucje kontrolne – tyle że ta droga nigdy nie ma końca, machineria urzędnicza w którymś momencie zaczyna się sama napędzać, a opresyjny system zaczyna walczyć w problemami, które sam tworzy. Tak jak to się dzieje z zakazem handlu w niedziele.

Pozostałe uzasadnienia mają charakter w zasadzie stricte ideologiczny. Jedno brzmi, że zamożnym można zabrać większą część, bo i tak mają dużo. Względnie – mniej to odczuwają. Na temat słabszego odczuwania ubytku zasobów przez zamożne osoby pisał niedawno Robert Gwiazdowski, a że dawno nic lepszego na ten temat nie napisano, nie będę jego tez powtarzał. Zauważę jedynie, że uzasadnienie to jest całkowicie irrelewantne. Czyjaś subiektywna ocena tego, czy ktoś jakąś zmianę odczuje mocniej czy słabiej, nie może być podstawą do tworzenia systemu podatkowego.

Zresztą taka teza nie broni się nawet na najbardziej praktycznym, codziennym gruncie w sytuacji, gdy progresiści chcieliby za „bogaczy” uznawać w polskich warunkach tych, którzy w istocie są jedynie średniakami, i to z niższej półki. Dla nich ubytek kolejnych procentów zarobionych pieniędzy jest istotnie odczuwalny, bo zwykle ludzie ci nie są w stanie zakumulować kapitału na tyle dużego, aby stanowił długoterminową poduszkę, łagodzącą podobne wstrząsy. Jeśli zaś uwzględnić, że wielu z nich ma długookresowe kredyty, to wartość netto ich majątków bywa zerowa albo nawet ujemna. Zarabiając w miarę stabilnie i mając prawo wierzyć, że państwo nie sięgnie im niespodziewanie głębiej do kieszeni, zainwestowali pieniądze w określone działania: budują domy, kształcą dzieci, czasem, jeżeli ich na to stać (co w grupie średniaków nie jest częste) robią jakieś niewielkie inwestycje. Ludzie, zarabiający 10, 15 czy nawet 20 tys. brutto – zwłaszcza ci niebędący przedsiębiorcami, korzystającymi z podatku liniowego, tylko specjalistami – nie są w polskich warunkach krezusami. Żyje im się w miarę dobrze, ale oddają państwu już dziś znaczne pieniądze w podatkach bezpośrednich i pośrednich.

Inne uzasadnienie brzmi, że trzeba dążyć do zniwelowania różnic. To również pojawia się dość często w wypowiedziach premiera. Tymczasem różnice są w rynkowej gospodarce rzeczą naturalną. Politycy mogą oczywiście ocenić, że są zbyt duże, ale jeśli dochodzą do takiego wniosku, powinni szukać systemowej przyczyny i starać się otworzyć drogę mniej posiadającym do gromadzenia majątków lub przynajmniej powiększania dochodów. Najgorszym możliwym sposobem niwelacji różnic jest brutalne zabieranie lepiej sytuowanym i wrzucanie do wspólnej kasy, żeby potem jakąś część łaskawie przekazać uboższym. Przypomina to naprawianie nowoczesnego samochodu za pomocą młotka i łomu. Mówiąc brutalnie – to zwykłe równanie w dół.

Pojawia się wreszcie argument, że bogatsi czerpią z państwa więcej, więc powinni więcej płacić na jego rzecz. Otóż – przypominam – płaciliby więcej również w systemie liniowym. Ale sama teza jest wątpliwa. Można wręcz postawić tezę odwrotną: bogatsi czerpią z państwa mniej, ponieważ za własne pieniądze kupują wiele usług, które państwo zapewnia na niższym poziomie. To dotyczy choćby ochrony zdrowia czy zapewnienia bezpieczeństwa. A przy tym, kupując więcej droższych towarów i usług oraz prowadząc firmy i dając pracę, wnoszą do wspólnej kasy tyle, co znacznie większa liczba podatników gorzej sytuowanych.

W wypowiedziach progresistów, zwłaszcza w Polsce, znamienny jest element niezdrowego rewanżyzmu: na „bogaczach” trzeba się niejako odegrać za to, że śmią mieć więcej – ku radości ludu, którym w jakiejś części powodują resentymenty. Polska historia najnowsza te resentymenty w nawet częściowo uzasadnia, lecz niestety są one kierowane wobec wszystkich zamożniejszych. Rządzący wpięli się w ten rezerwuar złych emocji i korzystają z niego bez żenady.

Wracając do pojęcia sprawiedliwości – nad jego znaczeniem, w tym dla systemów społecznych i gospodarczych, rozważania toczą się od czasu narodzin filozofii. Arbitralne przyjmowanie jednego rozumienia jako oczywistego i niekwestionowalnego, nie jest w żaden sposób uzasadnione.

W tej dyskusji umyka jeszcze jeden aspekt. Intensywnie łupienie zamożniejszych, aspirujących, mozolnie starających się wspiąć po drabinie zasobności, musi zaowocować pogłębioną niechęcią wobec państwa jako takiego. Najważniejsi politycy PiS powtarzają, że jednym z ważnych zadań jest przywrócenie wiary w państwo i postrzeganie go przez obywateli jako własnego. Nie biorą pod uwagę, że natchnionych (niezdrowo) idealistów, gotowych przyjąć nie wiadomo jakie obciążenia „dla Polski”, jest niewielu. Normalny człowiek ma pewną granicę odporności i na co dzień (poza sytuacjami granicznymi w rodzaju wojny i konieczności stanięcia w obronie ojczyzny) rozumuje w dużej mierze merkantylnie: jeśli już i tak dużo dokładam do państwa, oczekuję docenienia, jakiejś korzyści, a choćby i dobrego słowa ze strony władzy, a nie ciągłego powiększania obciążeń, kasowania kwoty wolnej, zwiększania ZUS, daniny solidarnościowej i Bóg jeden wie, czego jeszcze, a wszystko w mdłym sosie bełkotliwych gadek o sprawiedliwości.

Jeśli rządzący się nie opamiętają, poza zduszeniem jakiejkolwiek szansy na zbudowanie w Polsce choćby niewielkiej klasy średniej (dziś jest szczątkowa) przyczynią się do pobudzenia u części Polaków ogromnego rozczarowania, a nawet wrogości wobec własnego państwa. Nie kraju, ale właśnie – państwa. Czy tego chcemy?