O „Żabce”, zakazie handlu, „omijaniu” prawa i deptaniu trawnika
Łukasz Warzecha 18.07.2018

Od kilku miesięcy sklepy sieci „Żabka” toczą walkę z nonsensownym i godzącym w wolność gospodarczą (ale także osobistą, i to nie głównie klientów, ale przede wszystkim pracowników) zakazem niedzielnego handlu. O samym zakazie i jego absurdach pisałem już między innymi na blogu WEI (tutaj) oraz w wielu innych miejscach.

 

„Żabka” w swojej walce o możliwość otwierania sklepów w niedziele korzysta z jednej z furtek, jakie stworzyła ustawa, zaprojektowana pod naciskiem „Solidarności”, ale pozwalająca pracować placówkom pocztowym. „Żabki” mają podpisane umowy z Pocztą Polską oraz DHL i stoją na stanowisku, że ich sklepy mają w związku z tym status placówek pocztowych, a zatem mają prawo być otwarte – a przy tym sprzedawać także inne produkty. Co akurat wydaje się całkiem logiczne, skoro placówki Poczty Polskiej sprzedają książki, kalendarze, serwetki, czasopisma, rękawiczki, portfele i sto innych rzeczy.

Spór oparł się o sądy, do których wnioski masowo zaczęła wysyłać Państwowa Inspekcja Pracy. Wiceminister Szwed zapowiadał, że zakaz będzie uszczelniany. Tym samym grozi „Solidarność”, przy czym jej postulaty w tym względzie są jeszcze dalej idące i zakładają na przykład twórcze potraktowanie pojęcia doby poprzez rozciągnięcie zakazu handlu częściowo na sobotę i poniedziałek. To wszystko oczywiście podręcznikowa wręcz ilustracja wiekopomnej frazy Kisiela, iż socjalizm walczy zaciekle z problemami, jakie sam stwarza.

Przy tym zagorzali zwolennicy zakazu handlu upierają się, że „Żabka” „obchodzi prawo”. Nawet nie „łamie”, ale właśnie „obchodzi”. To dziwne pojęcie, pojawiające się oczywiście przy wielu innych okazjach. Podobnie nazywa się choćby przenoszenie działalności gospodarczej do Czech, aby korzystać z większych odliczeń podatkowych i niższych obciążeń.

Sformułowanie „obchodzenie prawa” sugeruje coś bardzo złego. Niegodziwi właściciele „Żabki” czy źli, chciwi przedsiębiorcy nie chcą przestrzegać naszego doskonałego prawa, więc je „obchodzą”. A przecież powinni chętnie dzielić się z nienasyconym budżetem swoimi pieniędzmi w nieograniczonej wysokości oraz z radością zamykać sklepy w niedziele, zgodnie z politycznym zapotrzebowaniem Piotra Dudy, szefa „Solidarności”.

Czy „obchodzenie prawa” jest jego łamaniem? Nie – i to jest jasne również dla tych, którzy po to określenie sięgają. W przeciwnym wypadku mówiliby przecież wprost o łamaniu prawa. Inaczej też wyglądałaby reakcja na działania „obchodzących prawo”. PIP-a nakazałaby po prostu zamknięcie sklepów zamiast interpretację przepisów zrzucać na sądy, tymczasem inspektorzy nawet nie kryli, że nie czują się na siłach takiej interpretacji dokonać wobec niejasności ustawy. Skarbówka natomiast ścigałaby bezwzględnie i z natychmiastowym skutkiem tych, którzy zainstalowali się ze swoimi firmami w Ostrawie, Frydku-Mistku, Hradec Kralove czy Libercu. Tak się jednak nie dzieje. Sprawy gubią się w interpretacjach, trafiają do sądów, wyroki bywają różne. Większość zarejestrowanych w Czechach firm najspokojniej pracuje, a po polskich drogach jeździ masa należących do Polaków samochodów na czeskich blachach, ponieważ zasady odliczania VAT przy zakupie auta firmowego są u naszych południowych sąsiadów znacznie korzystniejsze niż w Polsce.

Skoro zatem „obchodzenie prawa” nie jest jego łamaniem, to znaczy, że jest działaniem dozwolonym. Prawo bowiem nie przewiduje jakiegoś trzeciego stanu: albo coś jest dozwolone, albo nie jest. Nie może być działania „częściowo dozwolonego” czy „nie całkiem niedozwolonego”. To oczywiście jedna z podstawowych zasad zachodniego systemu prawnego, ale z jakichś powodów rząd uznał, że musi ją dodatkowo umieścić w konstytucji biznesu, stwierdzającej jasno i jednoznacznie: co nie jest zabronione, jest dozwolone.

Tym bardziej powinno być jasne, że nie istnieje żadne „obchodzenie prawa”. Jeśli przedsiębiorca korzysta w możliwości, jakie otwiera przed nim prawo niemądre, źle napisane, niechlujne – żeby osiągnąć podstawowy cel uczestnika gry rynkowej, jakim jest maksymalizacja zysku (ale przecież także, aby móc zatrudnić więcej osób – wszak im mniej przedsiębiorca oddaje państwu lub im dłużej może mieć otwartą swoją firmę, tym więcej ludzi do pracy będzie przyjmował) – to nie „obchodzi prawa” ani tym bardziej go nie łamie. Robi to, co nie jest zakazane, a więc jest dozwolone. Prosta sprawa.

Można oczywiście wskazać, że niektóre z takich działań są ewidentnie sprzeczne z zamiarami ustawodawcy lub pomysłodawcy danych przepisów. Tak z całą pewnością jest w sprawie „Żabki”. Zamordyści z „Solidarności” chcieli, żeby zakaz był całkowity, a już na pewno nie życzyli sobie, żeby były spod niego wyłączone sklepy spożywcze, które stały się placówkami pocztowymi. Skoro tak się jednak dzieje, to wnioski mogą być dwojakiego rodzaju.

Etatyści zamordyści zawsze widzą w takiej sytuacji tylko jedno rozwiązanie: zaostrzanie przepisów i niemający końca wyścig z przedsiębiorcami czy szerzej: obywatelami. Uszczelnienie – wykorzystanie kolejnej możliwości – uszczelnienie – wykorzystanie możliwości – i tak bez końca. Tak działa socjalizm.

Mądry prawodawca – a w moim przekonaniu mądry prawodawca nie może być z zasady etatystą – dojdzie do całkiem innej konkluzji. Jeśli prawo nie działa zgodnie z intencjami, to może jest zbędne? A może jest źle skonstruowane i naprawiając je, należałoby ograniczyć zakres jego obowiązywania? Może należałoby je wyklarować w taki sposób, żeby nie było wątpliwości, że nikt go nie „obchodzi”, ale po prostu czyni rzecz dozwoloną? A może, jeśli obywatele uciekają ze swoją działalnością gdzie indziej, zatrzymać ich, wprowadzając u nas identyczne lub nawet korzystniejsze rozwiązania?

Przypomina to trochę sytuację z bezsensownie wytyczonym chodnikiem obok trawnika. Jeśli ludzie zaczną sobie wydeptywać w trawie własny skrót, administrator zamordysta zacznie stawiać kolejne płoty, ogrodzenia, tabliczki z ostrzeżeniami, na koniec postawi przy trawniku strażników miejskich, monitoring i zacznie wlepiać mandaty. Administrator rozsądny wykorzysta wydeptany skrót, żeby tam właśnie zrobić chodnik i na tym swoją działalność zakończy.