Obelgi, kalumnie, insynuacje, czyli Unia jako lewiatan ewentualnie babilońska wszetecznica
Dariusz Matuszak 25.09.2018

Teza, iż Unia się rozpada jest w Polsce nadal przyjmowana z lekceważeniem, albo przynajmniej z pobłażliwością i poczuciem wyższości w stosunku do biedaka, który ją formułuje, bo najwyraźniej nie rozumie meandrów polityki światowej,  małym rozumem nie ogarnia geniuszu i przenikliwości europejskich przywódców i nie wie co dla naszego kraju dobre. Albo chciałby nas pchnąć w objęcia rosyjskiego niedźwiedzia. Głupie to niemożebnie. Mniej więcej tak jakby oskarżać lekarza, który diagnozuje u pacjenta nowotwór o to, że życzy mu śmierci.

 

W twierdzeniu, że dla Polski nie ma poza Unią żadnej alternatywy być może  jest nawet jakaś pokrętna logika (choć unijnych przywódców o żadną, nawet w najbardziej groteskowym wydaniu nie podejrzewam). Upraszczając: jak już UE się rozpadnie, to stanie się zbiorem pustym. Aby być elementem zbioru pustego trzeba być niebytem. W tym sensie, po rozpadzie Unii Polska może być jej częścią kiedy jej samej nie będzie.

W zachodnich mediach Unia coraz częściej przedstawiana jest jako biurokratyczne monstrum, albo oplatający i duszący kontynent lewiatan. Mnie się podoba zwłaszcza to drugie określenie.  Nasz nacjonalistyczny wieszcz Mickiewicz w swej epopei nacjonalistycznej „Pan Tadeusz”pisał, że gdy ten potwór zdechł, to aniołowie rzucili jego szczątki na niebo i mamy gwiazdozbiór Ryby.

I to wiadomo także u starych Litwinów

(A wiadomość tę pono wzięli od rabinów),

Że ów zodyjakowy Smok długi i gruby,

Który gwiaździste wije po niebie przeguby,

Którego mylnie Wężem chrzczą astronomowie,

Jest nie wężem, lecz rybą, Lewiatan się zowie.

Przed czasy mieszkał w morzach, ale po potopie

Zdechł z niedostatku wody; więc na niebios stropie,

Tak dla osobliwości jako dla pamiątki,

Anieli zawiesili jego martwe szczątki.

Studiującym Kabałę to by się nawet zgadzało – wszak na unijnej fladze są gwiazdy. Optymizmem napawa też inna żydowska opowieść, że jak ten Lewiatan zdechnie, to sprawiedliwym zostanie podane jego mięso. Uczta odbędzie się pod namiotem zrobionym z jego skóry.

Ta wizja jest mi bardzo bliska. Jako zwolennik Polexitu, a więc jako lekarz życzący pacjentowi śmierci, mam bardzo precyzyjną strategię w stosunku do Unii: brać forsę i w nogi. Im więcej zabierzemy i im szybciej się ewakuujemy, tym więcej tego lewiatanowego mięsa dla nas zostanie.

Swego czasu karierę w Polsce robiło też określenie Brukseli jako „babilońskiej wszetecznicy”. Jeśli wziąć pod uwagę stosunki, jakie w Unii panują, to można je także uznać za prorocze. Mamy bowiem do czynienia z burdelem, w którym wszyscy żrą się ze wszystkimi. Jeśli kogoś razi to słowo, to proponuje zapoznać się z obelgami i kalumniami jakimi nawzajem obrzucają się europejscy politycy.

To, co było domeną brukowców, zaczyna wchodzić do głównego nurtu europejskiej polityki (tylko z czystej złośliwości przytoczę miano, jakim po unijnym szczycie w Salzburgu brytyjski ściekowiec „The Sun” obdarzył prezydenta Macrona i Donalda Tuska – „brudne szczury”. Jak komuś nie podoba się „brudne”, to niech sobie tłumaczy „dirty rats” jako podstępne szczury, albo jakkolwiek).

Tak, czy owak można zapomnieć o eleganckiej, pełnej wysmakowanych form dyplomacji. Są przekleństwa, wyzwiska, pomówienia. Ot kilka przykładów z ostatnich dni. Na konferencji w Wiedniu luksemburski minister spraw zagranicznych Jean Asselborn rzuca publicznie pod adresem występującego włoskiego wicepremiera Salviniego: „gówno”. Irlandzki europoseł Luke Flanagan nazywa w Parlamencie Europejskim Orbana „śmieciem”, a deputowany z Węgier Goebbelsem (To pewnie się podobało, przynajmniej prowadzącemu obrady przewodniczącemu Tajaniemu).

Komisarz UE ds. gospodarczych i finansowych Francuz Pierre Moscovici stwierdza, że Włochami rządzą „mali Mussolini”. Inwektywami obrzucili Włochów też Hiszpanie, aż ich ambasador w Rzymie został wezwany na dywanik. Po szczycie w Salzburgu prezydent Macron nazywa połowę brytyjskich polityków – tych, którzy jak były minister spraw zagranicznych Johnson są zwolennikami Brexitu, kłamcami i oszustami.

(Swoją droga to dość zabawne, iż media i wielu polityków widzi w Macronie unijnego lidera, który ma wizję Europy i wyprowadzi ją z kryzysu. Jak na razie nic nie wskazuje na to, by miał choćby wizję Francji. Nie radzi sobie z żadnymi wewnętrznymi problemami, a jego popularność szlifuje bruk – jest jeszcze niższa niż na tym samym etapie prezydentury niesławnej pamięci Hollanda.  Podobne marzycielskie projekcje dotyczą też Angeli Merkel. Amerykańskie media i Demokraci na złość Trumpowi nazywają ją „przywódcą wolnego świata”. Miano to było do tej pory zarezerwowane dla prezydentów USA. Merkel owszem jest jeszcze panią kanclerz, ale nie jest już przywódczynią nawet Niemiec.).

I tak sobie latają w tę i nazad obelgi. Dla większości to tylko lichej miary obyczajówka, do której nie warto przywiązywać wagi. Dla mnie zaś symptom czegoś dużo poważniejszego. Politycy europejscy mają świadomość tego co się dzieje i zwyczajnie zaczynają im puszczać nerwy. Kolejny już szczyt w sprawie polityki imigracyjnej zakończył się porażką. Państwa UE nie są w stanie nic w tej sprawie ustalić, a przywódcy tych silnych – jak Francja straszą pozostałe jakimiś karami.  Po Morzu Śródziemnym krążą statki przemytników ludzi, a Włochy i Malta nie chcą już ich przyjmować.

Nieuzgodniony jest budżet i nadal nie wiadomo jak załatana zostanie dziura po Wielkiej Brytanii, kiedy przestaną spływać od niej składki. Na ich zwiększenie, czego chcieliby Francuzi i Niemcy, nie zgadzają się m.in. Austria, Dania, Holandia, czy Włochy. Te ostatnie grożą, że w ogóle przestaną je płacić.

Można zapomnieć całkowicie o jakiejś europejskiej solidarności. Chyba, że chodzi o tę brukselską: ja poprę ciebie, a ty mnie i razem skoczymy sobie na konferencję klimatyczną do Tajlandii, albo obserwować wybory w Gruzji. To taki piękny kraj.

Nie zanosi się na żaden „aksamitny rozwód” ze Zjednoczonym Królestwem, bo Unia chce dać Wyspiarzom nauczkę i postraszyć kolejne państwa, które mogłyby zachcieć opuścić Wspólnotę. O tym jak to wygląda świadczy choćby „wojna o przegrzebki” między francuskimi, a angielskimi rybakami. Całe szczęście, że kutry poszczególnych flot nie mają dział.

Wciąż analizuje się jakie straty i szkody poniesie na Brexicie Wielka Brytania, tak jakby nie było drugiego rozwodnika. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że za rozstanie ogromne pieniądze zapłaci też Unia, a zwłaszcza Niemcy

Analizując dalej na zimno wygląda to tak: Wielka Brytania – druga gospodarka Europy, opuszcza Unię i po upokorzeniach jakie spotkały premier May w Salzburgu nic nie wskazuje na to, by coś mogło ten proces powstrzymać. Hiszpanii – 5-ej gospodarce, cały czas grozi rozpad i nie zmieni tego wsadzanie katalońskich polityków do więzień. W Niemczech losy gabinetu Merkel wiszą na włosku, albo nawet na rozciągniętej i przetrawionej gumie do żucia. Zdymisjonowany szef kontrwywiadu zarzucił de facto rządowi kłamstwa w sprawie demonstracji w Chemnitz, które opisywano jako neonazistowskie ekscesy. W Szwecji, po największej od ponad 100 lat klęsce nieustannie panujących socjaldemokratów, nie da się praktycznie rządzić bez Szwedzkich Demokratów. Ci zaś zapowiadają referendum w sprawie opuszczenia Unii.

We Włoszech najpopularniejszym ugrupowaniem jest współrządząca z Ruchem Pięciu Gwiazd Liga. Jej lider Salvini publicznie szydzi z Unii i zapowiada, że po majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego będzie rządził Europą razem z Wiktorem Orbanem. Wizja symboliczna, ale nie fantastyczna jeśli wziąć pod uwagę, że najpopularniejszym ugrupowaniem we Francji jest obecnie Front Narodowy Marine Le Pen, a antyimigrancka i antyestablishmentowa AfD wyrasta na drugą siłę w Niemczech. We wschodnich landach już jest najpopularniejsza.

W Holandii Partia Wolności Geerda Wildersa wciąż pozostaje drugą siłą polityczną. Grecy o Unii, a już zwłaszcza o niemieckim przewodnictwie w niej nie chcą nawet słyszeć.

Jaka będzie więc Unia po majowych wyborach, kiedy w jej Parlament zaludnią posłowie z Frontu Narodowego, Partii Wolności, Alternatywy dla Niemiec, Szwedzcy Demokraci, eurosceptycy z Czech od Babisza etc? Z Parlamentu zniknie co prawda 19 brytyjskich eurosceptyków z UKIP, ale też 54 brytyjskich euroentuzjastów.

Na horyzoncie nie widać nikogo, kto byłby w stanie nadać Unii jakąś nową energię i powstrzymać procesy dezintegracyjne. Para pociągowa Macron i Merkel już nie jest w stanie tego wozu wlec, zwłaszcza, że we własnych krajach cieszy się wręcz żenująco niskim poparciem. Coraz bardziej natomiast ewidentne jest, iż poszczególne państwa grają tylko i wyłącznie o własne interesy, a Bruksela jest o tyle przydatna, o ile jest narzędziem np. do dyscyplinowania nieposłusznych, czy wprowadzenia regulacji pomagających krajowym firmom.

W tym kontekście na szaleństwo zakrawa koncept rozszerzenia Unii o grupę państw bałkańskich. Wygląda to na ucieczkę do przodu. Unia nie radzi sobie w swoim 28-osobowym jeszcze gronie, więc przyjmie kolejnych członków.

Obelgi , którymi obrzucają się politycy europejscy nie są więc jakimś kryzysem w sferze dyplomatycznego savoir vivre. To efekt narastającej frustracji wynikającej z uświadamiania sobie, że wszystko sypie się z rąk. Że wielki projekt rozpada się i już wkrótce dla wielu z owych brukselczyków skończą się czasy cieplutkich posadek, diet i podróży do Kostaryki, by dyskutować o prawach kobiet.

Traktuję to wzajem traktowanie się polityków europejskich jako symptom czegoś znacznie poważniejszego. Czegoś o czym być może oni już wiedzą, ale o czym nie chcą uświadomić ludu pracującego miast i wsi Unii Europejskiej. Kolejne wielkie projekty, jak choćby ten z Bałkanami, albo powołaniem wspólnej armii mają przykryć gigantyczne problemy.

Tę logikę przypisuję się np. Putinowi, który dzięki ekspansji zewnętrznej miałby zneutralizować problemy wewnętrzne.

Większość tego co napisałem jest w tonie szyderczym i frywolnym. A to z troski o stan ducha i umysłu wierzących we wspaniałość Unii i jej świetlaną przyszłość. Dzięki takiej formie łatwiej odnieść się do mej wypowiedzi pisemnej z lekceważeniem. Nie zburzy ona poczucia wyższości i przekonania, że postępująco postępowi europejscy przywódcy poprowadzą nas do krainy wiecznej szczęśliwości.