Odczarować liberalizm
Łukasz Warzecha 04.09.2018

Taką właśnie skazą, podszytą komunistycznym chichotem, była likwidacja Stoczni Gdańskiej. Człowiek jak ja, pochodzący z drugiej strony Polski, wychowany na wielkim micie „Solidarności”, przyjeżdża do Gdańska i w miejscu, gdzie jest ta świątynia, ta kolebka „Solidarności”, widzi chaszcze i gruzy. Czy to nie jest także symbol tej zmieniającej się Polski? […] Te wszystkie choroby musimy dzisiaj, po tylu latach wyleczyć. Gdy ktoś dzisiaj pyta, co to znaczy Polska, to ja powiem: ja chcę, żeby Polska to była właśnie „Solidarność”, niezłomnie krocząca w przyszłość, budująca sprawiedliwość, będąca razem i wspólnie. Jakże to niezmiernie ważne, byśmy mogli mieć państwo, byśmy mogli w nim spokojnie wychowywać dzieci.

 

Tak mówił 31 sierpnia w kościele pw. św. Brygidy prezydent Andrzej Duda. Solidarnościowe odwołania nie są w retoryce polityków PiS niczym nowym i mają oczywiście wymiar szerszy niż tylko ściśle gospodarczy. Chodzi tu o bardziej kompleksową wizję urządzenia Polski, opartą na przymuszeniu do wspólnotowości.

Czemu „przymuszeniu”? Bo – jak pisałem wielokrotnie w tym miejscu, omawiając różne socjalne działania obecnej władzy, które jednak mają wymiar głębszy niż tylko ekonomiczny – podwyższaniem obciążeń, zakazami, nakazami oraz podniosłymi przemówieniami nie stworzy się poczucia wspólnoty i zobowiązania u tych, którzy mają dzisiaj (lub w danym momencie, przy danej władzy) wrażenie, że są szczególnie eksploatowani i że władza dopieszcza swoich wyborców ich kosztem. Dziś takie uczucie mogą mieć członkowie klasy średniej czy, ogólniej, ci, którzy zapracowali sobie uczciwie na swoją lepszą pozycję, nie tylko materialną. Przez lata takie poczucie mieli z kolei ci, którzy dzisiaj są hołubieni. Solidarnościowa retoryka rządzących niczego tutaj nie naprawi i nie zmieni. Sposobem na zmianę myślenia o swoich zobowiązaniach wobec wspólnoty, ale też – to z kolei dotyczy głównie tej grupy Polaków, którzy cieszą się szczególnymi względami obecnej władzy – o tym, co się od tej wspólnoty komuś należy, nie jest narzucanie nowych obowiązków czy obciążeń z jednej strony, a dodawania kolejnych przywilejów, świadczeń i uprawnień z drugiej, ale ustanowienie jasnych i przejrzystych reguł oraz przekonania, że w zamian za to, co się daje, coś się także dostaje. Niekoniecznie w wymiarze czysto materialnym.

Tak dzisiaj niestety nie jest. Cała aktualna kadencja upływa po hasłem – oczywiście nigdzie nie wypowiedzianym wprost – odbierania jednym (tym, którzy, w domyśle, nie zasłużyli, aby mieć więcej) i dawania drugim (tym, którzy byli „pokrzywdzeni”). Wobec tych pierwszych władza nie wykonała żadnego gestu, nie powiedziała żadnego dobrego słowa, zapewne również wskutek kalkulacji, że nie są to wyborcy dla niej najważniejsi. Skutkiem nie będzie „wyrównanie szans”, tylko wzrost niechęci, frustracji, napięć.

Prezydent wypowiedział niestety także następujące słowa:

Gdzie byli ci broniący konstytucji, kiedy następowała pauperyzacja, kiedy bezrobocie było powyżej 10 procent, kiedy likwidowano stocznię Gdańską? […] Gdzie byli, gdy na umowach śmieciowych budowano liberalną gospodarkę, odbierając ludziom chleb i spokojne życie w ten sposób? Gdzie byli? Byli częścią tak kształtowanego systemu, a to nie jest system państwa, który ma w konstytucji wpisaną deklarację, że system społeczny ma być systemem społecznej gospodarki rynkowej, bo społeczna gospodarka rynkowa, to sprawiedliwy podział dóbr, to gospodarka oparta na chrześcijańskiej nauce społecznej.

Ten fragment jest już doprawdy koszmarny. Pomijając polityczną szpilę, wbijaną w „obrońców konstytucji”, mamy tu pomieszanie z poplątaniem, z którego wynurza się jedno tylko przesłanie: że dotąd mieliśmy „zły liberalizm”, a teraz będziemy mieć w końcu „dobry solidaryzm społeczny”. A przecież gdy pochylić się nad tymi słowami, wywód Andrzeja Dudy nie ma wielkiego sensu.

W przytoczonym na wstępie fragmencie wystąpienia mówi prezydent o Stoczni Gdańskiej jako o „świątyni”. Przesłanie, jak się zdaje, jest takie, że stoczni zlikwidować nie można było, ponieważ była kolebką „Solidarności”. Pomijam tu ten konkretny przypadek – czy polskie stocznie faktycznie trzeba było zamykać czy nie, to inna historia. Trzeba tylko pamiętać, że przemysł stoczniowy miał ciężko wszędzie w związku z ogromną ekspansją stoczni koreańskich czy chińskich, a tam, gdzie w Europie przetrwał – jak w Niemczech – stało się tak w dużej mierze za sprawą pomocy publicznej. Czyli za pieniądze podatników.

Jednak samo rozumowanie jest niezmiernie ryzykowne. Przecież o zachowaniu lub likwidacji zakładów pracy nie może decydować to, czy odgrywały historycznie doniosłą rolę! Oczywiście warto, a nawet trzeba zachować historię tych miejsc, przechować ją w miejscach, gdzie działy się rzeczy istotne, poprzez instalacje muzealne, edukację, upamiętnienia różnego rodzaju. Ale czy legitymacją dla trwania całkowicie nieradzącego sobie w rynkowej grze zakładu miałoby być to, że niemal 40 lat temu wybuchł w nim ważny strajk?

Prezydent używa pogardliwego określenia „umowy śmieciowe” i stwierdza, że na nich budowano „liberalną gospodarkę”. Otóż umowy cywilnoprawne nie są czymś z zasady złym, a w wielu przypadkach są i były rozwiązaniem pożądanym, zwiększającym elastyczność rynku pracy. Nie budowano też na ich fundamencie żadnego „liberalizmu”. Prezydent, jak wielu socjalistów, używa pojęcia „liberalizm” jako swego rodzaju obelgi, pojęcia z gruntu pejoratywnego, opisującego system, który w istocie z liberalizmem nie miał wiele wspólnego, za to wiele z nierównym traktowaniem obywateli, kombinacjami, nepotyzmem, korupcją i innymi patologiami.

Jeszcze ciekawsze jest stwierdzenie, że budowa tej rzekomo liberalnej gospodarki odbierała ludziom chleb i spokojne życie. Andrzej Duda buduje tutaj określony ciąg skojarzeń: zły liberalizm opierał się na złych umowach śmieciowych, podczas gdy dobry solidaryzm to „spokojne życie” – czyli, jak można wnioskować, gwarancje zatrudnienia, obfity socjal, sztywny kodeks pracy i inne etatystyczne wynalazki.

Nie ma sensu analizowanie całości prezydenckiego wystąpienia. Nie sposób natomiast nie zwrócić uwagi, że przedstawiciel obozu władzy po raz kolejny posługuje się fałszywymi schematami do opisu zarówno tego, co miało miejsce w Polsce przez większość trwania III RP, jak i liberalizmu jako systemu przede wszystkim gospodarczego.

Ci, którzy do liberalizmu się przyznają, nie wstydzą się swoich liberalnych poglądów, a za patronów uważają nie „aferałów”, ale Hayeka, von Misesa czy mocno podkreślającego rolę etyki i religii Dzielskiego – powinni dzisiaj szczególnie mocno walczyć o odczarowanie pojęcia liberalizmu i przywrócenie mu właściwego miejsca. Klasyczny liberalizm nie jest jakimś potworem, nie jest systemem, w którym głodne dzieci umierają na ulicy. Takie sceny zdarzały się lub zdarzają w krajach, które oficjalnie szczególnie mocno dbały lub dbają o „sprawiedliwość społeczną”: w sowieckiej Rosji, na Kubie, w Wenezueli.

Liberalizm faktycznie oznacza natomiast brak „spokojnego życia” w sensie, jaki nadał temu pojęciu prezydent. Nie ma w nim miejsca na gwarancje dożywotniego spokoju, jakich chcieliby niektórzy.

A że to nie wymysł publicysty, przekonałem się niedawno, rozmawiając z prezesem jednej z największych państwowych firm. Usłyszałem, że niektóre gminy, na terenie których owa firma działa, w zamian za nierobienie jej problemów potrafiły stawiać żądania gwarancji zatrudnienia w przyszłości w przedsiębiorstwie dzieci, zaczynających dopiero szkołę. Absurd? Oczywiście. Ale tak właśnie niektórzy wyobrażają sobie państwo, w którym działa „społeczna gospodarka rynkowa”.