Ormiańskie scenariusze
Jerzy Marek Nowakowski 25.04.2018

Polska opinia publiczna dowiedziała się w ubiegłym tygodniu, ze istnieje Armenia. Nie jakiś mityczny odległy byt, ale konkretne, niewielkie państwo na Południowym Kaukazie. Przez ponad tydzień na ulicach Erywania trwały masowe protesty, które doprowadziły do dymisji rządzącego od dekady Serża Sarkisjana ze stanowiska premiera.

Protesty wzięły się stąd, że sprawujący przez 10 lat funkcję prezydenta, a od dwudziestu lat należący do ścisłej elity władzy Serż Sarkisjan został powołany na urząd premiera. Wcześniej, od prawie dwóch lat przygotowywał się do tego. Doprowadził do zmiany konstytucji w 2015 roku, tak by istniejący wcześniej ustrój prezydencki zastąpić kanclerskim. Zadbał o to by w wyborach parlamentarnych wygrała kierowana przez niego Partia Republikańska. Więcej, osobiście pilnował by na listach wyborczych znaleźli się ludzie osobiście lojalni wobec niego. Zadbał o wszystko, nawet o to by dotychczasowy pałac prezydencki stał się siedzibą premiera, aby rzeczywisty przywódca państwa nie musiał się przeprowadzać. Na prezydenta od kwietnia będącego wyłącznie figurą dekoracyjną, wybrano (w parlamencie a nie w głosowaniu powszechnym) dotychczasowego ambasadora w Londynie, wybitnego uczonego i milionera, który dorobił się majątku na grze „Tetris” Armena Sarkissjana. Sam zaś dotychczasowy prezydent został lekko, łatwo i przyjemnie zatwierdzony przez parlament na stanowisku premiera.

I nagle wszystko się posypało. Na ulice stolicy Armenii wyszli demonstranci. Najpierw kilkuset, potem kilka tysięcy, pod koniec prawie sto tysięcy (od 60 do 100 tys. w zależności od tego kto liczył).

Przywódcą protestu został deputowany do parlamentu i od lat jeden z najpopularniejszych polityków Armenii Nikol Paszynian. Czterdziestodwuletni polityk całą swoją karierę zbudował na walce z Serżem Sarkisjanem. Po krwawej inauguracji pierwszej prezydentury Serża (jak wszyscy w Armenii mówili o prezydencie), kiedy podczas demonstracji snajperzy zabili co najmniej 10 osób a setki zostały rannych Paszynian – jeden z liderów ówczesnego protestu – wylądował w więzieniu. Zwolniony, potem ponownie aresztowany. W sumie spędził w więzieniu ponad dwa lata. Od 2012 r. zasiada w ławach parlamentarnej opozycji. A w wyborach 2017 r. stworzony przez niego blok „Yelk” (Wyjście) stal się w istocie jedyną siła opozycyjną w ormiańskim parlamencie. Żeby było jeszcze ciekawiej, to Paszynian jest głęboko skonfliktowany z przywódcą tzw. konstruktywnej opozycji, partii „Kwitnąca Armenia” Gagikiem Carukianem. Oskarżał Carukiana – milionera i byłego zapaśnika – o zorganizowanie zamachu na jego życie.

Przez tydzień stali naprzeciwko siebie były prezydent (i mistrz szachowy) Serż Sarkisjan oraz klasyczny lider wiecowy Paszynian. Ostatecznie 23 kwietnia Serż podał się do dymisji i – jak twierdzą moi przyjaciele z Erywania – wyjechał z kraju. A wraz z nim jego brat, powszechnie uważany za najbardziej skorumpowaną postać w Armenii oraz kilku oligarchów i dowódców wojskowych.

Ormianie oszaleli z radości. „Wielki dzień” pisali na facebooku, Armenia zwyciężyła itd. Tymczasem prawdziwe schody dopiero się pojawiły. Sarkisjan był dość powszechnie znienawidzony w Armenii jako symbol rządów klanu z Karabachu, jako symbol korupcji władzy i – przede wszystkim – jako ktoś, kto rządzi już za długo. Na ulice największych miast Armenii wyszli w proteście przede wszystkim ludzie młodzi, którzy nie pamiętali innej władzy niż klan karabachski symbolizowany przez Sarkisjana rządzący Armenią od 20 lat. Masowa emigracja, bieda, korupcja, samowola policji wszystko to kojarzyło się z jedną osobą – Serżem. I właściwie było to jedyne hasło masowych demonstracji – „Serż odejdź”. Odszedł. Ale pomimo deklaracji Paszyniana, że jest gotów objąć urząd premiera ormiańska klasa polityczna nie jest gotowa na zmiany.

W ławach parlamentu, który będzie wybierał nowego premiera i nowy rząd siedzą ci sami ludzie co przed tygodniem, starannie dobrani przez Sarkisjana.. Pełniącym obowiązki premiera został dotychczasowy premier i tygodniowy wicepremier Karen Karapetian. I już zdołał wykonać dwa istotne gesty – odwołał zaplanowane spotkanie z liderem opozycji (bo Paszynian chciał, aby rozmowa odbyła się w obecności dziennikarzy) oraz spotkał się z niejakim Samuelem Karapetianem. Nie, zbieżność nazwisk jest przypadkowa, ale już zbieżność politycznych korzeni nie. Otóż Samuel Karapetian to rosyjski miliarder (obliczany na jakieś 5 mld USD) ormiańskiego pochodzenia, oligarcha ściśle związany z Kremlem. Podobnie jak sam p.o. premiera, który całą swoją karierę robił w rosyjskim Gazpromie.

Serż Sarkisjan ostatnie półtora roku poświęcił na walkę z premierem, którego narzuciła mu Moskwa. Marginalizował go, pozbawiał części uprawnień, aby ostatecznie objąć urząd premiera. Bo w istocie ormiańska polityka to nieustanne lawirowanie pomiędzy Rosją, Zachodem, Turcją i Iranem. Armenia pozostaje w konflikcie zbrojnym z sąsiednim, dużo większym i nieporównywalnie bogatszym Azerbejdżanem. Azerów wspiera Turcja. W efekcie dwie najdłuższe granice Armenii pozostają całkowicie zamknięte. Do Erywania prowadzą trzy drogi, dwie z Gruzji i jedna z Iranu. Aby przywieźć bądź wywieźć jakikolwiek towar z Armenii ciężarówki muszą wspinać się na przełęcze położone na wysokości Rysów, po bardzo złych drogach, których część przebiega w zasięgu strzału azerskich snajperów (od czasu do czasu strzelających do samochodów) a zimą bywa nieprzejezdna.

Co gorsza na granicy (zwanej linią kontaktu) pomiędzy Azerbejdżanem a Górskim Karabachem regularnie dochodzi do wymiany ognia i mniejszych lub większych potyczek. Wprawdzie Karabach, w Armenii zwany Arcachem, ogłosił niepodległość, ale politycznie i ekonomicznie jest całkowicie zależny od Armenii. W efekcie Armenia, której PKB jest porównywalne z PKB powiatu bydgoskiego utrzymuje stutysięczną armię w stanie pełnej gotowości bojowej. Uzbrojenie otrzymuje właściwie tylko z Rosji, która najpierw sprzedaje je na kredyt, a potem w ramach spłaty niespłacalnych kredytów przejmuje wszelkie wartościowe elementy ormiańskiej infrastruktury i – oczywiście – żąda politycznej lojalności od Erywania. No i utrzymuje w Giumri, drugim co do wielkości mieście Armenii, potężną 102 bazę wojskową, formalnie po to by strzec granicy z Turcją (jako granicy Unii Euroazjatyckiej) faktycznie zaś używaną jako straszak wobec Gruzji i ostatnio wykorzystywaną także do zaopatrywania rosyjskich wojsk, w konflikcie w Syrii.

Sami Ormianie wobec Rosji zachowują się jak ofiary syndromu sztokholmskiego. Uważają się za ofiary serii rosyjskich zdrad od traktatu z Karsu, w którym Rosja oddała Turcji świętą górę Ormian – Ararat, po masowe dostawy broni do Azerbejdżanu. A z drugiej strony, podkreślając swoje przywiązanie do cywilizacji zachodniej, są zmuszeni polegać na sojuszu z Rosją jako jedynej gwarancji niepodległości. A nawet więcej niż niepodległości – 24 kwietnia minęła 103 rocznica gigantycznej rzezi Ormian w Imperium tureckim. Ormianie, trochę podobnie jak Żydzi postrzegają swoją państwowość jako gwarancję fizycznego przetrwania narodu wielokrotnie w historii zagrożonego w jego egzystencji.

Serż Sarkisjan był mistrzem rozgrywek politycznych w skrajnie niesprzyjającym otoczeniu międzynarodowym. Próbował w miarę możliwości wzmacniać więzi z Zachodem, budować sojusz z Iranem i lawirować, lawirować, lawirować… Warto zwrócić uwagę, że pierwszym aktem prawnym wydanym po nominacji nowego prezydenta i wyborze Serża Sarkisjana na premiera, była ratyfikacja umowy o pogłębionym partnerstwie z Unią Europejską.

Nikol Paszynian wezwał obywateli do kontynuowania protestów. Ale realnie rysują się trzy możliwe scenariusze. Optymistyczny, że Karen Karapetian ustąpi, i dojdzie do szybko rozpisanych przedterminowych wyborów, a potem do reorientacji Armenii na Zachód. Scenariusz pesymistyczny ma podobny początek jak pierwszy, ale dalszym ciągiem jest odmrożenie (za zgodą Rosji) konfliktu w Karabachu i faktyczne przejęcie władzy przez wojskowych a następnie triumfalny powrót Rosji jako twórcy nowego układu pokojowego. I wreszcie scenariusz trzeci – realistyczny, najbardziej prawdopodobny w świetle zgodnych oświadczeń Kremla i amerykańskiego Departamentu Stanu, konstytucyjna zmiana władzy, czyli premier Karapetian i przejście Armenii ze statusu półsatelity Rosji do statusu kolonii. Ormianom potrzebny jest cud. Ale jak pokazało odejście premiera Sarkisjana w polityce cuda czasami się zdarzają.