Państwo czyli….
Jerzy Marek Nowakowski 19.04.2018

Zacząłem sobie zadawać takie niemądre pytanie – po co nam państwo? A skłoniły mnie do tego trzy wydarzenia, z pozoru wcale nie łączące się ze sobą. Pierwsze to premiera szumnie reklamowanego filmu Małgorzaty Szumowskiej: „Twarz”. Drugie to najpopularniejszy temat naszej publicystyki czyli wojna o pensje i nagrody dla wyższych urzędników i posłów. A trzecie, z pozoru odległe, to demonstracje w Armenii przeciwko kandydaturze dotychczasowego prezydenta na stanowisko szefa rządu.

Skąd ten egzotyczny zestaw? Zacznę od filmu, który choć szumnie reklamowany, nie specjalnie mnie zachwycił. Ale jest niezmiernie pouczającym studium, które wyjaśnia powody wyborczych porażek wszelkich inteligenckich partii politycznych. Bo „Twarz” jest nie tyle portretem polskiej prowincji ile portretem inteligenckiego myślenia o Polsce powiatowej. Z trudem skrywana pogarda wobec klerykalnego, „ciemnego ludu” miesza się z brakiem zrozumienia mechanizmów rządzących życiem wspólnoty. A gdzie tu państwo? Pojawia się właściwie tylko raz, w dramatycznej – i zainspirowanej autentyczną historią – rozmowie bohatera i jego siostry z lekarzem. Pod drzwiami szpitala kłębi się tłum dziennikarzy fetujących niezwykły sukces medyczny jakim jest pionierski przeszczep twarzy. Tymczasem lekarz, z nieskrywana bezradnością wyjaśnia, ze długi i bardzo kosztowny proces rehabilitacji to już sprawa pacjenta. Państwowe ubezpieczenie ani leków, ani rehabilitacji nie refunduje. Korzystając z krótkiej chwili sławy rodzina organizuje akcję zbierania środków, która jednak po pewnym czasie zaczyna wygasać.

Każdy z nas pewnie dostawał maile, albo znajdował na Facebooku apele. Dramatyczne. O wsparcie chorego dziecka, które potrzebuje operacji, o zrzutkę na leczenie chorego na raka znajomego albo o wsparcie fundacji opłacających takie leczenie. Trudno wobec takich apeli przejść obojętnie. I nader rzadko zadajemy sobie pytanie: „a gdzie jest państwo”. Wydawać by się mogło, że właśnie wtedy, gdy człowiek ląduje na dnie rozpaczy zagrożony śmiertelną chorobą czy niepełnosprawnością państwo powinno podać mu pomocna dłoń. Tymczasem ta pomocna dłoń jest wyciągnięta do przeziębionego pacjenta przychodni rejonowej i nikogo więcej. Oczywiście z punktu widzenia interesu wyborczego taka postawa jest logiczna. Zdecydowanie więcej jest przeziębionych czy cierpiących na pospolite schorzenia niż osób z rakiem lub przeszczepem twarzy. Co nie zmienia faktu, że ogłoszenia rodziców żebrzących o pomoc dla chorego dziecka są hańbą i oskarżeniem państwa. I powinniśmy oczekiwać, iż w końcu ktoś powie, że system opieki zdrowotnej powinien polegać na ratowaniu życia osób ciężko chorych nawet kosztem minimalnego współpłacenia za podstawową opiekę. Mówiąc wprost – obecny system jest systemem kupowania głosów wyborczych kosztem prawdziwego zadania państwa jakim jest zagwarantowanie obywatelowi prostej rzeczy – kiedy twoje życie będzie zagrożone, twoje państwo ci pomoże.

Przykład drugi został już dziesiątki razy rozwałkowany przez publicystów. Sławna awantura o nagrody w rządzie Beaty Szydło. Przerażające jest to, że ponad 2/3 Polaków uważa, że minister powinien zarabiać mniej niż 6 tysięcy złotych. Jeszcze bardziej przerażające jest, że niemal cala klasa polityczna ochoczo zabrała się do walki z „bizantynizmem” i opowiadać, że minister czy poseł powinien dostawać średnią krajową i koniec. Ludzie podpisujący miliardowe kontrakty, decydujący o strategii państwa mają być w powszechnym przekonaniu wynagradzani jak właściciel kiosku z gazetami, latać tanimi liniami lotniczymi i tak dalej. Wynika to oczywiście z potocznego oglądu polityki, która opiera się na dyktacie kilku liderów a jedynym zauważalnym sposobem aktywności polityków jest obrzucanie obelgami oponentów w programach telewizyjnych. Warto pamiętać skąd wzięły się poselskie diety i pensje dla polityków – bo jeszcze całkiem niedawno były to niemal wszędzie funkcje służebne i honorowe. Otóż chodziło o to by do polityki mogli wejść ludzie spoza bogatej arystokracji. Diety poselskie pojawiły się w parlamencie brytyjskim, kiedy członkowie Partii Pracy nie mieli za co dojechać do Londynu na posiedzenia Izby Gmin. Jeżeli nie będziemy płacić politykom uczciwych pensji zrobi to biznes albo – co gorsza – mafia. A do rządu trafią albo dzieci bogate z domu albo durnie, których jedyną umiejętnością jest noszenie teczki za patronem (po części już się tak dzieje). Fraza „tanie państwo” ukochana przez wszystkie partie powinna obywatelowi zapalić czerwona lampkę w głowie. Czy na pewno najlepsze są tanie samochody, tanie wczasy czy choćby tanie linie lotnicze? Państwo powinno być uczciwe i skuteczne a nie tanie i krzykliwie opresyjne. Procedura gaszenia skandalu jakim była podwyżka pensji ministerialnych (bo nie żadne nagrody) poprzez populistyczne gesty pogorszy tylko jakość państwa. No chyba, ze istotnie państwo jest nam niepotrzebne…

Trzeci przykład to polityczny kryzys jaki ma miejsce w Armenii. W tym małym kraju Południowego Kaukazu odbywają się masowe demonstracje przeciwko objęciu urzędu premiera przez dotychczasowego prezydenta. Cała operacja toczy się przez ponad dwa lata, zmieniono konstytucję i system władzy z prezydenckiego na parlamentarny, przeprowadzono wybory parlamentarne, wybrano nowego prezydenta po to by rzeczywista władza pozostała w rękach tego samego człowieka Serża Sarkisjana. Niespodziewanie, na ostatnim etapie tego procesu tysiące młodych Ormian wyszły na ulicę żądając zmiany. No i pojawił się kłopot, bo silne państwo jest w Armenii koniecznością. Kraj pozostaje w zamrożonym zbrojnym konflikcie z Azerbejdżanem, głębokiej niechęci z Turcją i jeszcze głębszym uzależnieniu od Rosji. Niewątpliwie najzręczniejszym politykiem w Erywaniu jest właśnie były prezydent. Zdolność lawirowania między Moskwą, Zachodem i wrogimi sąsiadami to jego ogromny atut. A z drugiej strony, skala demonstracji wskazuje, że podważone zostało zaufanie obywateli do rządu. W państwie, które musi być zdolne z dnia na dzień do mobilizacji tysięcy młodych ludzi i do wysłania ich na front, co więcej – w państwie, które swoją pozycję międzynarodową opiera na wizerunku ostoi procedur demokratycznych w niedemokratycznym otoczeniu, utrata elementarnego zaufania do władzy grozi dramatycznymi konsekwencjami. Osłabienie państwa grozi Armenii w najlepszym razie utratą niepodległości na rzecz Rosji, a w najgorszym scenariuszu wojną z trudnymi do wyobrażenia konsekwencjami.

Współczesne państwo nie jest abstrakcją. Pożera blisko połowę dochodów z naszej pracy w postaci różnych danin i podatków, reguluje nasze życie w stopniu, który jeszcze sto lat temu był trudny do wyobrażenia. W zamian oczekujemy, by wywiązywało się ze swoich obowiązków, sprowadzających się w gruncie rzeczy do zapewnienia nam bezpieczeństwa. A jeszcze dokładniej, do mądrego zbalansowania pomiędzy bezpieczeństwem a wolnością. Bezpieczeństwem absolutnym cieszy się pacjent w izolatce szpitala psychiatrycznego wyłożonej gąbką i pozbawionej klamek. Mam niekiedy wrażenie, że jest to ideał państwa dla wielu zwolenników „neosocjalizmu”. Za takie bezpieczeństwo serdecznie dziękuję. Na podanych przed chwilą przykładach chciałem wskazać na co warto jednak płacić podatki. Państwo powinno gwarantować, że zrobi wszystko, by chronić życie i zdrowie swojego obywatela zarówno przed bandytami jak przed chorobami. Państwo ma obowiązek zachować się jak porządny sprzedawca usług czyli zapewnić sprawną i kompetentną obsługę obywateli (a nie tanią i pozorną). Wreszcie państwo ma zadbać o ochronę przed wojną i obcym zaborem.

Najważniejsze jednak jest coś co łączy trzy podane przykłady. Państwo ma sens tylko wtedy, gdy potrafi zyskać zaufanie swoich obywateli. Tymczasem cudem uratowany człowiek z przeszczepiona twarzą dowiaduje się nagle, że swojemu państwu nie może ufać. Podobnie zwolennicy obniżania pensji ministrom w gruncie rzeczy mówią to samo, nie ufamy im, nie potrzebujemy ich. Okłamali nas bo powiedzieli, ze nie podwyższą sobie pensji, a zrobili to za pomocą kruczków prawnych. Demonstranci na ulicach stolicy Armenii krzyczą to samo, tylko w jeszcze bardziej wyrazisty sposób. Dwa lata temu prezydent publicznie obiecał, ze nie będzie ubiegał się o urząd premiera a teraz go objął.

Dodam, ze żadna ze spraw nie jest do końca oczywista. Chory pewnie powinien partycypować w kosztach rehabilitacji, najwyższym urzędnikom państwowym należy płacić zdecydowanie więcej zaś alternatywa dla nowego premiera Armenii jest polityk, który grozi całkowitym podporządkowaniem państwa Moskwie. Tyle, że bardzo łatwo uprawia się demagogię, bierze kredyt zaufania, obiecuje z odłożonym terminem realizacji.

Po co nam państwo? Właśnie po to aby mu ufać. Jeśli sądy uznamy za niewiarygodne, policji będziemy się tylko bali a polityków uznamy za obcą i skorumpowaną bandę to państwo stanie się wydmuszką. Taka wydmuszka może trwać, ale nie będzie zdolna do jakiegokolwiek rozwoju i upadnie gdy tylko silniej zawieje wiatr historii. Państwo to zbiorowe zaufanie obywateli.