Państwo inwestuje w stocznie. To ryzykowny plan
Artur Kiełbasiński 24.01.2017

Mamy stoczniową ofensywę państwa. Polska Grupa Zbrojeniowa kupiła stocznię w Szczecinie, przymierza się do zakupu Stoczni Marynarki Wojennej w Gdyni (w upadłości). Pierwszy zakup – ok. 100 mln zł. Drugi – może być droższy. Syndyk za zakład w Gdyni chce aż 225 mln zł.

Teoretycznie można przyklasnąć temu pomysłowi. To element reindustrializacji państwa, odbudowy przemysłu stoczniowego, aktywności inwestycyjnej. Ale w przypadku stoczni, które mają być wykorzystywane w procesie produkcji specjalnej, niestety samo kupowanie zakładów produkcyjnych to zdecydowanie za mało.

Technologie budowy okrętów wojennych należą do najbardziej złożonych na świecie. Doświadczenia polskie są w ostatnich latach – dyplomatycznie mówiąc – umiarkowanie udane. Stocznia Marynarki Wojennej przez dekadę budowała korwetę Gawron. Nie zbudowała. Jednostka została dokończona jako duży patrolowiec, znacznie mniej wszechstronny, o nazwie „Ślązak”. Co więcej, kończyła go prywatna stocznia, a jednostka nadal nie weszła do służby.

Nieco lepsze doświadczenia mamy z budową niszczyciela min „Kormoran”, ale ten powstawał w prywatnej stoczni, przy pewnym współudziale Stoczni Marynarki Wojennej.

Te przykłady z ostatnich lat pokazują, że od posiadania „mocy produkcyjnych” ważniejsza jest technologia i panowanie nad procesem produkcji. Nie wystarczy mieć majątek w postaci stoczni. Trzeba mieć procedury, inżynierów i świetnie wykształconych robotników. Trzeba mieć doświadczenie i biura projektowe. Spójrzmy więc prawdzie w oczy – jesteśmy w stanie budować proste, niewielkie jednostki. Nie mamy technologii i zdolności budowania np. okrętów podwodnych. Jeśli chcemy je kupić, to musimy to zrobić w Szwecji, Francji lub Niemczech.

Oczywiście, np. Szwedzi mogą budować okręty np. w Gdyni. Ale to nie zmieni faktu, że technologi i myśl techniczna będą skandynawskie.

Dlatego kupując stocznie, pamiętajmy, że to dopiero początek. Za majątkiem musi iść rozwój technologii, umiejętności projektowych i wykonawczych. A to jest znacznie trudniejsze niż wydanie pieniędzy na stoczniowe nabrzeża i dźwigi.