Paternaliści mówią o wolności
Łukasz Warzecha 16.09.2018

„Twoja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna moja” – to zdanie wielokrotnie pojawia się w dyskusjach ze zwolennikami państwowej regulacji rozlicznych dziedzin życia. Nie dość, że samo to stwierdzenie opiera się na wypaczonym pojęciu wolności, to jeszcze przytaczane jest w okolicznościach dodatkowo wykoślawiających jego znaczenie.

 

Oto przykład – dyskusja o odgórnie nałożonym zakazie palenia w lokalach gastronomicznych. Moja argumentacja, że wybór powinien należeć do właściciela lokalu, spotyka się z takim właśnie kontrargumentem: „Ale ja mam prawo być wolnym od dymu! A pana wolność kończy się tam, gdzie zaczyna moja!”.

To całkowicie fałszywe rozumowanie. Zacznijmy od tego, że wolność w klasycznym, liberalnym rozumieniu, jest zawsze wyłącznie wolnością negatywną – wolnością od przymusu (w tym wypadku przymusu, reprezentowanego przez państwową regulację). Jeśli mowa o wolności „pozytywnej”, to nie mamy już do czynienia z wolnością. Nie ma „wolności do”. A w tym wypadku takiej domagają się zwolennicy zakazu: chcąc mieć wolność (prawo) do siedzenia w wolnym od dymu otoczeniu. Nie jest to jednak w żadnym razie wolność od przymusu siedzenia w dymie, ponieważ taki przymus nie istnieje. Nikt nikogo nie zmusza do przychodzenia do kawiarni, gdzie się pali. Nikt też nikogo nie zmusza do palenia, na przykład w imię zwiększenia dochodów z akcyzy.

Druga ważna kwestia: nie można utożsamiać wolności z uprawnieniem czy też swobodą (swobodami – liberties). Jak wyjaśnia Fryderyk von Hayek w swojej fundamentalnej pracy „Konstytucja wolności” – jeśli potrzebne są swobody, to znaczy, że wolności już nie ma. Bo swobody to tylko ściśle określone wyłomy w ścianie zakazów. „Różnica między wolnością a swobodami jest taka sama, jak między sytuacją, w której wszystko jest dozwolone, co nie jest zabronione przez ogólne normy, a sytuacją, w której zabronione jest wszystko, co nie jest wyraźnie dozwolone” [podkreślenie moje] – wyjaśnia Hayek.

Dlaczego podkreśliłem tu pojęcie ogólnych norm? Dlatego, że o zachowaniu wolności można mówić jedynie wtedy, kiedy możliwie wąski zakres spraw zakazanych definiują właśnie normy możliwie ogólne i dotyczące kwestii rudymentarnych. Czyli takie jak zakaz kradzieży, zabijania (poza samoobroną), ograniczania czyjejś fizycznej wolności. Jeśli katalog zakazów przeradza się w drobiazgowy spis norm szczególnych i szczegółowych, nie jest to już wolność. Nie muszę chyba mówić, jak to dzisiaj wygląda nie tylko w Polsce, ale w całej właściwie Europie.

Wreszcie sprawa najważniejsza: wspomniana fraza jest przez zwolenników paternalizmu państwa używana wówczas, gdy ich upodobania zgadzają się z zakazem lub nakazem, jaki wprowadza państwo. Widzą oni tylko jedną stronę medalu, w dodatku wykazując się skrajną krótkowzrocznością. Uważają, że państwowa interwencja chroni wolność, bo przecież wprowadzana jest reguła zgodna z ich preferencjami. Skoro oni nie lubią, gdy ktoś im dymi w restauracji, to centralnie zadekretowany zakaz palenia jest „ochroną wolności” (która, jak wykazałem wcześniej, z wolnością tak naprawdę niewiele ma wspólnego). Nie dostrzegają, że akceptują sposób działania, który w łatwy sposób może się odwrócić przeciwko nim. Wystarczy, że inna władza dojdzie do wniosku, że trzeba wprowadzić rozwiązanie, które im się nie spodoba – i uzasadni to również ochroną czyjejś innej „wolności” (a tak naprawdę preferencjami dla upodobaniami jakiejś grupy).

Osoby twierdzące, że jakiś kolejny zakaz lub nakaz gwarantuje im jakąś nową „wolność”, nie dostrzegają, że – pomijając fundamentalną sprzeczność pomiędzy pojęciem wolności a mnożeniem regulacji – definiowanie przez każdego w dowolny sposób własnej sfery „wolności” pozytywnej musi prowadzić do absurdów. W tej bowiem kategorii mieszczą się między innymi nawoływania wojujących ateistów, aby wyprowadzić ze sfery publicznej krzyże, bo te naruszają ich „wolność”. Można sobie też wyobrazić, że jakaś grupa osób, nielubiących koloru pomarańczowego, domaga się w imię swojej „wolności od koloru pomarańczowego” zakazu noszenia jakichkolwiek pomarańczowych elementów stroju w miejscach publicznych. Nie ma tu żadnej różnicy w sposobie rozumowania co do zasady z tymi, którzy pragnęliby, aby ich arbitralnie pojmowana „wolność” na przykład od dymu papierosowego została usankcjonowana państwowymi regulacjami. Nie ma znaczenia kwestia szkodliwości – idzie o sposób rozumowania.

Na jednym z niedawnych licznych spotkań premier Morawiecki oznajmił, że rządy PiS przynoszą Polakom wolność. Zabrzmiało to jak ponura kpina, bo pod względem uciążliwości wprowadzanych regulacji i ich wdzierania się w i tak już bardzo skromną sferę wolności PiS przebił wszystkich poprzedników. Którzy też święci nie byli, a ograniczenia wprowadzone za ich czasów pozostają w mocy. Tak już bowiem jest, że zakazy i nakazy się kumulują. Nie było w III RP władzy, która za swój cel postawiłaby sobie stanowcze ścięcie tej fatalnej narośli.

Miarą upadku wolności w Polsce powinna być, paradoksalnie, jedna z najważniejszych regulacji konstytucji dla biznesu: zasada, że co nie jest zakazane, to jest dozwolone. Niby dobrze, że zostało to jasno powiedziane. Ale w jakim czasie żyjemy, skoro jedna z podstawowych zasad zachodniego systemu prawnego, stanowiąca zarazem kwintesencję pojęcia wolności indywidualnej na jej styku z państwem, musi być specjalnie umieszczana w pakiecie ustaw?