Pentagony dwa
Jerzy Marek Nowakowski 04.11.2018

W leżącej na krańcach świata Nowej Kaledonii odbywa się referendum niepodległościowe. Zamorskie terytorium Francji ma zdecydować o tym czy pozostanie zamorskim terytorium przypominającym o kolonialnej przeszłości Paryża czy ogłosi pełną niepodległość. Referendum bardzo mocno kibicują Australia i Nowa Zelandia namawiając do pozostania Nowej Kaledonii przy obecnym statusie. I to wcale nie dlatego, że są tam jedne z największych złóż niklu i kobaltu na świecie. Państwa antypodów nie ukrywają, że najważniejsze jest pozostanie Francji (czytaj Europy) na południowym Pacyfiku. Bo inaczej staną samotnie wobec potęgi Chin i nagiej rywalizacji amerykańsko-chińskiej.

 

Referendum w maleńkim wyspiarskim regionie Antypodów przypomina o rzeczy kluczowej z punktu widzenia Polski. Wśród celów strategicznych polskiej polityki zagranicznej jedno z najważniejszych miejsc powinien zająć pentagon. I wcale nie chodzi mi o waszyngtońską budowlę, do której pielgrzymują nasi politycy, tylko o figurę geometryczną.

Sam pisałem niedawno o „diabelskim trójkącie” złożonym z Chin, Rosji i USA, który stanowi główne pole globalnej gry mocarstw. A w ostatnich tygodniach, rozważania o „trójkącie nierównobocznym” pojawiły się w rozmaitych debatach co najmniej kilkanaście razy. Jego istnienie jest dla Polski wiadomością co najmniej niepokojącą. Dwa najdłuższe boki tego trójkąta: Stany Zjednoczone i Chiny rywalizują o zajęcie pozycji światowego mocarstwa numer 1. Oczywiście przewaga Stanów Zjednoczonych na dziś nie podlega dyskusji. Tyle, że zarówno w sferze gospodarczej jak militarnej, tempo pościgu Chin jest imponujące. Przed 20 laty PKB amerykańskie było 9 razy większe od chińskiego. W ubiegłym roku ta różnica to mniej niż 1,5 do 1. Przewaga militarna USA jest wciąż gigantyczna, ale pościg chiński w ostatnich latach jest bodaj jeszcze szybszy niż w gospodarce.

Eksperci coraz częściej zaczynają mówić o tym, że oba mocarstwa znalazły się w „pułapce Tukidydesa”. Grecki historyk opisał rywalizację pomiędzy dominującą w starożytnej Helladzie Spartą a rosnącymi w silę Atenami, twierdząc (to właśnie owa pułapka), iż od pewnego momentu wojna pomiędzy liderem i aspirantem była nieunikniona. Właśnie dlatego, że różnica potencjałów obu państw zmniejszała się zbyt szybko.

We współczesnej globalnej rywalizacji istnieje oczywiście czynnik, który zmniejsza ryzyko pełnowymiarowej wojny. To broń atomowa, niosąca dla jej uczestników ryzyko fizycznej zagłady. Ale jest to bezpiecznik o ograniczonej sile. Konflikt na Pacyfiku i Oceanie Indyjskim może w każdej chwili wymknąć się spod kontroli. Zaś tocząca się na naszych oczach gigantyczna wojna handlowa może okazać się miną na której wyleci w powietrze światowa gospodarka.

Z perspektywy Polski bodaj jeszcze groźniejsze od wojny nuklearnej na Oceanie Spokojnym może okazać się coś innego. Najsłabszym gospodarczo i politycznie, ale kluczowym z punktu widzenia militarnego i geopolitycznego bokiem „diabelskiego trójkąta” jest Rosja. Co więcej Federacja Rosyjska jest potencjalnie jedynym „obrotowym” uczestnikiem tej rozgrywki. Zarówno dla Pekinu jak i dla Waszyngtonu Moskwa jest pożądanym sojusznikiem. Skoro zaś teatr europejski staje się w rozgrywce mocarstw coraz bardziej marginalny, to poświęcenie Europy Środkowej za cenę rosyjskiego wsparcia, a choćby i życzliwej neutralności, nie wydaje się z perspektywy amerykańskiej ceną wygórowaną. Każde spotkanie Trumpa z Putinem niesie realne zagrożenie, że nasz kluczowy sojusznik ogłosi, iż Krym jest w istocie rosyjski a obecność wojsk USA w Polsce, na Litwie czy nawet w Rumunii stanowi za duże obciążenie dla amerykańskiego podatnika. Szczególnie, że nic Europie Środkowej nie grozi wobec przyjaznej i pokojowej polityki Władimira Władimirowicza.

Na razie to scenariusz czarny i hipotetyczny. Przeciwnie, USA wzmacniają swoją obecność wojskową w regionie i zabierają się do silniejszego wsparcia Ukrainy planując w przyszłorocznym budżecie dość znaczne fundusze na ten cel. Tyle, że w hierarchii priorytetów Waszyngtonu nasz region, podobnie jak cała Europa, zajmuje coraz odleglejsze miejsce. Można wręcz powiedzieć, iż najpoważniejszym zarzutem wobec polityki Donalda Trumpa jest zarzut osłabienia jedności Zachodu. Zachód jako całość wciąż jest czynnikiem dominującym w gospodarce i w światowej soft power.

Czas może wyjaśnić, co rozumiem przez pentagon, który winien być jednym ze strategicznych celów polityki polskiej. Otóż w polityce światowej obok Chin i USA oraz Rosji są co najmniej dwa podmioty, które mają potencjał mocarstwowości. Gospodarczo gigantem pozostaje Unia Europejska. Do tego, by UE stała się kolejnym wierzchołkiem wielokąta mocarstw brakuje Europie względnie zintegrowanych zdolności militarnych oraz – może nawet przede wszystkim – zdolności do działania jako podmiot polityczny. Kolejny pretendent to Indie. Państwo niedoceniane, ale mające gigantyczny potencjał ludnościowy, broń atomową, będące jednym z liderów na rynku nowych technologii i w naturalny sposób dominujące na obszarze Oceanu Indyjskiego. Wreszcie państwo, które historycznie zawsze rywalizowało z Chinami o prymat w Azji. Indie, przed aplikowaniem do koncertu mocarstw, powstrzymuje stosunkowo słaba gospodarka i angażujący gros sił zbrojnych konflikt z Pakistanem. Pojawienie się dwóch nowych wierzchołków w globalnym koncercie mocarstw znacząco może obniżyć atrakcyjność Rosji, szczególnie dla Waszyngtonu. Z kolei pojawienie się UE jako pełnowymiarowego gracze globalnego zwiększy wartość Europy Środkowej. UE jest naturalnym sojusznikiem Ameryki i USA skłonne będą inwestować w jej najbardziej proamerykański region aby utrzymać sojusz z Unia jako całością. Europa pozostanie także interesującym partnerem dla Chin jako importer surowców wobec USA i Rosji jako eksporterów. A utrzymanie względnie niskich cen szczególnie surowców energetycznych leży w interesie polskiej gospodarki. Z kolei pojawienie się Indii jako partnera przy globalnej szachownicy sprawi, że w rozgrywce z Chinami New Delhi będzie kluczowym partnerem dla USA (cenniejszym i łatwiejszym do pozyskania od Rosji) a z punktu widzenia Europy Indie są gigantycznym i chłonnym rynkiem i partnerem zdecydowanie bliższym z punktu widzenia wartości niż Chiny.

Rzecz jasna Polska nie ma decydującego, ani nawet znaczącego wpływu na procesy globalne, które mogą diabelski trójkąt zamienić w przyjazny pięciokąt. Ale po pierwsze, mamy pewien wpływ, szczególnie na procesy integracji i współpracy europejskiej, a po drugie konieczna jest jasna wizja strategii w dziedzinie polityki zagranicznej. W architekturze trójkąta oparcie się wyłącznie o Stany Zjednoczone pozbawia polską politykę jakiegokolwiek pola manewru, i czyni nas zakładnikiem interesów geopolitycznych Waszyngtonu. Podmiotowa rola w polityce międzynarodowej zakłada tymczasem właśnie możliwość manewru. Obecnie głównym atutem politycznym Polski jest członkostwo w Unii Europejskiej i w NATO. W sytuacji osłabienia organizacji politycznych Zachodu i powrotu egoizmów narodowych Polska pozostaje istotnym czynnikiem z punktu widzenia Rosji i dość ważnym dla Niemiec. Dla USA znaczymy tyle, ile znaczy Europa Środkowa w ich politycznej kalkulacji, ewentualnie, o ile USA grać będą na rozbicie Unii Europejskiej, jako czynnik osłabiający jedność Europy w zamian za ograniczone gwarancje bezpieczeństwa. Podobnie dla Chin Polska liczy się tylko jako alternatywna brama do Europy (znacznie mniej ważna od Rosji, Turcji i Rumunii).

Najkrócej mówiąc w architekturze „diabelskiego trójkąta” prędzej czy później grozi nam marginalizacja i powrót do przeklętej alternatywy bycia „miedzy Niemcami a Rosją”. Bardziej zdywersyfikowana polityka globalna daje Polsce pole do realizacji własnej podmiotowości. Krótko mówiąc – nie zapominając o Pentagonie budynku, powinniśmy konsekwentnie inwestować w pentagon globalny.