Pięć złych pomysłów po tragedii w Gdańsku
Łukasz Warzecha 21.01.2019

Byłoby fatalnie, gdyby konsekwencją zabójstwa prezydenta Adamowicza było wprowadzenie swego rodzaju cenzury albo dalsze zmniejszenie zakresu wolności obywateli. Niestety, tak może się stać. Niektóre pomysły, jakie pojawiły się w mijającym tygodniu, może i wynikają z dobrej woli, ale są fatalne.

 

Oto zestawienie pięciu pomysłów, które mogą mieć złe skutki.

Po pierwsze – eliminacja „mowy nienawiści”. Dlaczego to zły pomysł, skoro brzmi tak słusznie? Redakcja pisma „Liberté!” zainicjowała list w sprawie penalizacji „mowy nienawiści”, podpisany przez ponad 100 osób publicznych, a prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski zapowiedział, że w stołecznych szkołach zostaną przeprowadzone lekcje o „mowie nienawiści” w oparciu o podręcznik opracowany przez Fundację Batorego. Co jest z tym nie tak – nawet jeśli przyjmiemy, że zabójca Adamowicza był chory psychicznie i ton publicznej debaty nie miał na niego wpływu?

Otóż bardzo łatwo wylać dziecko z kąpielą, a intencje niektórych pozostają tu wątpliwe. Nie ma i nie może być żadnej precyzyjnej definicji „mowy nienawiści”, a więc każdy może sobie pod nią podstawiać niemal wszystko, co mu się nie podoba. Tego terminu używa głównie lewica – prawica sięga po niego tylko po to, żeby pokazać niekonsekwencję tej pierwszej. Lewica podstawia pod niego krytykę, choćby najbardziej merytoryczną, wszystkiego, co – jej zdaniem – nie powinno krytyce podlegać, na przykład zachowań homoseksualistów, wpływu islamskiej imigracji czy feministycznych postulatów. Krytyka tych spraw może być „mową nienawiści”, jeśli tylko jakaś lewicowa organizacja, wyspecjalizowana w jej tropieniu, tak uzna.

W podręczniku, którego kilka stron pokazał na Twitterze Trzaskowski, a na podstawie którego mają się odbyć lekcje w warszawskich szkołach, jako wstęp do eskalacji przemocy (zakończonej etapem ostatecznym – eksterminacją) pojawia się nawet „brak słownej akceptacji”. Znów – nie wiadomo dokładnie, co to oznacza, ale można uznać, że pod to określenie podpada praktycznie wyrażenie jakiejkolwiek dezaprobaty czegokolwiek i kogokolwiek.

Zatem pod pretekstem eliminacji „mowy nienawiści” może nas czekać najzwyklejsza cenzura i uderzenie w wolność słowa. Owszem, nad językiem, jakim się wszyscy posługujemy, trzeba się zastanawiać, ale czym innym jest pobudzenie refleksji, a czym innym przedstawianie gotowych recept, nakazów i zakazów.

Po drugie – nawoływanie do zgody. Polacy mają w sobie skłonność do popadania w skrajności. To jedna z naszych największych narodowych wad. Jesteśmy niezwykle emocjonalnym narodem i w minutę potrafimy przejść od zajadłej nienawiści do łzawych nawoływań o pogodzenie się.

A przecież konflikt jest naturalny w demokracji. Nie zapominajmy, że śp. Paweł Adamowicz i Kacper Płażyński starli się w drugiej turze ostatnich wyborów samorządowych o coś. Mieli swoje własne pomysły na Gdańsk, wywodzili się z przeciwnych obozów politycznych i wzajemnie się krytykowali. Owszem, robili to w sposób wyjątkowo, jak na polską scenę polityczną, elegancki i rzeczowy – i to warto pamiętać. Ale nie udawajmy dzisiaj, że się kochali i że do jakiegoś stanu idealnego w tym rodzaju możemy dążyć. Sztuczne wymuszanie jedności, wykraczającej poza żałobę po zamordowanym człowieku i poza żal, będzie mieć wprost przeciwne skutki, bo u części ludzi pojawi się przekonanie, że ich opinia się nie liczy, a elita znowu robi swoje, dogadana ze sobą. Obniżenie temperatury sporu – jak najbardziej tak. Wygaszenie sporu – absolutnie nie. To niebezpieczna utopia.

Po trzecie – wprowadzenie zakazu posiadania niebezpiecznych narzędzi, na przykład noży. Mord dokonany na Pawle Adamowiczu poraża brutalnością. Zabójca posługiwał się specyficznym rodzajem noża, i – umiejętnie go używając – dokonał strasznych spustoszeń. Oględne przecież relacje lekarzy sprawiały, że włosy stawały na głowie dęba.

Stałoby się jednak fatalnie, gdyby konsekwencją miało być forsowanie zakazu noszenia przy sobie czy sprzedaży noży jakiegoś typu. To droga, którą poszła Wielka Brytania – z fatalnymi skutkami. Tamtejsze absurdalnie ostre przepisy, dotyczące posiadania jakiejkolwiek broni (w tym nawet scyzoryków czy ręcznych miotaczy gazu, które przecież żadnej trwałej szkody nie wyrządzają), sprawiły, że przestrzegający prawa obywatele stali się całkowicie bezbronnymi celami dla bandytów, którzy oczywiście wszelkie przepisy ignorują.

Za tego typu regulacjami stoi wiara w magię ustaw: zakażmy noży, a nikt już nikogo nigdy nożem nie zabije. Nie stoi za nimi natomiast zwykle poważna analiza zagrożeń – na przykład tego, ilu w ogóle zabójstw z użyciem noży innych niż zwykłe, kuchenne, się dokonuje. Jest w tym również złudne przekonanie, że pojedynczy tragiczny przypadek uzasadnia wprowadzenie ogólnej reguły, a gdyby ona obowiązywała, do tego tragicznego przypadku by nie doszło. Nieprawda – w przypadku zdeterminowanego zabójcy czy chorego psychicznie człowieka nie pomogą żadne zakazy i nakazy.

Po czwarte – dostrajanie systemu penitencjarnego. Wiadomo, że morderca dostał rażąco niski wyrok za swoje wcześniejsze czyny – ale i tak o pół roku wyższy niż żądała prokuratura (więc wina leży bardziej po jej stronie niż po stronie sądu). W więzieniu jego stan psychiczny bardzo się pogorszył. Informacje o tym Służba Więzienna przekazywała policji w miejscu zamieszkania więźnia niedługo przed wyjściem Stefana W. na wolność. Nic więcej nie mogła zrobić.

Rząd zaczął się więc zastanawiać nad wprowadzeniem testu stanu psychicznego przetrzymywanego, gdyby ten w zakładzie karnym zaczął zdradzać objawy choroby psychicznej, tak żeby można go było w razie czego od razu po odbyciu kary umieścić w specjalnym ośrodku. Brzmi sensownie. Ale niesie też duże ryzyko. Zdarzały się już sytuacje, gdy pod pretekstem paru nieopatrznie wypowiedzianych słów całkiem zdrowego człowieka odwożono na przymusowe badania, trwające tygodniami. Wszędzie tam, gdzie w grę wchodzi ludzka wolność, trzeba postępować szczególnie ostrożnie. Nie znaczy to, że problemu nie ma. Nigdy jednak nie budzi mojego zaufania polityczna akcyjność. Rządzący nagle zorientowali się, że system ma poważną wadę – dopiero po tym, jak zginął prezydent Gdańska – i teraz będą tę lukę na chybcika łatali?

Po piąte – obwarowanie kolejnymi zakazami organizacji imprez. Polskie prawo i tak jest przeładowane przepisami. Zorganizowanie nawet małego koncertu w niewielkiej miejscowości jako imprezy masowej oznacza ogromne koszty. Jeśli wymogi zostaną jeszcze bardziej wyśrubowane, konsekwencją będzie obchodzenie przepisów, a nie bardziej skrupulatne przestrzeganie nowych norm.

Tu znów mamy do czynienia z magicznym myśleniem, bo żaden przepis nie zastąpi zdrowego rozsądku organizatora. Zadziwiające były słowa Jerzego Owsiaka, który o agencji ochrony, obsługującej finał WOŚP w Gdańsku, powiedział, że to dobra, „nasza” agencja (cokolwiek miał na myśli). Nasza, nie nasza, ale najwyraźniej nieskuteczna. Stefan W. miał sfałszować przepustkę prasową, więc trudno winić ochroniarzy, że wpuścili go za kulisy. Ale niepojęte jest, dlaczego uzbrojony w nóż mężczyzna przez kilkadziesiąt sekund skakał radośnie po scenie już po ataku na prezydenta Gdańska – mógł przecież w tym czasie dźgnąć jeszcze kilka osób. Tu naprawdę nie ma znaczenia żaden przepis, również dotyczący samych agencji ochrony. Nie da się przecież na nich wymusić, żeby zatrudniały wyłącznie byłych komandosów i oficerów SOP. To nierealne.

 

Nie wątpię, że opisane pomysły w części wynikają z prawdziwej troski. Ale też z niekontrolowanych emocji, z braku chłodnego namysłu, z nawyku politycznej akcyjności, z ideologicznego zacietrzewienia, ze zgubnej wiary w omnipotencję państwa. Wbrew powszechnemu przekonaniu powiedziałbym: lepiej nie zrobić nic niż zrobić za wiele, znów zmniejszając zakres wolności i wzmacniając państwo, a uzyskując bardzo niewiele lub zgoła nic.