Piketty to jednak fake news
Tomasz Wróblewski 23.12.2018

To, co mnie urzeka w lewicowych teoriach, to to jak szybko udaje się je obalić. Ostatnia z neo-marksistowskich biblii – dzieło francuskiego filozofa Thomasa Piketty „Kapitał w XXI wieku” ostatecznie uznana została za fake news.

 

Dla tych z państwa, którzy mieli coś lepszego do roboty niż czytanie 577 stronicowego dzieła, przypomnę, że cztery lata temu Piketty postawił chwytliwą tezę, że poziom nierówności społecznych na świecie osiągnął poziom niewidziany na ziemi od czasów I wojny światowej. I jak należało wnosić, lada chwila spowije nas wojna światów o sprawiedliwość społeczną. Chyba, że… chyba, że wprowadzimy coś na kształt globalnego podatku, który niczym wojna zrujnuje najmożniejszych i na ziemi zapanuje wieczna sprawiedliwość. Piketty zebrał kupę wielkich liczb, które miały nas przekonać, że dysproporcje społeczne osiągnęły poziom patologii. Miarka miała się przebrała. Nowy Kapitał, na kilka lat zapłodnił umysły lewicowych działaczy, polityków i publicystów, dla których teorie Pikettyego miały być tym czym dla Bolszewików Kapitał Marksa i Engelsa.

Na tych stronach prof. Robert Gwiazdowski, jako jeden z pierwszych pisał o fałszywych założeniach Pikettyego. Wydał na ten temat wielce pouczającą książkę „Równość i niesprawiedliwość. Dlaczego Piketty nie lubi bogatych”. Robert był wtedy jednym z nielicznych krytyków Pikettyego, w Polsce, choć na świecie znalazł się w całkiem niezłym towarzystwie. Jeden z wybitniejszych ekonomistów Harvardu Martin Feldstein, były doradca Ronalda Reagana, już kilka miesięcy po publikacji Pikettyego zwracał uwagę, że francuskiemu filozofowi rozjeżdżają się cyferki. Brytyjski ekonomista Chris Giles z pewnym zażenowaniem stwierdził, że „Piketty ma problem z dodawaniem dużych liczb” 

Liczby liczbami, ale wierzących w nowy „Kapitał” stale przybywało. Media i większość lewicowych ekspertów jako pewnik powtarzały, że jeden procent najbogatszych ludzi na świecie posiada blisko 50 procent bogactwa na ziemi i jedynym sposobem dla uniknięcia wojen klasowych są radykalne rozwiązania systemowe dla ratowania świata przed kolejną para-bolszewicką nawałą. Ekonomiści pomni tego co się stało, kiedy ostatni raz zlekceważono pogróżki lewicowych filozofów. Doczekaliśmy się autentycznego wysypu opracowań i badań. Amerykański ekonomista Stephen Rose z Urban Institute, jako jeden z pierwszych zwrócił uwagę, że dane przytaczane przez Pikettyego znacząco odstają od wszystkich dotychczasowych wyliczeń, nie dlatego, że zauważają jakieś nowe zjawisko, ale wręcz przeciwnie, dlatego, że pomijają tak istotny czynnik jak majątek zakumulowany. W zestawieniach Pikettyego emeryci, czy osoby na początku kariery zawodowej, znacząco zaniżały poziom zarobków. Co szczególnie wydało się rażące w przypadku osób starszych, często pobierających niskie emerytury, ale mogące się cieszyć spłaconym domem i często sporymi oszczędnościami na funduszach inwestycyjnych. Dla Pikettyego byli tylko częścią prekariatu. Autentycznego przełomu w badaniach nad książką Pikettyego dokonał Phil Magness z amerykańskiego Instytutu Badań Ekonomicznych (American Institute for Economic Research). Magness zwrócił uwagę, że Piketty porównywał ze sobą zarobki przed opodatkowaniem. Nie ile kto wpłaca na konto, ale ile deklaruje w urzędzie podatkowym. Idąc dalej tym tropem Gerald Auten i David Splinter, obaj od lat badający systemy podatkowe na świecie, wykazali, że stawki podatkowe systematycznie i to w coraz większym stopniu, faworyzują najuboższych i zmniejszają przepaści między ubogimi a zamożnymi, dzięki złożoności systemów podatkowych. Coś, czego Piketty nie brał pod uwagę. Grupa uczonych z Materials Science Research Network z profesorem Vincentem Geloso do i tak już licznych rozbieżności dodała zmiany w systemach księgowania dochodu netto w poszczególnych państwach. Piketty nie dostrzegał, że od połowy lat 80. (w różnych państwach w innych latach) inaczej zapisywane były zwolnienia podatkowe, często w oddzielnych rubrykach, już po opodatkowaniu płac. Uczeni znaleźli całe mnóstwo niedoróbek, jak choćby to, że Stanach Zjednoczonych Piketty nie zauważył i dodatkowych świadczeń dla wojskowych służących poza granicami kraju. Po skorygowaniu danych krzywa rozpiętości zarobków jest znacznie bardziej płaska niż ta która prezentował Piketty. Nierówności, podobnie jak globalna gospodarka poddawane są działaniu koniunktury. Raz rosną innym razem spadają. 10 procent najbogatszych ludzi świata, cały czas, od II wojny światowej jest w posiadaniu około 35 procent bogactwa z kilku procentowymi odchyleniami, ale nie więcej niż 5 procent w górę albo w dół.

Wystarczy zresztą sięgnąć po ostatni ranking najbogatszych Bloomberga, gdzie po bezprecedensowym wzroście bogactwa w 2017 i na początku 2018 roku fortuny miliarderów znowu kurczą się. 500 najbogatszych ludzi świata straciło w 2018 roku 511 miliardów dolarów. Oczywiście krzywda im się nie dzieje, bo łącznie kontrolują 4,7 biliona dolarów, niemniej ich fortuny stopniały i dysproporcje są mniejsze niż jeszcze rok temu. Co więcej, niewidzialna ręka kapitalizmu powoduje, że w ramach samej 500tki najbogatszych obserwujemy nieustanne przetasowania. Zmieniają się miliarderzy, przybywa milionerów, a co najciekawsze mamy największa liczbę od 100 lat osób, które w ciągu jednego życia awansują z poziomu, który Piketty nazywa prekariatem do poziomu – „obrzydliwie bogatych”. Innymi słowy, ta niespodziewana erupcja nierówności społecznych, którą Piketty zaraził elity akademickie świata, to bardziej mit stworzony na potrzeby publicystyczne, a nie autentyczny stan w jakim znalazła się ludzkość.