Policjanci na L-4, czyli minister Brudziński jako bosman
Łukasz Warzecha 14.11.2018

Policjanci wprawdzie zdrowieją, ale niesmak pozostał. Zwykli obywatele przez przynajmniej kilkanaście dni mogli patrzeć z niedowierzaniem na wielką ściemę, która działa się wokół policyjnego protestu. Ściemę, zaakceptowaną niestety ostatecznie przez ministra spraw wewnętrznych. Do głowy przychodzi stare powiedzenie: co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie.

 

Ocena zasadności zakończonego już protestu policjantów nie jest łatwa. Z jednej strony to za rządów PiS ich sytuacja finansowa nieco się polepszyła. Z drugiej strony nadal pozostaje słaba, w szczególności gdy idzie o młodych funkcjonariuszy. Ale też trzeba pamiętać, że polska policja, która ciągle cierpi na niedobór ludzi, mimo zapowiedzi składanych na początku rządów obecnego komendanta głównego, ani nie podwyższyła kryteriów przyjmowania, ani nie wydłużyła okresu podstawowego szkolenia. Zapewne dlatego, że wtedy brak ludzi byłby jeszcze bardziej odczuwalny. A być może także dlatego, że za podwyższeniem kryteriów poszłyby większe oczekiwania finansowe.

Policjantów – jak usłyszałem jakiś czas temu nieoficjalnie od wysokiego rangą funkcjonariusza Komendy Głównej, bynajmniej nie wspierającego protestu – zirytować miało postępowanie władzy wobec małych liczebnie służb, których funkcjonariusze narażają się na co dzień bez porównania mniej niż liniowi policjanci, ale są znacznie bardziej dopieszczani – i finansowo, i gdy idzie o obciążenie pracą oraz przywileje. Przede wszystkim chodzi o formacje takie jak Służba Ochrony Państwa (której kompetencje w ostatnim czasie, przynajmniej na pierwszy rzut oka, wydają się nieco wątpliwe) czy Straż Marszałkowska (zajmująca się ochroną Sejmu i Senatu). Boleć muszą też skandaliczne w niektórych miejscach warunki pracy, ale przecież protest nie ich dotyczył. Policjanci nie domagali się nowych samochodów, większych limitów paliwa, służbowych komputerów czy komórek, ale po prostu podwyżek dla siebie.

A pamiętać trzeba, że związek zawodowy policjantów też święty nie jest – jak zresztą każdy związek zawodowy. I jak każdy, gra często powyżej realnych możliwości, a nawet oczekiwań, żeby uzasadnić swoje istnienie. Niektórzy wskazują też na jego domniemane dawne resortowe korzenie i konotacje. Inna sprawa, że gdyby nie autentyczna frustracja, protest nie zyskałby względnie szerokiego poparcia. Ostatecznie związek osiągnął wiele – w tym wycofanie się rządu ze słusznej i dobrej zasady, że przy przejściu na emeryturę oprócz stażu pracy obowiązuje też wiek 55 lat. Czyli znów będziemy mieli niespełna 50-letnich policyjnych emerytów w pełni sił.

I tu dochodzimy do istoty sprawy. Policjanci, jak wiadomo, strajkować nie mogą. To ograniczenie, z którym muszą się pogodzić, wstępując do tej formacji i nie powinni mieć o to do nikogo pretensji. Tak po prostu jest i jest to zasada całkowicie zrozumiała. Mogą natomiast policjanci demonstrować i tak uczynili. Tyle że na tym się nie skończyło. Dwie pozostałe formy protestu budzą już poważne wątpliwości.

Pierwsza kwestia to stosowanie pouczeń zamiast wypisywania mandatów, gdzie tylko się da. Przypomnieć trzeba, że kodeks wykroczeń właściwie nie ogranicza policjantów w stosowaniu środka wychowawczego (tak się to formalnie nazywa), jakim jest pouczenie, zamiast mandatu. To od policjanta zależy, czy sięgnie po bloczek mandatowy czy też jedynie pouczy zatrzymanego. Jeśli jednak nagle okazuje się, że w ogromnej części przypadków (a było to wyraźnie widać w spadku wpływów z mandatów w ciągu ostatnich miesięcy) policjanci mogli poprzestawać właśnie na pouczeniach, tam gdzie poprzednio wystawialiby mandaty – to coś tu nie gra. O ile założymy, że policjanci nie łamali przy tym prawa ani nie naginali przepisów, musimy uznać, że coś jest nie tak ze standardowym sposobem karania obywateli. Bo nie mówimy tu przecież o zwykłych różnicach w podejściu do sprawców przez poszczególnych funkcjonariuszy, ale o wyraźnej, masowej tendencji. Jedyny wniosek, jaki się nasuwa, to ten, że policjanci standardowo traktują zatrzymanych zbyt surowo, skoro karzą ich mandatami, podczas gdy spokojnie mogliby poprzestać na pouczeniach.

Jeszcze przykrzejsza sytuacja dotyczy zwolnień lekarskich. Taniec wokół tej formy protestu przypominał reklamy piwa „bezalkoholowego” „Bosman” sprzed wielu lat (nazwę podaję, bo marka już dawno nie istnieje). Browar, który produkował ów trunek, aby obejść (absurdalne swoją drogą) ograniczenia reklam alkoholu, wypuścił w symbolicznym wymiarze serię piwa bezalkoholowego i udawał, że to właśnie piwo reklamuje w telewizji. W pewnym momencie na ekranie pojawiał się wilk morski, a z offu płynęły słowa: „Bosman. Bezalkoholowe. Ale buja”, przy czym przy słowach „bezalkoholowe” marynarz puszczał do widza oko.

Tu było podobnie. Gdyby bowiem poważnie potraktować nagłą epidemię różnego rodzaju schorzeń, która wycofała ze służby do 30 procent funkcjonariuszy, trzeba by uznać, że cała formacja powinna zostać czym prędzej przebadana, bo mamy jedną z najbardziej chorowitych policji na świecie. Z tym że nikt tego oczywiście poważnie nie traktował. Wszyscy puszczali oko. I to do tego stopnia, że po osiągnięciu porozumienia poszukiwano na gwałt sposobu na to, aby złożeni ciężką niemocą policjanci mogli wrócić do służby zanim skończą im się zwolnienia. Sposób znaleziono:

Przełożony służbowy nie może dopuścić policjanta do służby w czasie zwolnienia lekarskiego, gdyż lekarz wydając zaświadczenia na druku ZUS ZLA stwierdza bowiem, że policjant nie powinien wykonywać swoich obowiązków przez dany okres ze względu na stan zdrowia. Jednakże jeśli policjant czuje, że powrócił do zdrowia przed upływem zwolnienia, którego okres wynosi mniej niż 30 dni, skrócenie okresu zwolnienia lekarskiego jest możliwe. Do spełnienia powyższego policjant powinien zwrócić się do lekarza, który wydał rzeczone zwolnienie lekarskie i oświadczyć (na piśmie) o odzyskaniu zdolności do wykonywania obowiązków służbowych. Lekarz po przyjęciu oświadczenia i przeprowadzeniu badania może wydać zaświadczenie o możliwości podjęcia pracy w okresie trwającego zwolnienia lekarskiego.

Takiej treści pisma ogłosiły zespoły medycyny pracy komend wojewódzkich. A minister Joachim Brudziński, nawet nie mrugając okiem, w przeciwieństwie do bosmana z reklamy, oznajmiał w telewizji, że życzy policjantom szybkiego powrotu do zdrowia.

Trudno ten spektakl określić inaczej niż skrajnie demoralizujący dla obywateli. Przeciętny pracujący na etacie Polak, ale także przedsiębiorca z własną działalnością, podlegają pod ZUS – inaczej niż policjanci, których kontroluje samo MSWiA. ZUS jest bezlitosny. Ma specjalne oddziały, zajmujące się analizą mediów społecznościowych pod kątem udowadniania, że ktoś poszedł na fałszywe zwolnienie (zespoły obsadzone zresztą nierzadko przez… doświadczonych funkcjonariuszy wiadomego resortu, wszak oni mają doświadczenie). Przedsiębiorcy są ścigani za najdrobniejsze zaległości. Tymczasem w przypadku policjantów i lekarzy, którzy wysłali ich na zwolnienia, trwał w najlepsze spektakl o chorym kotku. Tym bezczelniejszy, że mówimy o ludziach, którzy mają strzec przestrzegania prawa – zarazem grając nam na nosie. A przecież to PiS na wszystkie sposoby odmienia zdanie, że wszyscy są równi wobec prawa.

Oczywiście – realistycznie rzecz biorąc wiadomo, że minister Brudziński, mając przed oczami widmo paraliżu całej formacji, nie chciał iść z nią na zwarcie. Tylko co to obchodzi obywateli, których ZUS będzie ścigał za to, że, będąc na zwolnieniu, poszli z dzieckiem do parku na pół godziny?