Polityka pustych grobów
Jerzy Marek Nowakowski 25.07.2018

„Generał Franco wam pokaże”. Napisał na śniegu bohaterski Lucuś ze słynnego opowiadania Sławomira Mrożka. A warto o Lucusiu pamiętać. Nie tylko dlatego, że jego potomkowie rozmnożyli się nadzwyczajnie w polskim życiu publicznym. Także dlatego, że zacytowana fraza świetnie nadaje się do skomentowania awantury, która wybuchła w Hiszpanii po decyzji rządu o wyrzuceniu Franco z mauzoleum ofiar wojny domowej.

 

Moi mentorzy w Instytucie Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego zwykli mawiać, pół żartem, pół serio, że historiografia dzieli się na mediewistykę i publicystykę. A już całkiem serio, ostrzegali, iż dopóki wydarzenia z przeszłości służą legitymizacji współczesności, swoboda badań historycznych jest, delikatnie mówiąc, ograniczona.

Przypomniałem sobie te rozmowy ze starymi profesorami, gdy przeczytałem, że socjaliści, którzy przejęli władzę w Hiszpanii postanowili wyrzucić z grobu ciało generała Franco. Europejska lewica natychmiast zaczęła ogłaszać manifesty poparcia i radości. Prawica – zareagowała oburzeniem. Nagle okazało się, że cień wojny domowej sprzed 80 lat wciąż dzieli Hiszpanów. I nie tylko ich. Bo spór o Franco odbił się echem w całej Europie.

Nie chciałbym zajmować się bilansem hiszpańskiej dyktatury. Franco wprowadził dyktatorskie rządy i miał ręce po łokcie unurzane we krwi, ale z drugiej strony ochronił swój kraj zarówno przed (co najmniej równie okrutnymi) rządami komunistów, jak przed zaangażowaniem się w II wojnę światową, czego nieustannie domagali się od niego Mussolini i Hitler. A w końcu wprowadził Hiszpanię do NATO i zainicjował proces kontrolowanej demokratyzacji. Jego ocena na pewno nie jest tak jednoznaczna jak chcą wrogowie albo apologeci.

Czym innym jest jednak ocena Franco i czasów dyktatury a czym innym wyrzucanie zwłok. Cmentarze w naszym kręgu cywilizacyjnym od zawsze stanowiły miejsca wyjęte poza nawias polityki. Szczególnie polityki zemsty i rozliczeń. Znamy pojedyncze przykłady zemsty na zmarłych. Tak stało się ze zwłokami Bohdana Chmielnickiego wywleczonymi z grobu w Białej Cerkwi czy truchłem Stalina, którego Chruszczow wyrzucił z mauzoleum Lenina do „zwyczajnej” krypty w murze Kremla.

Jedną z bardziej obrzydliwych kart w historii PRL stało się masowe niszczenie cmentarzy niemieckich na ziemiach zachodnich a także żydowskich i ukraińskich. Z rzadka były to jednak zorganizowane akcje. Raczej świadome dopuszczenie do tego by cmentarz, o który nie miał kto dbać, popadał w ruinę i zapomnienie. Później stawał się rezerwuarem kamienia budowlanego dla miejscowej ludności, a na koniec jako zapuszczone i zapomniane chaszcze bywał przeznaczany na inwestycje, drogi, a często i domy mieszkalne. Sam widziałem w okolicach Zgorzelca stare niemieckie nagrobki wmontowane w mury budynków. Podobnie bywało z macewami z cmentarzy żydowskich… Dzisiaj się tego wstydzimy.

Najbardziej znanym przykładem takiego procederu było wyrzucenie z grobu prochów premiera i najbliższego przyjaciela Marszałka Piłsudskiego – Walerego Sławka. Po głośnym samobójstwie w maju 1939 r. Sławek został pochowany na cmentarzu wojskowym na Powązkach w „hamletycznym” (tak mi mówili jego przyjaciele) grobie przecinającym Aleję Zasłużonych. Kiedy zginął Karol Świerczewski komuniści postanowili pochować go – kreując przy okazji na narodowego bohatera – w miejscu gdzie spoczywały zwłoki Sławka. Bezceremonialnie usunęli grób sanacyjnego premiera i postawili w tym miejscu pompatyczny grobowiec wieloletniego agenta NKWD. A później dołożyli mu jeszcze do towarzystwa Władysława Gomułkę.

Do dzisiaj grób Sławka to skromny krzyż w kwaterach poległych żołnierzy z wojny 1920 roku. Zaś bojownicy o prawdę historyczną skupiają się na idei wyrzucenia z grobu Bieruta, a nie na przywróceniu godnego miejsca pochówku bohatera akcji pod Bezdanami.

Polityka historyczna jest prowadzona właściwie zawsze. Bardziej cenimy jednych bohaterów, krytykujemy innych. I – oczywiście – zawsze jest to polityka skażona grzechem prezentyzmu. Z lubością zakłamujemy historię, która nader rzadko jest historią czarno-białą. Ale z wielkim trudem jesteśmy w stanie względnie obiektywnie debatować o wydarzeniach z bardzo odległej przeszłości. Fraza „Galia is omnis divisa in partes tres…” katowała pokolenia uczących się łaciny. Ale o tym, że Juliusz Cezar dopuścił się w Galii masowego ludobójstwa na skalę bodaj większą niż najwięksi zbrodniarze XX wieku, mało kto pamięta. I w niczym nie zmienia to wizerunku postaci wielkiej.

Na Kaukazie, gdzie kilka lat mieszkałem, do bieżącej polityki włączane są argumenty z epoki poprzedzającej Cezara o wiele stuleci. Na poły mityczna kaukaska Albania ma dowodzić pretensji terytorialnych Azerbejdżanu, a znaleziska archeologiczne z II tysiąclecia przed Chrystusem potrafią skłócać polityków Armenii i Gruzji w pozornie absurdalnej debacie, który z tych krajów jest ojczyzną wina.

Przypadek mauzoleum w Valle de los Caidos pod Madrytem jest jednak szczególny. Hiszpanie od dziesięcioleci byli dumni z pokojowego przejścia od dyktatury Franco do – modelowej jak mogło się zdawać – demokracji. Jednym z symboli tego procesu była właśnie Dolina Poległych, gdzie obok siebie spoczywali frankiści i republikanie zabici (a często okrutnie zamordowani) przez przeciwników podczas wojny domowej. Dzięki pisarstwu Hemingwaya czy Orwella oraz dziesiątkom lewicowych intelektualistów mit demokratycznej Hiszpanii wszedł do kanonu kultury zachodniej. Rzeczywistość była zdecydowanie bardziej zniuansowana. Mordowanie księży i zakonnic (nader często z wymyślnymi torturami), panoszenie się sowieckiego NKWD i sowieckich „doradców” (był wśród nich Karol Świerczewski) to także prawda o wojnie domowej w Hiszpanii. I pomysł socjalistów, którzy hasło wyrzucenia Franco z grobu głosili już w kampanii wyborczej 2013 r. jest znakomitym sposobem na to, by obok separatyzmu Katalonii czy Baskonii jeszcze głębiej podzielić Hiszpanię.

Polityka historyczna bywa narzędziem niebezpiecznym i obosiecznym. Przerabiamy to w Polsce choćby przy okazji nieszczęsnej ustawy o IPN. Ale jak się zdaje wobec braku możliwości realnych korekt w programach gospodarczych i społecznych politycy w kolejnych państwach doszli do wniosku, że pobawią się historią by rozgrzać społeczne emocje. Paradoks polega na tym, że kiedy raz zaczynamy wyrzucać truchła z grobów, to bardzo trudno jest przestać. Że przeszłość jest w stanie wytworzyć tak mocne emocje społeczne, że przesłaniają one realne interesy. Tak zaczyna dziać się w Hiszpanii, tak dzieje się Belgii od lat podzielonej na kraje Flamandów i Walonów, za chwilę historyczne resentymenty odżyją w dzielonej Brexitem Irlandii. No i oczywiście historia nadużywana przez polityków zatruwa życie w całym regionie Europy Środkowej i Wschodniej. Przypadek kryzysu w relacjach Polski i Ukrainy jest szczególnie bolesny dla nas, ale nie nadzwyczajny.

Każdy z przytoczonych przykładów wydaje się do bólu oczywisty. Interesy: gospodarcze, polityczne, społeczne mówią jedno a resentyment historyczny drugie. I wbrew logice wszędzie wygrywają resentymenty.

Obawiam się, że awantura o grób generała Franco stanie się początkiem triumfalnego marszu populizmu w Hiszpanii. Oby nie, ale w Unii Europejskiej nie jest nam potrzebna kolejna historyczna wojenka, burzenie pomników itd. Siłą i sensem Unii było to, że w miejsce polityki symbolicznej starała się zajmować nudnymi konkretami. Dowodziła, że wspólnota interesów jest ważniejsza od odmienności historycznych narracji. Na naszych oczach ten porządek ulega zaburzeniu. Dlatego apeluję zajmijmy się odbudową zniszczonych grobów (na przykład Walerego Sławka) a nie burzeniem istniejących. Bo po burzeniu pomników przychodzi czas na palenie książek.