Powrót do przyszłości i demokracja dynastyczna
Dariusz Matuszak 26.06.2018

Po 29 latach Lech Wałęsa ponownie powołał Komitet Obywatelski. W 1989 roku namaszczeni przez przywódcę Solidarności kandydaci Komitetu odnieśli miażdżące zwycięstwo w pierwszych po wojnie wolnych (częściowo) wyborach parlamentarnych. W Sejmie obsadzili wszystkie miejsca, które w wyniku umowy z komunistami zostały przydzielone opozycji. Reszta była zagwarantowana dla komunistów i ich sojuszniczych ugrupowań. Całkowicie wolne zaś były wybory do Senatu, gdzie Komitet Lecha Wałęsy zdobył 99% miejsc.

 

Po 3 dekadach Wałęsa i opozycja próbują powtórzyć ten sam manewr i tak jak odsunięto od władzy Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą (PZPR) odsunąć teraz PiS. Były przywódca Solidarności nie ma już dawnej charyzmy i autorytetu, ale nadal cieszy się sporą estymą, zwłaszcza na świecie i jest jedyną osobą, która jest w stanie choćby częściowo zjednoczyć skłóconą i nieudolną opozycję. W oficjalnym powołaniu Komitetu udział wzięli liderzy dwóch największych ugrupowań opozycyjnych – Grzegorz Schetyna z Platformy Obywatelskiej i Katarzyna Lubnauer z Nowoczesnej. Powołanie Komitetu i prawdopodobny start kandydatów opozycji z jednej wspólnej listy sprawia, że z góry wiadomo z jakim programem przystąpią do wyborów. Program będzie miał, tak jak w 1989 roku, jeden punkt: odsunąć rządzących od władzy.

Trudno dziś przesądzać na ile sam Lech Wałęsa jest w stanie pomóc opozycji. Wiadomo, że sukces z 1989 roku nie powtórzy się, ale nie można wykluczyć, iż wielu kandydatów zyska na bezpośrednim poparciu legendarnego przywódcy. Tak powinno być w przypadku przynajmniej jednej osoby – Jarosława Wałęsy – syna Lecha, który w mających odbyć się jesienią wyborach samorządowych ubiega się o fotel prezydenta Gdańska. Jego bezpośrednim rywalem będzie Kacper Płażyński – syn Macieja Płażyńskiego, który był marszałkiem Sejmu i razem z innymi przywódcami Polski, w tym prezydentem Lechem Kaczyńskim, zginął w katastrofie lotniczej w rosyjskim Smoleńsku.

Na drugim krańcu Polski – w Krakowie o prezydenturę zawalczy Małgorzata Wasserman, córka Zbigniewa, byłego ministra od służb specjalnych, który także zginął w Smoleńsku.

Praktyka, iż dzieci idą w ślady rodziców, albo ktoś z rodziny podpiera się nazwiskiem i osiągnięciami np. małżonka nie jest niczym nowym, ale wydaje się, że w Polsce zaczyna to przybierać niepokojące rozmiary. Nie jest to jeszcze tak patologiczne jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie obywatele właściwie zgadzają się by wzorem państw z Azji Środkowej, powstałych po upadku Związku Radzieckiego rządziły rodzinne klany – Bushów, czy Clintonów, albo Cuomo w stanie Nowy Jork, gdzie stanowiska w administracji stanowej i gubernatorskie stają się niemal dziedziczne. W jakiś sposób naturalne wydawało się Amerykanom, że rządzi Bush, po nim Bill Clinton, dalej syn Busha, a potem żona Billa – Hillary. (Zabawę tę niechcący zepsuł Obama) więc dopiero po nim trzeba było wrócić do koncepcji Clinton, ewentualnie drugi syn Georgea Busha – Jebb. (Chytry plan tym razem zepsuł Trump).

W polskim Sejmie zasiadają dwie wdowy, po wicepremierze Gosiewskim, który także zginął w Smoleńsku. Senatorem jest Tomasz Cimoszewicz, syn byłego premiera. Przywódczynią polskich feministek i socjalistów jest Barbara Nowacka, córka byłej wicepremier, która również zginęła w lotniczej katastrofie. Od 14 lat europosłem jest Adam Gierek syn I sekretarza PZPR, premierem zaś jest Mateusz Morawiecki, syn posła Kornela, ale to akurat chwalebny wyjątek, bo szef polskiego rządu wszedł do polityki po wielkiej i samodzielnej karierze w bankowości. Oprócz tego w polskim parlamencie jest całe mnóstwo dzieci i małżonków wojewodów, prezydentów miast, polityków lokalnych. Wszyscy skorzystali z premii jaką daje nazwisko i osiągnięcia kogoś innego.

29 lat temu za czasów pierwszego Komitetu Obywatelskiego Lecha Wałęsy do parlamentu weszli ludzie, którzy żyli powszechnym życiem zwykłych obywateli, a najczęściej też działali w organizacjach związanych z Kościołem, całym podziemnym ruchem Solidarności, a także nielegalnych w komunistycznej Polsce ugrupowaniach politycznych. Wnosili do polityki żar ludzi, którzy obalali komunizm, ale także doświadczenie życia przeciętnego Polaka. To byli lekarze, prawnicy, naukowcy, robotnicy, inżynierowie, rolnicy, nauczyciele etc. Mieli w sobie odwagę konspiratorów i pionierów, tak niezbędną, by fundamentalnie zmienić kraj.

Teraz Anno Domini 2018 ławy w parlamencie i gabinety w ministerstwach wypełnione są zawodowymi politykami i klanami rodzinnymi. Skostnienie, oportunizm, niezdolność do podejmowania trudnych decyzji, a także całkowity brak rozeznania jak wygląda rzeczywisty świat, a nie ten kreowany przez media staje się właściwością naturalną. Tak jak na Zachodzie, w demokracjach, której mają być wzorem. Nikogo nie dziwi, że dzieci obierają profesję rodziców. W przypadku jednak wyboru kariery politycznej okazuje się, że cały świat jaki znają jest światem partii i przedpokojów w urzędach i ministerstwach. Zaludniają go znajomi i przyjaciele rodziców – posłowie, członkowie rządu, działacze partyjni. Największymi cnotami, podpatrzonymi w tym świecie dziedziczonej protekcji jest umiejętność mimikry – dostosowywania się, zdolność prowadzenia nieustannych gierek, zawierania kompromisów, poruszania się w strukturach i w gąszczach różnych procedur.

Kariery polityczne często nie podlegają weryfikacji. Nie trzeba mieć żadnej szczególnej wiedzy, specjalnych umiejętności lekarza, czy inżyniera, by poradzić sobie. Wystarczy owa dziedziczona po rodzicach sieć znajomości i dostęp do wiedzy jak poruszać się w świecie pozorów i oportunizmu. Dlatego też dla tak wielu dzieci polityków jest szczególnie łatwa i atrakcyjna.

Polska jest wciąż pouczana, by korzystać ze wzorów demokracji zachodnich. Wydaje się jednak, że zaprowadzania demokracji dynastycznej nie warto naśladować. Nikt dzieciom nie zabroni i to dość naturalne, że idą w ślady rodziców, ale wydaje się, że wyborcy z dużą ostrożnością powinni podchodzić do konceptu dziedziczenia stanowisk i pozycji. Niepostrzeżenie, wzory demokracji zachodniej mogą w Polsce stać się wzorami z Kazachstanu, Uzbekistanu, czy Kirgistanu. Paradoksalnie, ale pod tym względem dość bezpiecznie jest w kilku krajach Europy Zachodniej. Ale tylko dlatego, że bardzo wielu czołowych, profesjonalnych polityków jest bezdzietnych.