Powrót historii
Jerzy Marek Nowakowski 05.06.2018

„Historia jest nauczycielką życia” – takie optymistyczne zdanie zapisał Cyceron dwa tysiące lat temu. Z kolei dwa stulecia temu Hegel gorzko konstatował, iż „historia uczy, że nikogo nigdy niczego nie nauczyła”.

 

Właśnie przeżywamy kolejne „wzmożenie” historyczne, obchody stulecia odzyskania niepodległości, kolejne rocznice, awantura o 4 czerwca, a za chwilę rocznice Powstania Warszawskiego i Bitwy Warszawskiej 1920 roku. Będziemy snuli kolejne opowieści o budowie nowej Gdyni (czyli Centralnego Portu Komunikacyjnego) i przypominali książkę opublikowaną w 1939 r. przez Juliusza Łukasiewicza : ”Polska jest mocarstwem”.

Dodam jeszcze, że kocham historię, od szkoły podstawowej wiedziałem, że będę studiować historię, i wciąż się historią na poziomie akademickim zajmuję. Tyle, że historia nie może a wręcz nie powinna zastępować polityki. Szukanie analogii historycznych i próba traktowania przeszłości jako nauczycielki – proszę bardzo. Ale zastępowanie polityki przez historię, pojmowaną na dodatek jako klechda dla dzieci, to się może bardzo źle skończyć.

Współczesny świat gospodarki i polityki nie przystaje do nauk z przeszłości. Pierwsza epoka globalizacji skończyła się jak wiadomo I wojną światową i załamaniem dominacji Europy w świecie. W drugiej połowie XX wieku, gdy świat wchodził w czasy drugiej globalizacji została stworzona siatka instytucji międzynarodowych, mających pełnić (choć nie wiem czy taka była intencja ich twórców) rolę szkieletu instytucjonalnego globalizacji. Mamy NATO – gwaranta pokojowego rozwoju i – przy pomocy floty amerykańskiej oraz brytyjskiej – strażnika morskich szlaków handlowych. Mamy WTO i Bank Światowy powołane do roli dyskretnych (to ważne słowo) regulatorów gry rynkowej. Unia Europejska z kolei tworzyła drugi biegun gospodarczy zapobiegający nadmiernej dominacji USA oraz tworzący ramy instytucjonalne dla ambicji lokalnych mocarstw europejskich. Wreszcie niezbyt efektywna czapa w postaci ONZ miała służyć za miejsce negocjacji, rozwiązywania konfliktów systemowych oraz poprzez dziesiątki wyspecjalizowanych agencji i instytucji łagodzić napięcia w tzw. trzecim świecie stanowiącym niezbędny, ale nie do końca podmiotowy element globalnego systemu. Elementem peryferyjnym ważnym ze względów bezpieczeństwa był Związek Sowiecki z systemem państw satelickich a potem Rosja.

Nietrudno zauważyć, że model globalizacji 2.0 był oparty o założenie całkowitej dominacji świata euroatlantyckiego. Co więcej nie różnił się on zbytnio od dominującej w XIX stuleciu „cywilizacji białego człowieka”. A dokładniej różnił się właśnie tym, że wprowadził szkielet instytucjonalny zapobiegający w założeniu niekontrolowanej rywalizacji mocarstw, która dwukrotnie w XX wieku doprowadziła do konfliktów na skalę światową. Trzeba pamiętać, że struktury, które wymieniłem to zaledwie czubek instytucjonalnej góry lodowej. Mamy przecier różne G-7, G-20 ASEAN, NAFT-ę – miejsca by nie starczyło na wymienianie organizacji i instytucji porządkujących nieład na światowej szachownicy. A dokładniej, konsumujących zmiany, jakie zachodziły na politycznej i gospodarczej mapie globu. Jedno wszakże pozostawało niezmienne. Klucze do wszystkich tych instytucji były w rękach przedstawicieli świata euroatlantyckiego. Niebywała dominacja Zachodu skłoniła Francisa Fukuyamę do sformułowania w 1992 roku tezy o „końcu historii”.

Wojna o Falklandy (1982) a zwłaszcza operacja „Pustynna Burza” (1991) dowiodły absolutnej dominacji militarnej Zachodu. Sowieccy satelici z Europy Środkowej stali się de facto częścią Zachodu. Rosja Jelcyna zdawała się godzić na status półmocarstwa w istniejącym systemie. Chiny, Indie czy Brazylia pełniły rolę kolonii będąc gigantycznym rynkiem zbytu i rezerwuarem półdarmowej siły roboczej. Jedynym zmartwieniem w pięknej epoce lat dziewięćdziesiątych wydawała się dostępność ropy naftowej i globalne ocieplenie.

I nagle w ciągu kilku lat cały ten piękny system zaczął się rozsypywać. Porażka projektu modernizacji Rosji sprawiła, że jedynym sposobem utrzymania całości państwa, okazała się polityka neoimperialna. Błyskawiczny wzrost gospodarki chińskiej uczynił z półkolonii globalnego rywala. Terroryzm islamski sięgnął po nowe narzędzia wojny na które Zachód nie potrafił odpowiedzieć. A masowe przenoszenie miejsc pracy do Indii i Chin sprowokowało głęboki kryzys społeczny w Stanach Zjednoczonych.

Paradoksem jest, że większość tych zjawisk była rezultatem upadku solidarności Zachodu. Stany Zjednoczone w przekonaniu, że są jedynym supermocarstwem, zaniedbały pielęgnowanie więzi atlantyckich, rezygnując z NATO i ONZ jako narzędzia rozwiązywania kryzysu po ataku z 11 września 2001 r. W odpowiedzi na politykę USA największe państwa europejskie: Niemcy, Francja i Wielka Brytania zaczęły zabiegać o „specjalne” relacje z Rosją, licząc że będą brylować na salonach Unii (i całego Zachodu) przechadzając się po nich z niedźwiedziem na łańcuchu. Szybko okazało się, że łańcucha nie ma za to niedźwiedź jest nadzwyczaj realny i wcale nie ma ochoty słuchać swoich mniemanych mentorów. Także wzajemne podkładanie sobie nóg w komnatach pekińskiego zakazanego miasta przez zachodnich rywali zostało znakomicie wykorzystane przez chińskich komunistów. Brali, nie kwitowali i żądali coraz więcej.

17 lat po 11 września dominacja Zachodu nie jest już wcale oczywista. Co więcej globalizacja, która dotychczas działała na rzecz wzmocnienia świata euroatlantyckiego jest dużo efektywniej wykorzystywana przez rywali Zachodu. To nie przypadek, że podczas ostatniego forum ekonomicznego w Davos najgłośniejszym heroldem wolnego handlu i globalizacji był Xi Jingping.

Historia wróciła. I niestety zgodnie z maksyma Hegla, niczego nas nie nauczyła. Zamiast odbudowy solidarności świata zachodniego mamy dziwaczny neoizolacjonizm prezydenta Trumpa i powrót nacjonalizmów w Europie. Zamiast wzmacniania szkieletu globalizacji, jakim jest wciąż istniejąca sieć organizacji i porozumień międzynarodowych, większość graczy zdaje się grać na realizację krótkoterminowych małych interesików. Być może pozwalających wygrać najbliższe wybory, ale zabójczych dla interesów ich własnych państw.

Jeżeli mamy sięgać do historii, to powinniśmy odrobić lekcję sprzed 17 wieków. Faktyczny podział Cesarstwa Rzymskiego na Zachodnie i Wschodnie doprowadził najpierw do upadku Rzymu, a później do powolnej degradacji Bizancjum. Największe imperium w dziejach nie upadło pod ciosami hord barbarzyńców. Uległo implozji. Barbarzyńcy najechali pustą skorupę.

Jaką lekcję z powrotu historii powinna wyciągnąć polska polityka? Szczerze mówiąc, kiedy obserwuję konwulsje polityki europejskiej ostatnich lat nieodmiennie przypominam sobie powiedzonko Leszka Millera o karpiach, głosujących za przyspieszeniem Bożego Narodzenia. Państwa, które mogą najwięcej stracić na porażce europejskiej integracji: Włochy, Hiszpania, Polska, Grecja czy Węgry a więc średniacy europejscy, wybierają władze eurosceptyczne. A przecież porażka globalizacji w modelu zachodnim oznacza dla nas nie tylko pogłębienie peryferyzacji. Oznacza realne zagrożenie powrotem nieskrępowanej gry mocarstw, dla których nie będziemy podmiotem lecz przedmiotem rozgrywki. Zamiast opowiadanej ku pokrzepieniu serc opowieści o polskim mocarstwie warto wyciągnąć lekcję z historii. Próba obejścia NATO i rozmowy o bazie amerykańskiej bezpośrednio z Waszyngtonem doskonale wpisuje się w politykę Trumpowego neoizolacjonizmu. Dla NATO jest natomiast zagrożeniem i tak wątłych elementów wewnętrznej solidarności sojuszu. Osłabianie mechanizmu wspólnotowego w Unii Europejskiej na rzecz mechanizmów międzyrządowych oznacza, że zaniknie brukselski amortyzator (owszem biurokratyczny, kosztowny i niezbyt wydajny) na rzecz negocjacji dwustronnych z najsilniejszymi partnerami.

Przede wszystkim zaś, trzeszczące w szwach instytucje globalizacyjnego szkieletu są ostatnią szansą Zachodu na utrzymanie statusu hipermocarstwa. Jeżeli runie zachodni model globalizacji grozić nam będą nie tylko wojny i konflikty o skali niespotykanej od 70 lat. Grozić będzie przede wszystkim koniec świata jaki znamy od XVII wieku. Centrum globalne przewędruje nad Pacyfik i Ocean Indyjski wraz z końcem liberalnej demokracji i masowymi wędrówkami ludów. Nie przeceniam naszej roli w świecie zachodnim, ale warto przynajmniej nie przykładać ręki do procesów, które mogą zniszczyć naszą cywilizację.