Próba sterowania rzeką
Marek Budzisz 10.09.2018

W miniony piątek kurs dolara w Rosji zbliżył się do psychologicznej granicy 70 rubli. W poniedziałek przecena nadal trwała, choć być może, trend spadkowy zwolni albo wręcz zahamuje. Nie zmienia to jednak sytuacji – na początku marca dolar kosztował na rosyjskim rynku poniżej 56 rubli, nie trudno wręcz obliczyć, że stracił 25% swej wartości.

 

Ta faktyczna dewaluacja, jak zauważają ekonomiści, ma miejsce w sytuacji, kiedy rosyjskie Ministerstwo Finansów zawiesiło realizowanie polityki skupowania twardych walut z rynku celem odbudowy rezerw państwowych, bo na płytkim rosyjskim rynku zaczęło brakować walut. Na nastroje wpłynęła informacja o uchwaleniu przez amerykański Kongres nowych antyrosyjskich regulacji związanych z cyber-bezpieczeństwem oraz wspólne wezwanie państw Zachodu (obok USA i Anglii również Francji i Niemiec), aby Moskwa odpowiedziała na dowody przedstawione przez Brytyjczyków w związku ze sprawa otrucia Skripala. To, co się stało w Waszyngtonie oraz siła argumentów Londynu, skłoniła międzynarodowy świat finansów do uznania, że nowe sankcje wobec Moskwy są nieuchronne i najprawdopodobniej nastąpią szybciej niż w październiku. Wówczas Biały Dom miał decydować, jakimi narzędziami presji wobec Rosji się posłuży. W grę wchodzą relatywnie mało dolegliwe, jak np. zakaz utrzymywania przez Aerofłot połączeń lotniczych ze Stanami Zjednoczonymi, oraz te o znacznie większym ciężarze gatunkowym, jak zakaz finansowanie rosyjskiego długu publicznego oraz instytucji finansowych kontrolowanych przez państwo, a to w Rosji ponad 80% sektora. Teraz najwyraźniej uznano, że o symbolicznych środkach dyscyplinujących Moskwę nie ma co mówić.

Obok rubla tę zmianę nastrojów najsilniej odczuł rynek rządowych papierów skarbowych. Udział inwestorów zagranicznych w całości rosyjskiego długu publicznego spadł we wrześniu do poziomu 26%, podczas gdy jeszcze w kwietniu wynosił 34%. Rentowność rządowych obligacji, jeszcze 31 marca nieprzekraczająca 7,5% dziś jest powyżej 9%, a i tak rosyjskie Ministerstwo Finansów ma problemy z ich plasowaniem i zmuszone jest do odwoływania przetargów i zmniejszania oferowanej puli.

Nieco pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że w gruncie rzeczy spadki rubla zainicjowane zostały przez działania rosyjskiego rządu, który raczej nie spodziewał się, że na wysłany impuls tak silnie zareaguje rynek. Świadczy to nie tylko o jego rozchwianiu i płytkości, ale również o ograniczonych, mimo manifestowanej na zewnątrz pewności siebie, możliwościach wpływania na sytuację przez rosyjskich urzędników. O co chodzi? Pod koniec sierpnia, a dokładnie w piątek 31, dopięto transakcję sprzedaży pakietu akcji największej rosyjskiej firmy naftowej Rosnieftu. Nabywcą jest katarski fundusz inwestycyjny QIA. Transakcja ma długą historię i związana jest z podjętą w 2016 roku i nieudaną próbą prywatyzacji rosyjskiego giganta naftowego. Wówczas, aby ratować emisję, pakiety akcji objęli zaprzyjaźnieni z koncernem Katarczycy właśnie oraz szwajcarski gigant Glencore. Oczywiście nie za darmo, ale sporo na tym zarabiając. Ale w międzyczasie przyszły amerykańskie sankcje i Szwajcarzy zaczęli naciskać na Moskwę, aby „coś z tym zrobić”. Na rynku nie było łatwo znaleźć rozwiązanie, bo anonsowana jeszcze na początku tego roku transakcja wykupu „zaparkowanych akcji” przez Chińczyków zakończyła się piękną katastrofą (nie tak znów piękną dla prezesa chińskiego inwestora, który znalazł się w więzieniu). Ostatecznie znaleziono rozwiązanie – pakiet Szwajcarów odkupują Katarczycy. Ale przecież nie za własne pieniądze – transakcje sfinansować ma rosyjski bank kontrolowany przez państwo (WTB). Ale aby ją dopiąć musiał kupić na rynku międzybankowym prawie 7,5 mld euro. Ogołociło to, jak argumentują eksperci, i tak dość płytki rosyjski rynek walutowy ze środków, zwiększyło zapotrzebowanie na walutę sektora bankowego, który zwrócił się o jej sprzedaż do Banku Centralnego w nienotowanej dotychczas skali (zbliżając się do limitu dziennego 3 mld dolarów), znacząco podniosło koszty operacji typu SWAP, ale przede wszystkim było silnym impulsem psychologicznym. A jak wiadomo stabilność rynku opiera się w niemałej części na psychologii. Tym razem sygnał został odebrany jak informacja, że odpływ kapitału z Rosji przybierze na sile. Na to nałożyły się zapowiedzi nowych sankcji i powrót „sprawy Skripala”. I mały krach walutowy jak znalazł. Próba sterowania rzeką, a do tego można porównać działania zmierzające do stabilizowania sytuacji na rosyjskim rynku walutowym, póki, co okazuje się mało skuteczna. Tamy jeszcze nie pękły, ale wydarzenia końca ubiegłego tygodnia skłaniają ku poglądowi, że możliwości rosyjskich władz są bardzo ograniczone i nawet stosunkowo wysokie rezerwy walutowe, którymi dysponują, mogą niewiele pomóc.