Prokurator i radny Kałuża, czyli czego nauczył nas spór o sejmik na Śląsku
Artur Kiełbasiński 26.11.2018

Mieszanie prokuratury do polityki to rozwiązanie najgorsze z możliwych. A sprawa radnego Wojciecha Kałuży w ciekawy sposób obnażyła kilka naszych, polskich, słabości.

 

Fakty w sprawie są niezwykle proste. W sejmiku województwa śląskiego radny Wojciech Kałuża z Koalicji Obywatelskiej przeszedł do PiS. Zmiana barw klubowych przez jedną osobę miała gigantyczny wpływ na sytuację polityczną – dzięki temu transferowi PiS objął władzę w sejmiku.

Poseł PO Borys Budka grzmiał o „korupcji politycznej”, kilkudziesięciu mieszkańców okręgu wyborczego protestowało na ulicach.

Merytorycznie wypowiedź Borysa Budki jest niewiarygodnie słaba, a zapowiedź skierowania sprawy do prokuratury ociera się o groteskę. Politycy barwy klubowe i partyjne zmieniają od lat. Przypomnijmy kilka głośnych transferów choćby do Platformy Obywatelskiej. Radosław Sikorski, Bartosz Arłukowicz, Joanna Kluzik-Rostkowska… Przykłady można mnożyć. Nazywanie tych zmian korupcją polityczną nie ma nic wspólnego z realiami.

Ale jeszcze groźniejsze jest zapowiadanie zgłoszenia do prokuratury. Organ stworzony do ścigania przestępczości staje się bowiem w polskiej polityce dyżurnym „straszakiem”. Każda nieprawidłowość, każda nietypowa sytuacja – zawiadomienie do prokuratury. To bardzo zła praktyka. Z jednej strony, sam fakt zawiadomienia stygmatyzuję osobę, przeciwko której złożono zawiadomienie. I nie ma co tłumaczyć, że sprawa toczy się „w sprawie”, a nie „przeciwko osobie”. Przekaz medialny w Polsce napiętnuje od razu osobę wskazaną w zawiadomieniu jako „sprawca”. I nawet, gdy sprawa zostaje umorzona złej opinii nie da się szybko wymazać. Dlatego zbyt szybkie sięganie w polityce i gospodarce po zawiadomienia prokuratury psuje jakość debaty, narusza bezpieczeństwo obrotu. Dla wielu osób jest także źródłem osobistego stresu. Z drugiej strony ciągłe straszenie zawiadomieniami do prokuratury buduje nadmierne wyobrażenia o roli tej instytucji w życiu społecznym.

Fakt, że takie zawiadomienia odciągają uwagę prokuratorów od bieżącej pracy, w poważnych sprawach, jest tylko „drobnym” skutkiem ubocznym.

Dlatego zapowiedź posła Budki, że sprawą politycznego transferu powinna zająć się prokuratura jest po prostu słaba.

Jednak śląski przypadek ma drugie dno. Pokazuje jakość życia politycznego w naszym kraju.

Jeśli posłowi Budce zależy na znalezieniu winnych transferu, to służę podpowiedzią. Tak oczywistą, że aż bolesną. W pierwszej kolejności za polityczną woltę radnego odpowiada osoba układająca listy wyborcze w regionie. Pisząc wprost – postawiła na osobę, która okazała się politycznie nielojalna. Zabrakło wyobraźni, weryfikacji, rozeznania. Radny Kałuża podjął osobiste decyzje, które mogą budzić kontrowersje. Jednak okazję – stworzyła mu Koalicja Obywatelska na Śląsku. Po drugie – pojawia się pytanie do wyborców radnego Kałuży, dziś protestujących przeciwko jego decyzji. Dlaczego głosowali na niego? Czy głosowali świadomie? Czy podjęli jakikolwiek trud zweryfikowania kandydata, poznania jego poglądów. Czy raczej poszli na wybory i głosowali według kryterium partyjnego. Określona lista, jakikolwiek kandydat. Jak się wydaje powszechne jest to drugie rozwiązanie, to bardzo częsta praktyka w naszym kraju.

Więc zamiast protestować, straszyć prokuraturą, warto wyciągnąć wnioski na przyszłość. Nie w sferze kryminalnej, ale w sferze zachowań politycznych, świadomego głosowania, tworzenia list wyborczych. I mogą to być wnioski bezcenne.