Prokurator Minister
Robert Gwiazdowski 03.06.2018

W środę 30 maja w „Rzepie” (ale tylko w „papierze”) przy okazji sprawy Tomasza Komendy przypomniałem, jak mantrę, co kilka lat temu na tych samych łamach pisałem. Stanowisko prokuratora generalnego powinno być oddzielone od stanowiska ministra sprawiedliwości. Ale nie tak, jak to zrobiono poprzednio. Prokurator generalny powinien być powoływany na jedną, siedmioletnią kadencję, bez możliwości reelekcji, tryb jego wyboru powinien być zbliżony do tego, w jaki się wybiera prezesa NBP, po zakończeniu kadencji pobierałby dożywotnią pensję w takiej samej wysokości, ale przez co najmniej przez pięć lat miałby zakaz zajmowania się polityką i zajmowania jakichś stanowisk. A wszystko to po to, aby w okresie sprawowania funkcji „nie zaprzątało” mu uwagi myślenie o swojej przyszłości i podejmowanie decyzji w „trosce” o tę przyszłość.

 

Jan Rokita w swoich zasadach dobrego rządzenia z 2005 roku („8 punktów Rokity”) przedstawił, jako punkt trzeci, koncepcję reformy prokuratury: oddzielenie funkcji prokuratora generalnego od funkcji ministra sprawiedliwości, przeniesienie nadzoru nad prokuratorami do sądów, likwidację prokuratury krajowej i prokuratur apelacyjnych. Postulaty takie ostro krytykowali… Lech Kaczyński, Zbigniew Ziobro, Donald Tusk, Bronisław Komorowski i Grzegorz Schetyna. Po wyborach 2007 roku funkcję prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości rozdzielono, ale w najgorszy z możliwych sposób. Prokurator Generalny nie tylko nie powinien mieć wcześniejszego doświadczenia w pracy w prokuraturze, ale wręcz przeciwnie – powinien nie mieć takiego doświadczenia! Żeby nie otaczać się starą prokuratorską gwardią jak to zrobił Andrzej Seremet. Może to też by nic nie dało, ale inaczej na pewno się nie da.

Prokurator powinien też mieć bezwzględny zakaz wypowiadania się publicznie o sprawach, które sam prowadzi. Pamiętacie Państwo liczne materiały informacyjne, w których padały słowa, że prokurator się kimś „interesuje”? W państwie prawa prokurator może prowadzić postępowanie (dochodzenie albo śledztwo) i oskarżać domniemanych sprawców w sądach. A interesować to się może filatelistyką. Ale na zapytanie „prokuratura się interesuje” Google „wyrzuca” prawie 150 tys. wyników. O tym „zainteresowaniu” opinię publiczną informują dziennikarze „śledczy”. Prokuratorzy po to łamią prawo, przekazując dziennikarzom poufne informacje, żeby manipulować opinią publiczną a nie informować ją o czymkolwiek. Gdyby chodziło o informowanie, to rzecznik prasowy prokuratury zorganizowałby konferencję prasową.

Gdyby było jak postuluję, prokurator Lech Kaczyński nie miałby ani okazji ani motywów, aby „zainteresować się” sprawą Tomasza Komendy. I wszystkim byłoby od tego lepiej.

Po tym felietonie zadzwonił do mnie Józef Kozioł – ludowiec, minister stanu w Kancelarii Prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego, odpowiedzialny za kontakty z rządem Tadeusza Mazowieckiego i przypomniał historię łączenia stanowisk ministra i prokuratora. Był to pomysł ministra sprawiedliwości – Aleksandra Bendkowskiego. Na posiedzeniu Rady Gabinetowej Kancelaria Prezydenta miała zdanie przeciwne – wyraził je właśnie minister Kozioł. Prezydent Jaruzelski w przypadku rozbieżności zdań przychylał się do opinii Premiera Mazowieckiego. I w tej sprawie to Pan Premier poprosił Pana Prezydenta o zaakceptowanie propozycji Ministra Sprawiedliwości jako stanowiska całego rządu. To informacja nie tylko dla potomnych, żeby wiedzieli kto nam zafundował ten system, ale także dla obecnych zagorzałych wyznawców tezy, że wszystko jest świetnie i wystarczy tylko pisowców wymienić na niepisówców.