Qultura Najwyższa
Robert Gwiazdowski 16.12.2018

Przeczytałem, że Polska jest krajem „który po transformacji ustrojowej utracił grupę społeczną nazywaną inteligencją”. Ergo – skoro inteligencja jest tak ważna to przed transformacją ustrojową było lepiej. Chyba tak, bo „za czasów komunizmu w Polsce książki były dobrem najwyższym. Stało się po nie w wielkich kolejkach, zdobywało. Nakłady ówczesne w porównaniu z dzisiejszymi były wręcz niewyobrażalne”.

 

Tymczasem po transformacji „kultura, podobnie jak inne sfery życia, stała się strefą działania wolnego rynku, który zaczął wywracać kryteria i wartości”.

Czytam dalej, że „blisko 40% Polaków nie rozumie tego, co czyta, a kolejne 30% rozumie w niewielkim stopniu. Co dziesiąty absolwent szkoły podstawowej nie potrafi czytać. Aż 10 milionów Polaków nie ma w domu ani jednej książki. Analfabetą funkcjonalnym jest co szósty magister w Polsce. 6,2 miliona Polaków znajduje się poza kulturą pisma, czyli nie przeczytało NIC, nawet artykułu w brukowcu”. I właśnie z tej perspektywy niektórzy twórcy „interpretują odwrót Polski z drogi wolności i demokracji na rzecz autorytarnego systemu i państwa narzucającego obywatelom zasady życia dyktowane przez Kościół”. Tu zauważę, że za czasów komuny to właśnie w kościołach można było zdobyć do poczytania najwięcej dóbr kultury z drugiego obiegu.

Ale najbardziej mnie zaciekawiło uznanie, że z powodu tych „zaniechań i wieloletniego ogłupiania społeczeństwa” były skutkiem wyboru „ekstremalnej prawicy przy niskim zainteresowaniu wyborami”. Bo populizmy „chętnie i bezpardonowo żerują na analfabetyzmie politycznym”.

Zważywszy, że „ekstremalna prawica” zdobyła większość w 2015 roku to te wszystkie zaniechania musiały chyba mieć miejsce wcześniej – tak na logikę biorąc. Nie wiem tylko czy logika jest elementem „kultury”?

Zastanawiam się jak to możliwe? Przecież istniało prze te wszystkie lata Ministerstwo Edukacji Narodowej. I Kuratoria Oświaty. I Ministerstwo Kultury! Którzy z ministrów hołdował wolnemu rynkowi? W jakiż to sposób mogło dojść do upadku kultury pod ich czujnym okiem? Pewnie za mało urzędników! I za niskie nakłady na kulturę! A może to zakonspirowani zwolennicy wolnego rynku byli ci wszyscy urzędnicy? Być może jest to kwestia niewystarczających jeszcze nakładów? To dziwne, bo przecież kilka lat temu na Kongresie Kultury Polskiej ówczesny Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Bogdan Zdrojewski ogłosił, że „kultura będzie liderem absorpcji środków europejskich”. Czyżby jednak nie była? Zresztą nie chodzi chyba o pieniądze! Człowiek kulturalny powinien je mieć w głębokiej pogardzie. Kultury nie tworzy się dla pieniędzy! Nieprawdaż?

„Więcej państwa w kulturze i więcej kultury w państwie” – tak pięknie mówił Pan Minister Zdrojewski. Wyraził też żal, że mało było relacji z Kongresu w telewizji publicznej. Ale przecież w telewizji publicznej było i jest 100% państwa! Więcej już być nie może! To może jednak, żeby było więcej kultury w państwie i telewizji powinno być mniej państwa w telewizji?

Muszę wyznać, że pisząc to, nie czuje się jak Elisabeth Costello – jedna z ulubionych postaci południowo-afrykańskiego pisarza Johna Maxwella Coetzeego, tylko jak słuchacz profesora Balpha Eubanka – jednego z antybohaterów Ayn Rand z Atlasa Zbuntowanego – który uważał, że „powinno istnieć prawo ograniczające nakład jednej książki do dziesięciu tysięcy egzemplarzy. To otworzyłoby rynek literacki na młode talenty, świeże pomysły i twórczość niekomercyjną. Jeśli zabroni się ludziom kupować miliony egzemplarzy tego samego szmelcu, będą zmuszeni kupować lepsze książki”. No bo skoro ministrowie kultury, oświaty i nauki nie dali rady przy pomocy interwencjonizmu państwowego ustrzec nas przed „ekstremizmem prawicowym” to trzeba pójść dalej. Można też nie pozwolić w ogóle na druk książek, które nie służą rozwojowi kultury i mogą sprzyjać „ekstremizmowi prawicowemu” – jak mawiano w czasach, gdy inteligencja nie była wyniszczana i czytelnictwo kwitło – czyli przed transformacją ustrojową. W tamtych dobrych dla inteligencji i czytelnictwa czasach Atlas Zbuntowany był na liście „prohibitów” – czyli ksiąg zakazanych. Powrót do nich poprawić nam może poziom wykształcenia. Same piątki miałem na studiach między innymi po to, by móc wchodzić do czytelni owych prohibitów w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego. Ba! W Bibliotece Sejmowej zaopatrzony w stosowny glejt od Rektora UW mogłem nawet Playboya wypożyczyć – bo tam był wywiad z Miltonem Friedmanem (naprawdę ciekawy – numer z lutego 1973). Więc czytać warto.

Nie bardzo tylko rozumiem skąd ta niechęć twórców Kultury (przez wielkie „K” oczywiście) do rządów PiS? Na logikę to idą dobre czasy dla inteligencji i czytelnictwa.