Raport Ambasadora
Jerzy Marek Nowakowski 04.12.2018

W poczuciu jakiejś samobójczej satysfakcji prorządowe gazety i portale nieustannie wałkują temat listu Pani Ambasador USA do polskiego premiera. Szczerze mówiąc gdyby robiła to opozycja to bym rozumiał. Bo rzeczywistą wpadką jest wyciek listu, a jego treść jest dla rządzących co najmniej mocno niewygodna. I właściwie tyle, nie ma kwestii.

 

Wbrew wypowiedziom przeróżnych ekspertów z Bożej łaski (a raczej niełaski), w liście Pani Ambasador po pierwsze nie ma nic nadzwyczajnego a po drugie, jeżeli czegoś on dowodzi, to bardzo wysokiego poziomu zaufania i współpracy ze strony USA.

Paradoksalnie takie listy pisuje się pomiędzy przyjaciółmi, bo gdy relacje są chłodne albo obojętne ambasador wysyła oficjalną notę dyplomatyczną. Kiedy są przyjazne może sobie pozwolić na formy odbiegające od zwyczajowej dyplomacji.

No i jest jeszcze jedna kwestia. Ludwik Dorn słusznie zauważył, że twardy ton, czy inaczej – brak owijania w bawełnę, albo dyplomatyzowania, wynika z doświadczenia Amerykanów. Kiedy w sposób dyplomatycznie stanowczy usiłowali przekonać Polaków, że uchwalenie ustawy o IPN jest błędem i spowoduje ostra reakcję międzynarodową, spotkali się z kompletnym lekceważeniem, wynikającym z przekonania polskich rozmówców, że skoro nie walą na odlew to znaczy, że skandaliczna ustawa to nic takiego. No to tym razem Pani Mosbacher nie pozostawiła wątpliwości.

Kilkanaście lat praktyki dyplomatycznej nauczyło mnie, że zadaniem ambasadora jest przede wszystkim zdecydowana obrona interesów państwa, które reprezentuje. Nie rządu, nie partii, tylko państwa. A jednym z najważniejszych interesów są inwestycje, czy szerzej mówiąc interes gospodarczy. Pamiętam przed laty rozmowę z jednym z amerykańskich polityków nadzwyczaj życzliwym Polsce. Wygłaszałem wtedy pretensje, że nasi przyjaciele nie dali nam żadnych koncesji gospodarczych w zamian za polskie zaangażowanie w Iraku. A dlaczego? Zdziwił się rozmówca. Skoro niczego nie żądaliście to nic nie dostajecie. I dodał: „USA są mocarstwem handlowym, i płacenie za towar otrzymany za darmo nie leży w naszej naturze”. Ambasadorowie USA bez względu na to, czy są w Polsce czy w Armenii, albo gdziekolwiek indziej, są od reprezentowania interesów amerykańskich firm i amerykańskich obywateli. Dokładnie odwrotnie niż oczekuje się od polskich dyplomatów. W ideologii naszego MSZ leży reprezentowanie samego ministerstwa, czasami instytucji rządowych (ale teoretycznie wiceministra innego resortu można odebrać z lotniska wtedy gdy jego ministerstwo za to zapłaci) rzadko wielkich firm państwowych. I tyle. Wsparcie dla, choćby i wielkiego, biznesu prywatnego rodzi podejrzenia i komentarze, że widocznie ambasador (czy inny dyplomata) dostał za to swoją działkę. Więc na wszelki wypadek żadnej pomocy takiej firmie nie udziela. Jeżeli to robi to na własne ryzyko.

Rzecz jasna najłatwiej jest skupić się na błędach w tytulaturze (Premier jest tytułowany ministrem), czy na przekręconych nazwiskach. Sama pani Ambasador uznała to za niewybaczalny błąd. Ale sama forma listu, i popełnione błędy dowodzą, że był on pisany w pośpiechu, najprawdopodobniej z pomocą sekretarki bądź kogoś z obsługi dostępnego akurat pod ręką zapewne w rezydencji a nie w Ambasadzie. List jest napisany przy tym na papierze notowym, specjalnym do pisanie not dyplomatycznych z wydrukowanym na drukarce dopiskiem The Ambassador a nie na normalnej filmówce ambasadorskiej. Czyli scenariusz najpewniej był taki, ze Pani Ambasador czymś gwałtownie zmotywowana (rozmową, informacją?) postanowiła interweniować natychmiast. Zazwyczaj robi się to w formie prośby o spotkanie i rozmowy w cztery oczy. Nie wiemy czy Premier odmówił spotkania, czy był nieobecny? W każdym razie jedynym sposobem przekazania informacji okazał się list. Od strony formalnej partacki, od strony merytorycznej ostry, ale nie nadzwyczajny. Pomiędzy przyjaciółmi takie listy się pisuje. Być może tylko użycie groźby, iż „uderzenie w media utrudni inne działania” jest nieco zbyt daleko posuniętą formą konfidencji. Takie rzeczy zostawia się do rozmów w cztery oczy.

Podobnie absurdalne są głosy oburzenia, że Ambasador lobbowała na rzecz takich rozwiązań ustawowych, które są korzystne dla firm amerykańskich. A co miała robić? Za to bierze pieniądze podatników. Powiem więcej, to odróżnia prawdziwą profesjonalną dyplomację od sławetnej „Mabeny” profesora Zybertowicza.

Rzecz jasna jest tutaj jeden – jak się kiedyś mawiało – haczyk. Taki mianowicie, że prośbie ambasadora amerykańskiego, zwłaszcza wyrażonej w formie dość stanowczej, jest bardzo trudno odmówić. Tyle, że nie jest to wina Pani Mosbacher lecz polskiej polityki. Skoro nasze bezpieczeństwo, więcej nasza pozycję międzynarodową, obecny rząd opiera tylko i wyłącznie na sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi, no to ma uzasadnione kompleksy. Ale żadna w tym wina dyplomaty, który ma obowiązek korzystać z tych narzędzi, które posiada.

Efekt całej afery jest w przybliżeniu taki, że mieliśmy w Georgette Mosbacher przyjaznego adwokata naszych interesów, doskonale umocowanego na samym szczycie elit republikańskich Stanów Zjednoczonych. Po awanturze wywołanej (tu raczej nie ma wątpliwości) przez sam obóz rządzący mamy bardzo poważną zadrę. Pani Ambasador nie jest urzędnikiem Departamentu Stanu tylko klasycznym ambasadorem politycznym. Będzie oczywiście wykonywać swoje obowiązki, będzie działać na rzecz zbliżenia z Polską, ale spora część entuzjazmu, z którym przyjechała do Polski, jak się wydaje wyparowała w starciu z gminnymi rozgrywkami wewnątrz obozu władzy. Tymczasem właśnie ten entuzjazm był jej największą zaletą z punktu widzenia polskich interesów.

Swoją drogą nie jestem w stanie wyobrazić sobie kto i po co dokonał tego przecieku. Stosując zimną logikę przegrani po polskiej stronie są wszyscy. Bo pokazanie patriotycznego wzmożenia po którym grzecznie podkula się ogon i ucieka do kąta może służyć pozyskaniu bardzo niewielkiej grupy wyborców. A wielkie okładki z Panią Ambasador w poniedziałkowych tygodnikach zdają się wskazywać na to, że są ludzie przekonani, iż nadal można coś na tej awanturze ugrać. Tymczasem, jak z wieloma podobnymi aferami było, na jedynego zwycięzcę wygląda nasz sąsiad z północy. Wysłanie kolejnego sygnału, że władze Polski są całkowicie nieprofesjonalne, naszych przyjaciół w Waszyngtonie zmartwi.  Wrogów ucieszy, a najliczniejszą grupę obojętnych skłoni do jeszcze wyraźniejszego stosowania polityki Andrzeja Zamoyskiego: „brać nie kwitować i żądać więcej”.

Trzeba pamiętać, że w Waszyngtonie nie rządzi jednoosobowo Donald Trump. Bardzo wyraźnym sygnałem, że mamy tam partnerów niekoniecznie życzliwych, jest wypowiedź polityka niezwykle znaczącego: Stuarta Eizenstata. Na konferencji w Berlinie, poświęconej zrabowanym dziełom sztuki, Eizenstat wymienił Polskę wśród największych rabusiów dzieł sztuki po II wojnie światowej. Tak, jesteśmy krajem który stracił podczas wojny ogromną część naszych zasobów kulturalnych a tymczasem zostaliśmy na wielkiej konferencji oskarżeni o zrabowanie dzieł sztuki należących do polskich Żydów. I to przez jednego z najsprawniejszych i najtwardszych negocjatorów amerykańskich. Miałem okazję prowadzić rozmowy ze Stuartem Eizenstadtem gdy był zastępcą sekretarza skarbu. I powiedzieć, że były to rozmowy trudne, to nic nie powiedzieć. Jeśli gracz takiej wagi zagina na nas parol to zwiastuje kłopoty.

Moglibyśmy mieć wsparcie w Pani Ambasador. Eizenstadt jest demokratą, więc była szansa na polityczne wsparcie ambasady. Ale z drugiej strony jest on jedną z najwybitniejszych postaci środowiska żydowskiego w USA, więc takie wsparcie nie jest oczywiste i zależało od wspomnianego przed chwilą czynnika entuzjazmu. A entuzjazmu już nie widać.

Rzecz jasna Stany Zjednoczone sprzedadzą nam (drogo) rakiety, będą (przynajmniej na razie) utrzymywać obecność wojskową, pewnie spróbują znieść wizy – co skądinąd jest teraz działaniem raczej symbolicznym, bo przy ruchu bezwizowym trudniej jest zalegalizować pracę w USA niż wtedy gdy istnieją wizy. Natomiast nie zdziwię się, jeżeli Pani Ambasador napisze w którejś z depesz cytując Raport Ambasadora Jacka Kaczmarskiego: „rozgrywka z nimi to nie żadna polityka/ to wychowanie dzieci biorąc rzecz en masse”.