Szczepienia i nadzwyczajna kasta lekarzy
Łukasz Warzecha 07.10.2018

W grudniu ubiegłego roku temu zostałem zaproszony do udziału w panelu dyskusyjnym na Kongresie Zdrowia Publicznego na warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Dyskusja dotyczyła zdrowia w mediach. Prócz mnie zasiedli za stołem Marek Nowicki z TVN, Dorota Romanowska z „Newsweeka” oraz prof. Bolesław Samoliński. Na widowni siedział Jarosław Pinkas, wówczas sekretarz stanu w KPRM, a dziś główny inspektor sanitarny. Jako że temat szczepień przewijał się w czasie całego kongresu, a wszyscy niemal jego uczestnicy byli przerażeni rosnącą popularnością ruchu antyszczepionkowego, siłą rzeczy pojawił się też w naszej dyskusji i zdominował ją.

 

Scenariusz, jak się zdawało, był już napisany. Wszyscy mieli rytualnie antyszczepionkowców potępić, a po dziennikarzach zaproszonych do dyskusji oczekiwano zapewne, że powiedzą, dlaczego sceptyków nie powinno się w ogóle dopuszczać do mediów. No i co? Tak, dobrze państwo myślą: nieobliczalny Warzecha się wyłamał. Ku widocznemu poruszeniu na sali, zakwestionowałem dogmatyczne podejście.

Żeby było bardzo jasne: nie wypowiadam się i nie wypowiadałem się w tamtej dyskusji o skutkach szczepień, o powszechności powikłań i NOP-ów. To w ogóle nie jest argumentacja dotycząca medycyny, bo na niej się nie znam. Środowiska medyczne nie rozumieją natomiast, że ta dyskusja wykracza mocno poza zakres kwestii czysto naukowych. To w gruncie rzeczy debata o tym, co nas na portalu Warsaw Enterprise Institute szczególnie interesuje: o wolności, o obowiązkach wobec wspólnoty, o granicach interwencji państwa. Problem w tym, że zwłaszcza strona proszczepionkowa nie chce tego dostrzegać.

(Kolejna uwaga: używam tu określenia „antyszczepionkowcy” i „proszczepionkowcy” umownie. W gruncie rzeczy nie chodzi bowiem o same szczepienia, ale o ich obligatoryjność.)

Jednym ze źródeł ruchu antyszczepionkowego jest arogancja środowiska medycznego, bardzo przypominająca arogancję środowiska sędziowskiego, oczywiście w innych sprawach. Wątpliwości wobec obowiązkowych szczepień mają swoje źródło w konkretnych przypadkach, które – nie przesądzam – są może wyolbrzymione, może przedstawiane wybiórczo, może w sposób wypaczony, ale jednak miały miejsce. I tak jak sędziowie nigdy nie uznali za stosowne wytłumaczyć swoich dziwnych decyzji w sprawach dyscyplinarnych publice, tak lekarze nigdy nie podjęli dyskusji na temat wspomnianych przypadków. Jedyną odpowiedzią było i nadal jest – co po wpłynięciu do Sejmu obywatelskiego projektu ustawy szczepionkowej widać tym wyraźniej – aroganckie lekceważenie, tyrady o ciemnocie, głupocie, porównywanie antyszczepionkowców do zwolenników hipotezy o płaskiej ziemi i tak dalej. W połączeniu z, powiedzmy sobie szczerze, niebezzasadnym przekonaniem, że wielu medyków współpracuje z koncernami medycznymi i ma wymierny interes w utrzymaniu obowiązku szczepień, takie podejście wywołuje jeszcze większą podejrzliwość, brak zaufania i sprawia, że sprzeciw staje się silniejszy.

Na wspomnianym kongresie podniosły się głosy, że poglądy antyszczepionkowców należałoby wyeliminować z mediów i nie dawać im w ogóle pola do głoszenia swoich poglądów. To zaiste świetna metoda, żeby ugruntować przeświadczenie o spisku lekarzy z koncernami medycznymi, a więc pogłębić sprzeciw wobec obowiązku szczepień.

Ja ze szczepieniami nie mam problemu. Ale, prawdę mówiąc, chciałbym wreszcie usłyszeć, jak w rzetelnej dyskusji lekarze zbijają argumenty drugiej strony, w tym zwłaszcza jak tłumaczą to, czego i ja nie rozumiem, czyli na przykład to, dlaczego w Polsce obowiązek szczepień musi dotyczyć noworodków zaraz po urodzeniu, a nie dzieci kilkumiesięcznych. Albo jak to faktycznie jest z raportowaniem NOP-ów przez lekarzy, nietrudno bowiem znaleźć historie powikłań poszczepiennych, w których przypadkach lekarze raportu nie sporządzili. Czy te historie są prawdziwe – nie wiem. Byłoby dobrze, gdyby medycy takie opowieści wzięli pod lupę i sprawdzili. Być może to zmyślenia od A do Z, a może jednak coś jest nie tak z systemem i antyszczepionkowcy wskazują na jego autentyczne wady? Jeśli tak by było, to może warto z ich uwag skorzystać? Tego nie będziemy wiedzieć, jeśli lekarze z wysokości swojej nadzwyczajnej kasty będą tylko pouczać głupi lud.

Dopiero pod wpływem najnowszej dyskusji zainteresowałem się, jak to jest z obowiązkowymi szczepieniami w innych krajach. Oczywiście – zawsze powtarzam, że fakt, iż coś gdzieś jest lub nie jest sam w sobie nic nie znaczy i jestem tego zdania również w tej sprawie. Natomiast czasem warto poddać istniejące gdzieś rozwiązania analizie i zadać sobie na tej podstawie pytania.

Okazuje się mianowicie, że mnóstwo państw w Europie traktuje obowiązek szczepień znacznie bardziej liberalnie niż Polska. W niektórych krajach istnieją tylko rekomendacje, nie ma przymusu (m.in. Irlandia, Niemcy, Wielka Brytania, Belgia, Skandynawia), w innych niezaszczepienie dziecka rodzi określone konsekwencje (np. niemożność wysłania dziecka do przedszkola), ale decyzja należy do rodziców (Czechy, Łotwa). Na tle Europy Polska jawi się jako państwo wyjątkowo restrykcyjne.

Można zatem zadać pytanie, jak to się dzieje, że w tak wielu krajach, gdzie obowiązkowych szczepień nie ma, nie wybuchają co chwila epidemie, przed którymi ostrzegają polscy lekarze. Odpowiedź zwykle jest taka, że poziom zaszczepienia populacji mimo braku obowiązku jest wystarczająco wysoki. W takim razie dlaczego polskie środowiska medyczne i znaczna część elit uważa, że w Polsce byłoby inaczej i że konieczny jest szczepionkowy zamordyzm, bo inaczej głupie Polaczki zgotują nam tutaj Armagedon?

Zwracam uwagę, że zwolennicy przymusu odmawiają w ogóle dyskusji o jakiejkolwiek modyfikacji i liberalizacji obecnego reżimu. A przecież można sobie wyobrazić wiele rozwiązań kompromisowych. Na przykład takie, żeby rodzice, którzy dziecka szczepić nie chcą, podpisywali odpowiednią deklarację, zawierającą klauzulę, że w razie zachorowania dziecka na daną chorobę leczenie będą musieli opłacić z własnej kieszeni. Można też nałożyć na podpisujących dodatkową składkę na ubezpieczenie, wynikającą ze zwiększonego ryzyka.

W istocie mamy tutaj spór o wartości fundamentalne: jak daleko państwo może się posunąć w przymuszaniu obywateli do określonych działań, uzasadniając to interesem wspólnoty – w tym wypadku zdrowotnym. Pisałem wielokrotnie, nie tylko na blogu WEI, że państwo najchętniej uzasadnia swoje kolejne paternalistyczne pomysły bezpieczeństwem wszelkiego rodzaju. Nie oznacza to, że wszystkie są bezzasadne, ale jeśli takie pomysły się pojawiają, powinny być bardzo dokładne analizowane i tłumaczone w ramach rzetelnej, publicznej dyskusji, a nie oktrojowane z pozycji kasty mędrców.