Szczyt NATO o dzień za późno
Tomasz Wróblewski 09.07.2018

Gdyby nie to, że już istnieje, w obecnym świecie NATO nie miałoby prawa powstać. 29 przywódców państw członkowskich zjedzie w tym tygodniu do Brukseli nie tylko z różnych państw i kontynentów, ale też z diametralnie różnymi wizjami świata, demokracji i współpracy handlowej.

 

Po tym co stało się z taryfami celnymi, TTIP, ONZ, NAFTA, WTO, G7, w zasadzie nic już nie stoi na przeszkodzie do choćby częściowego rozmontowania Paktu Północno Atlantyckiego. Stopniowego zastępowania wielonarodowego organizmu bilateralnymi umowami opartymi o proste, jasne zasady współpracy. Oczywiście nikt nie spodziewa się, że w tym tygodniu Trump ogłosi koniec NATO, jak mówi – jeszcze jednego przestarzałego formatu nieprzystającego do post-globalnej epoki. Ale też nikt nie ma wątpliwości, że zarówno Europa jak i Stany Zjednoczone, każde z innymi priorytetami bezpieczeństwa, potrzebują nowych konstrukcji obronnych.

Gdyby różnice dotyczyły tylko kwestii technicznych i zaangażowania poszczególnych państw w finansowanie paktu, to szczyt można by już dziś uznać za udany. Wbrew ostrej retoryce i wzajemnym oskarżeniom, NATO zmienia się na lepsze. Wciąż żadna z niemieckich łodzi podwodnych nie nadaje się do działań zbrojnych, a całe niemieckie lotnictwo bojowe składa się zaledwie z czterech myśliwców, ale ostatnie dwa lata przyniosły sporo dobrych zmian.

Liczba państw, które zwiększą swoje wydatki na obronność do poziomu 2 proc. PKB w 2024 wzrosła z pięciu do szesnastu. Liczba państw, które 20 proc. tej sumy przeznaczają na zakup nowej broni (kolejne zobowiązanie złożone na szczycie w 2014 roku), zwiększyła się z 14 do 24. Granice paktu są dziś najlepiej chronione od końca Zimnej Wojny. Amerykańskie wojska stacjonują w Polsce, Kanadyjskie ma Łotwie, Brytyjskie w Estonii i niemieckie na Litwie. NATO trzykrotnie zwiększyło swój kontyngent szybkiego reagowania, przygotowany do przeprowadzanie kontrataku w przeciągu 48 godzin. Jeżeli wszystko pójdzie gładko, to kraje członkowskie przyjmą w tym tygodniu deklarację 4 x 30. Do 2020 roku członkowie NATO maja być w stanie przerzucić na linie frontu 30 zmechanizowanych batalionów, 30 eskadr powietrznych i 30 okrętów bojowych w przeciągu 30 dni. Potencjał, który z pewnością każe Putinowi trzy raz się zastanowić zanim wykona jakikolwiek nowy agresywny ruch.

Prezydent Trump niezmiennie oskarża jednak Unie Europejską o złą wolę i budowanie państwa dobrobytu na koszt amerykańskiego podatnika. Bruksela uważa Trumpa za wandala, niepoczytalnego kabotyna, który rozmontowuje międzynarodowe instytucje, nie bacząc na wzajemne interesy i konsekwencje dla Zachodniego świata. Problem w tym, że coraz trudniej stronom przychodzi definiowanie Zachodniego Świata, a tym bardziej wspólnych interesów. Czy fundamentem Zachodu ma być socjalna czy narodowa wizja demokracji? Czy zgadzamy się na europejski paternalizm czy amerykański egoizm i protekcjonizm?

Łatwiej dziś wyliczyć wszystko to co dzieli, niż to co łączy dwa brzegi Atlantyku. Na koniec europejskie rządy muszą sobie jednak odpowiedzieć na pytanie, czy w razie zbrojnej konfrontacji, to Ameryka ma się obawiać rosyjskiego ataku na Alaskę, czy Unia ataku na Europę Środkową. Czy Rosja zakręcając kurek z gazem, którejś pięknej zimy, zamrozi pół Ameryki czy pół Europy. Czy to Ameryce powinno najbardziej zależeć na dozbrajaniu europejskich armii? I wreszcie, po co u licha w ogóle stworzono to NATO? Żeby broniło Ameryki czy Europy.

Od tamtego czasu sporo upłynęło czasu i chwilami faktycznie, ciężko jest nam wyobrazić sobie Europę bez amerykańskiej obecności. Złość na aroganckiego i do bólu egoistycznego Trumpa, niektórym przesłania to, co już się dzieje, czy raczej gotuje na wschodnim horyzoncie. Rzecz tylko w tym, że dzień w którym przypomnimy sobie po co to wszystko było i komu tak naprawdę powinno zależeć na hołubieniu NATO, będzie o ten jeden dzień za późno.