To tylko kolejna awanturka Putina
Andrzej Talaga 26.11.2018

Generał James Jones, były doradca ds. bezpieczeństwa prezydenta Obamy, twierdzi, że Rosja jest za słaba militarnie, by zaatakować nie tylko NATO, ale i Ukrainę. Będzie jednak mnożyć prowokację, zwiększać napięcie, by zachować wpływ na region pomiędzy nią z zachodem Europy. Ostrzelanie ukraińskich jednostek w cieśninie kerczańskiej, jest – wypisz, wymaluj – spełnieniem tej diagnozy. Celem nie jest podbój, ale trwała destabilizacja, uniemożliwienie Ukrainie integracji z zachodem, kiedykolwiek.

 

Najpierw Rosjanie w sztuczny sposób zamknęli przepływ pod mostem, który zbudowali na Krym, nie informując o tym stosownych instytucji międzynarodowych, potem staranowali i ostrzelali trzy ukraińskie jednostki morskie, które usiłowały tamtędy przepłynąć, następnie oskarżyli Ukrainę o prowokację i zwołali posiedzenie Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Zrobili to dlatego, że… mogli. Trwa procedura Brexitu, Komisja Europejska ma wielki problem z budżetem Włoch, USA są skupione na latynoskich imigrantach szturmujących granicę i wojnie handlowej z Chinami. Rosja schodzi z orbity światowego zainteresowania i za wyczyny na Morzy Azowskim nie grożą jej nowe sankcje.

Jaki z tego zysk? Właśnie destabilizacja, ugruntowanie opinii, że Ukraina to problem, który trzeba będzie prędzej czy później rozwiązać. Z udziałem Rosji oczywiście. Moskwa chce zmęczyć zachód Ukrainą na tyle, by ja w końcu sobie odpuścił.

Kijów bowiem nie ma w Europie czy w USA sojuszników, budzi raczej zniecierpliwienie. Nawet w Polsce do opinii publicznej łatwej przebijają się informacje o neo-banderowskim interpretowaniu historii niż o geopolitycznej konieczności utrzymania Ukrainy jako wolnego państwa, bufora pomiędzy nami a Moskwą. Ukraina zyskuje wsparcie tylko dlatego, że wiele państw zachodu, w tym USA i Polska, nie zgadza się na podważanie przez Rosję ładu międzynarodowego i tworzenie faktów dokonanych. Samo w sobie budzi raczej niesmak endemicznie mafijno-oligarchiczną strukturą tamtejszej polityki i gospodarki.

Rosjanie dokonali prowokacji kerczańskiej także dlatego, że tego potrzebowali. Badania opinii publicznej pokazują, iż prezydent Putin ma najniższe notowania odkąd ugruntował władzę. Powodem jest reforma emerytalna, konieczna budżetowo, ale bardzo niepopularna społecznie. Nie można jej cofnąć, bo przychody budżetowe Rosji nie rosną. Niezbędne są cięcia, dokonują się zresztą nie tylko z sferze budżetowej, ale i w wydatkach zbrojeniowych.

Niepokój wewnętrzny najłatwiej zagłuszyć awanturą na zewnątrz, grając na rosyjskiej dumie narodowej. Moskwa stosuje tę technikę od dawna i ciągle przynosi ona rezultaty. Po Syrii analitycy zastanawiali się kto będzie kolejnym obiektem agresji, okazało się, że znowu Ukraina, ale tym razem na bardzo ograniczoną skalę.

Wygląda zatem na to, że ten konflikt będzie przeciągany, wygrany propagandowo przez Moskwę aż do przysłowiowego bólu. Nie chodzi wszak o prawdziwą wojnę, ale o grożenie nią. Powinniśmy się do tego przyzwyczaić i dobrze wykorzystać taką politykę rosyjską w naszym interesie, na przykład dowodząc na łonie UE, że Moskwa jest trwałym agresorem i nie można zdejmować z niej sankcji.

 

Powyższy tekst wyraża prywatne poglądy autora