Twitter i ja
Robert Gwiazdowski 07.05.2018

Niedawno pisałem o mnie i ZUSie („ZUS i ja”). Dziś o mnie i Twitterze.

Polubiłem kiedyś Twittera. Fajny trening refleksu i ripost w ciągłej polemice ze zwolennikami sprawiedliwości społecznej nieustannie nastającymi na moją wolność.

Pierwszy zgrzyt miał miejsce już jakiś czas temu, gdy się okazało, że Twitter nie będzie już pokazywał mi tego co ja chcę, tylko to co on chce – zamiast chronologicznej listy wpisów obserwowanych osób, zaczął mi wyświetlać co sam uznał za ważne. OK. Przełknąłem. Drugi zgrzyt miał miejsce niedawno – gdy Twitter sam, bez żadnego ostrzeżenia, zmienił ustawienia mojego konta. Zamiast zdjęć, które zamieszczałem wyświetlał komunikat: „multimedia zostały zablokowane ponieważ mogą zawierać treści, których NIE CHCESZ OGLĄDAĆ”. Nawet nie: „możesz nie chcieć” tylko „nie chcesz”. Poszło o ilustrację z 10 marca 2018 z g. 20.51 do polemik na temat statystyk i badania preferencji społecznych. Na zdjęciu widać było dziewczynę bez stanika (ale za to w spodenkach, nakolannikach i wrotkach) która przewróciła się na ulicy. Na pytanie: „Czy pomożesz komuś, kto upadł na ulicy?” 90% kobiet odpowiedziało : NIE, a 99% mężczyzn : TAK. Z czego można było wysnuć wniosek, że „Mężczyźni chętniej udzielają pierwszej pomocy”. OK. Przełknąłem. Aczkolwiek nie rozumiem jak komuś babski cycek (od razu wyjaśniam: Mama moich dzieci słusznie twierdzi, że piersi to mają kurczaki) może bardziej przeszkadzać od podobizny Marksa? Ale rozumiem, że niektórzy od babskich cycków mogą woleć męskie łopatki – w końcu „de gustibus…”

Przy okazji otrzymałem jednak od Twittera oficjalne ostrzeżenie, że jak nadal będę naruszał jego regulamin to zostanę zablokowany „na stałe”. No i zostałem.

Kiedyś obowiązywała cenzura prewencyjna. Trzeba było dostać pozwolenie od komunistycznego cenzora, żeby w ogóle coś opublikować. Ale można było próbować. Nawet można było pójść „wyżej” ze skargą na cenzora. BA! Pod koniec „komuny” można było nawet decyzję cenzury zaskarżyć do Naczelnego Sądu Administracyjnego! Od „decyzji” Twittera odwołania nie ma. Twitter nie stosuje, broń Boże, komunistycznej cenzury prewencyjnej. Zmusza do autocenzury: „bo już nigdy ci nic nie opublikujemy”. Pod rym względem lepsi byli komuniści, bo jak nie pozwolili czegoś opublikować, to nie oznaczało, że za chwilę nie pozwolą opublikować czegoś innego, albo nawet tego samego, jak coś się zmieni. BA! Z komunistycznym cenzorem można było dyskutować! Z Twitterem nie można – czyli gorzej niż za komuny.

Twitter zablokował mnie 4 maja. Zaraz po kolejnej krytyce Karola Marksa i jego współczesnych entuzjastów. Tym razem Twitter do mnie już nic nie napisał. Ale napisał jakiś anonimowy użytkownik Twittera. Podpisujący się „Radek”. Zapytał, czy zamierzam publicznie przeprosić za „fake news” dotyczący Twittera. Domyślam się, że pewnie za ten na Facebooku, o tym, że mnie Twitter zablokował za krytykę Marksa. Odpowiadam: nie zamierzam. I dodam, że to raczej Twitter powinien przeprosić mnie, bo „Radek” zdemaskował nie tylko siebie, ale i Twittera.

Napisał, że moje konto „nie zostało zablokowane z powodu wpisu”, tylko „z powodu zgłoszenia użytkowników Twittera (co się pokrywa z obrazkiem Hitlera/flagi z sierpem i młotem, które ZOSTAŁY ZGŁOSZONE jako nieodpowiednie przez Twitterowiczów”). Czyli nie „z powodu wpisu”, tylko z powodu „zgłoszenia wpisu”. Wytłumaczenie godne wyznawcy dialektyki marksistowskiej. Chodziło zatem o zdjęcie umieszczone 1 maja 2018 roku z g. 9.40, pokazujące autentyczne sztandary, pod jakimi manifestowało się w „Święto Pracy” w III Rzeszy i w ZSRR. Sama blokada nastąpiła w chwilę po tym, jak rozpowszechniłem list WEI do Junckera z protestem przeciwko fetowaniu rocznicy urodzin Marksa. To już mógł być przypadek – ale wcale nie musiał. Zwłaszcza jeśli – czego znowu nie mogę wykluczyć – „Radek” nie jest donosicielem, który się niechcący wygadał, że doniósł, tylko pracownikiem Twittera – i stąd wie, co się stało.

Jedni już ogłosili, że to nieprawda, że zostałem zablokowany – owszem prawda. Inni, że to dobrze. Owszem – dla nich dobrze. A jeszcze inni, że jako liberał powinienem szanować prawo Twittera do stosowania takich regulaminów, jakie stosować chce. Owszem – szanuję. Nie domagam się „interwencji” państwa w celu zapewnienia mi przez prywatną firmę wolności słowa. Ale „nie ma darmowego obiadu” – także dla Twittera. Udostępnił mi platformę do propagowania idei wolności i kontrowania jej przeciwników. W zamian ja dostarczam mu content i generuję ruch na portalu oraz pozwalam na śledzenie mnie i analizę moich danych, którymi, jak podejrzewam, mógł handlować jak Facebook. Moim zdaniem jest to wymiana „fair enough”. Cenzury nie akceptuję i autocenzury stosował nie będę.