W dużych miastach zarabia się pieniądze
Sławomir Jastrzębowski 22.10.2018

Zdarza się, że bokserzy tuż po zakończonym pojedynku, którego nie udało się żadnemu z nich rozstrzygnąć przed czasem, jednocześnie podnoszą ręce ku górze przekonując i publiczność, i sędziów, i siebie, że to oni zwyciężyli. Kiedy w niedzielny wieczór, tuż po zakończeniu wyborów samorządowych, w TVP Prawo i Sprawiedliwość świętowało zwycięstwo, w tym samym momencie Koalicja Obywatelska także podnosiła ręce w geście zwycięstwa choć robiła to w innej stacji, w TVN24. Czy to możliwe, że wszyscy wygrali? Punkt widzenie zależy od punktu siedzenia. I tak: PiS wygrało, bo przecież zdobyło najlepszy wynik w kraju, ale KO wygrało, bo zdobyła największe, najważniejsze miasta, w których rządzić będą ich kandydaci. Szczególną pozycję ma tu Warszawa, tradycyjnie co najmniej trudna dla Prawa i Sprawiedliwości. Dynamiczna, żywiołowa kampania Patryka Jakiego dawała jego zwolennikom nadzieję na wygraną, albo przynajmniej na drugą turę. Niewiele osób wierzyło w rozstrzygnięcie w pierwszej turze, o czym może świadczyć okładka poniedziałkowego Newsweeka, sprzyjającego Trzaskowskiemu, ale przewidującego jednak dogrywkę w stolicy. Tak się jednak nie stało, Rafał Trzaskowski wygrał z dużą przewagą. Z nokautującą przewagą, oscylującą wokół 70 procent poparcia, wygrała w Łodzi Hanna Zdanowska, mimo że prawomocnie skazana za poświadczenie nieprawdy w dokumentach sprzed 10 lat. Wyborcy wiedzieli o wyroku i zdecydowali się na nią głosować. Dlaczego? Może dlatego, że sprawa była sprzed 10 lat i wynikiem poświadczenia nieprawdy w sprawie kredytu nie była niczyja krzywda, bo kredyt został spłacony. Zapowiadanie przy takiej przewadze usunięcia ze stanowiska Hanny Zdanowskiej przez PiS nazwałbym kontrskutecznym, podobnie jak kontrskuteczne były już same zapowiedzi takich rozwiązań wywołujące w wyborcach odruch buntu i zdecydowanie ich mobilizujące.

 

Wyniki wyborów dostarczyły partiom, sztabom, politykom, pijarowcom i publicystom danych do analiz, opracowań, weryfikacji strategii, hipotez i szukania rozwiązań. Nie odbierając nikomu pracy pragnę zwrócić uwagę na jeden pomijany często czynnik, który – w moim przekonaniu – zdecydowanie wpłynął na wyniki wyborów w dużych miastach. Otóż Prawo i Sprawiedliwość sięgnęło po władze z wielu powodów i tymi powodami skutecznie się chwali. Do wyborców PiS dociera więc, że udało się uszczelnić ściąganie podatku VAT likwidując mafie rozkradające kraj, że dzięki programowi 500 plus zażegnano biedę wśród dzieci, że Polska zaczęła prowadzić podmiotową politykę międzynarodową itd. Chyba jednak na pierwszy plan wysuwa się socjalna polityka tego rządu. Właśnie. W dużych miastach zarabia się pieniądze. Chce się zarabiać pieniądze. Ludzie w dużych miastach oczywiście korzystają z programów socjalnych i chwalą je sobie, jednak marzą o tym, żeby zarabiać pieniądze, żeby samemu swoją pracą, zaangażowaniem, kreacją, poświęceniem zdobyć pozycję, majątek, uznanie. Żeby zrealizować swój warszawski na przykład sen. Sen o dołączeniu do klasy średniej. Co takim ludziom ma do zaoferowania PiS? Jakie motywacyjne przekazy są wysyłane do tych aspirujących? Zapewne jakieś są, ale giną w narracji „my się wami zaopiekujemy”. A ci „wami” z wielkich miast wcale nie chcą, żeby ktoś się nimi opiekował. Przeciwnie. Chcą więcej wolności, więcej powietrza, mniej obciążeń, chcą sami do czegoś dojść. Ci „wami” z wielkich miast mają jednak inne przekonanie o rządzących. Mniejsza z tym, czy ono jest słuszne czy nie. W emocjach, a mówimy tu o emocjach wykształconych ludzi, nie chodzi przecież o słuszność. To tylko jeden czynnik braku porażającego sukcesu PiS w minionych wyborach. Przemyślałbym go na miejscu tych, którzy chcieliby wygrywać w przyszłości.