Wojna o pomniki
Tomasz Wróblewski 14.08.2018

Oficjalne biografie rzadko trzymają się wiernie faktów i opowiadają historie ludzi. Częściej odpowiadają na polityczne zapotrzebowanie współczesnych. W tym tygodniu byłem świadkiem wyżynania piłami posągu pierwszego premiera Kanady z hallu historycznego magistratu w Wiktorii – stolicy British Columbia. Sir John Aleksander Macdonald był jednym z ojców założycieli Kanady. Nie tylko był pierwszym premierem i rządził państwem bez mała 20 lat (w latach 1867- 1873 i później 1878 – 1891), ale stworzył cały fundament moralny kanadyjskiej odrębności, tworzył jej konstytucję i system prawny, który praktycznie przetrwał do dziś. Dokonał niezwykłego – stworzył naród z wielu narodów i dwóch oficjalnych języków. Potem połączył przepastne tereny liniami kolejowym, stworzył jednolity system edukacji i administracji. Dziś mało kto o tym myśli, ale Kanada nie musiałaby być dziś Kanadą, jednym z najbogatszych państw na świecie, wiernym ideałom wolności i kapitalizmu. Równie dobrze mogłyby tu powstać dwa albo i trzy państwa. Z różnymi językami, różną kulturą i pewnie sporym terytorium podległym Stanom Zjednoczonym. Większość tego, co przetrwało do współczesności, to zasługa Sir Johna Aleksandra. Wybitnego polityka, ale też twardego przywódcy, który budował nową narodową tożsamość Kanady na poczuciu narodowej odrębności, na micie wolnych osadników wydzierających ziemię rodowitej indiańskiej ludności. Budował praworządność ma ziemiach, po których wciąż grasowały bandy rewolwerowców, poszukiwaczy przygód, kryminalistów zbiegłych z Europy, handlarzy ludźmi wykorzystujących tanią siłę roboczą importowaną z Chin, często w sposób urągający dzisiejszemu rozumieniu praw człowieka i wolności osobistych. Macdonald tworzył Kanadę na podobieństwo Europy, gdzie prawa obywatelskie mogli mieć tylko emigranci z Europy i gdzie nie było miejsca dla autochtonów. Ludność indiańską spychał na daleką północ, z dala od uprawnych ziem i rzek bogatych w ryby. Zamyka w rezerwatach, zakazywał ich języka i tolerował zbrodnie na tych, którzy stawali na drodze. Wszystko to prawda, jak i to, że wartości jakimi kierował się Sir John Aleksander nie były tożsame ze współczesnymi. Wyznacznikiem narodu były nie tylko wspólne interesy, ale przede wszystkim rasa, pochodzenie i wspólne doświadczenie. Coś, co wielu postępowców uzna dziś za obrzydliwą dyskryminację, a tłum przed magistratem w Wiktorii wręcz nazywał faszyzmem. Ale w XIX wieku nie było ani faszyzmu, ani innych lewicowych patologii – socjalizmu czy komunizmu. Nie było feminizmu ani praw kobiet – jedna z protestujących przed budynkiem w Wiktorii, krzyczała mi niemal w twarz, że Macdonald był seksistowską świnią i odmawiał kobietom prawa głosu. To były czasy sprzed politycznej poprawności a koncept państwa i narodu był najnowocześniejszym i najbardziej obiecującym konceptem dla wszystkich złaknionych wolności osobistych i demokracji. Dla uchodźców z monarchicznej Europy, odmawiającej narodom prawa do samostanowienia. Z postfeudalnej Europy, nie dającej szans na skrawek własnej ziemi. Macdonald w bólu i znoju tworzył fundamenty nowego narodu nie żeby odebrać Indianom prawo do życia, ale żeby stworzyć nową tożsamość – naród, bez którego niemożliwe byłoby ówcześnie budowanie demokracji i wolności rynkowych. Demokracji, która przetrwała do dziś i daje wolne prawa nie tylko Indianom, kobietom, ale wszelkim innym, niespotykanym wtedy grupom tożsamościowym – feministkom, LGBT, anarchizującym bikerom, wagabundom i co tam jeszcze wymyśli nasz świat. Demokrację, zagrożoną dziś nową ideologią tożsamościową. Niczym niegdyś marksistowska walka klas, zamienia wspólnotę narodową w jedną wielką wojnę społeczności identyfikujących się swoimi preferencjami seksualnymi, rasami, obyczajami. Rowerzyści, ekolodzy, bezglutenowcy, grubasy i bulimicy – wszyscy domagający się miejsca dla siebie w historii. Wszyscy obwiniający współczesne i dawne autorytety za swoje przekleństwa. I wszyscy gotowi burzyć fundamenty cywilizacji i stare pomniki, sami nie mając nikogo do postawienia w to miejsce.