„Wolnościowy” PiS, czyli bajka o żelaznym wilku
Łukasz Warzecha 02.12.2018

PiS wyciągnął pewne wnioski z lat 2005-2007. Wówczas rząd Marcinkiewicza, a potem Kaczyńskiego, prowadził względnie liberalną politykę gospodarczą, głównie dzięki nieodżałowanej prof. Zycie Gilowskiej, a wyniki gospodarcze były naprawdę niezłe. Przekaz jednak nie skupiał się na nich, ale na korupcji, układzie (a nawet „Układzie” – starsi czytelnicy wiedzą, o co chodzi), to zaś wyborców już mało kręciło, gdy żyło im się w miarę dobrze. PiS przegrał w 2007 roku.

 

Tym razem mamy inną strategię: liberalizmu w rządach PiS próżno szukać, za to chwalenie się osiągnięciami, faktycznymi i mniemanymi, razi nachalnością, a chwilami przybiera formy jako żywo kabaretowe. Tak właśnie było, gdy na konferencji „Praca dla Polski” wystąpił Mateusz Morawiecki. Premier jest, swoją drogą, tak zawzięcie eksploatowany jako twarz rządu i partii, że zaczyna to przypominać dobrotliwą i wszechobecną twarz Wielkiego Brata z „Roku 1984”. Piarowcy rządu powinni pamiętać, że przesyt potrafi zrobić politykowi równie dużą krzywdę jak nieobecność.

Premier mówił między innymi: „[Po] trzech latach budowania domu, który nazywa się Polska, jest czas na bezpieczny rozwój i stabilność. Jesteśmy obozem politycznym zmiany, która rozumie też potrzebę stabilności, stabilizacji. Chcemy ją ludziom dać. Chcemy zmniejszyć to napięcie polityczne, nie chcemy, żeby te walki polityczne przypominały walki plemienne, żeby ludzie się tak dzielili. Zapraszamy do merytorycznej współpracy również opozycję, do dyskusji na programy”.

To oczywiście przesłanie, skierowane do wyborców, którzy prawdopodobnie sprawili, że PiS nie poradziło sobie w większych miastach. Premier nie wyjaśnił niestety, jak do zakończenia plemiennej walki ma się codzienny przekaz „Wiadomości” TVP i generalnie TVP Info albo rezygnacja z uchwalenia pakietu demokratycznego. Morawiecki zresztą wie świetnie, że drugiej stronie również nie zależy na zakończeniu plemiennego sporu. Obie będą o tym dużo mówić, ale żadna tego naprawdę nie chce, bo obie czerpią z tego zasilanie i korzyści.

Premier powiedział także – i to było zdecydowanie najzabawniejsze: „Dlatego tak uważam, szczerze, że jesteśmy najbardziej prowolnościową ekipą z ostatnich dwudziestu ośmiu lat, dajemy tę wolność ludziom”. Warto się nad tym stwierdzeniem zastanowić.

Na pierwszy rzut oka wydaje się absurdalne, ale może gdyby przyjąć, że punktem odniesienia są inne rządy, to faktycznie rząd Morawieckiego nie wypada najgorzej, a może wręcz najlepiej? Otóż – nie. Jako punkt odniesienia powinniśmy przyjąć okres na początku lat 90., gdy wolności w Polsce było najwięcej. Było to oczywiście związane z tym, że nie byliśmy wówczas członkiem UE, nie zaczęliśmy nawet procesu harmonizacji prawa, a i sama UE nie była jeszcze tak sklerotyczna jak dzisiaj, więc nie mieszała się w tak wiele dziedzin życia. Ale fakt pozostaje faktem – wówczas zakres naszej wolności był największy. Od tamtego czasu systematycznie się zmniejszał. Legislacja unijna, którą musieliśmy wdrażać do polskiego prawa, często była do niego włączana z dużym zapasem. Dyrektywy UE, które przecież co do zasady stawiają jedynie cel, a sposób jego osiągnięcia pozostawiają krajom członkowskim, były i są często implementowane w najbardziej uciążliwy sposób. Tak przykładowo jest z ograniczeniem dostępu nieletnich do wyrobów tytoniowych (co zresztą samo w sobie w ogóle nie powinno być przedmiotem regulacji na poziomie UE). Rząd PiS, a konkretnie Ministerstwo Zdrowia pod kierownictwem Krzysztofa Radziwiłła, zaimplementowało tę dyrektywę, kasując całkowicie (a przynajmniej tak się wydawało MZ – w praktyce bowiem świetnie działają firmy, wykorzystujące luki w przepisie) wysyłkową sprzedaż tytoniu w Polsce. A była to tylko i wyłącznie inicjatywa polskiego rządu – cel dyrektywy można było wykonać inaczej, czego dowodzi fakt, że w wielu państwach UE takiego zakazu nie wprowadzono.

W niektórych dziedzinach kolejne rządy czasami zakres wolności lekko powiększały, ale zawsze sumaryczny wynik był ujemny. Nie inaczej jest z rządem Morawieckiego.

Trudno jest oczywiście zmierzyć zakres obywatelskich wolności. To i kwestia niemierzalności niektórych spraw, i definicji. Z pewnością jednak należy odrzucić wszelkiego rodzaju uroszczenia zwolenników etatyzmu i paternalizmu, którzy twierdzą na przykład, że zakaz handlu w niedzielę zwiększa zakres czyjejkolwiek wolności. Albo że większe transfery socjalne to wolność, bo ludzie są bardziej wolni, mając od państwa pieniądze zabrane innym obywatelom. To gwałt nie tylko na pojęciu wolności, ale też na logice. Nie będę się tutaj powtarzał – odsyłam do jednego z moich wcześniejszych blogowych wpisów, zatytułowanego „Paternaliści mówią o wolności”, w którym przeanalizowałem ten sposób myślenia.

Mimo to możliwa jest przynajmniej próba zmierzenia zakresu wolności i takie indeksy powstają. Ich analizą zajął się w bardzo ciekawym raporcie ekspert „Nowej Konfederacji” Jarema Piekutowski. Wziął pod uwagę pięć indeksów: Freedom In The World przygotowywany przez Freedom House, Nations in Transit tego samego think-tanku, Index of Economic Freedom autorstwa Heritage Foundation, Human Freedom Index Cato Institute oraz Doing Business Banku Światowego. Konkluzja jest być może dla niektórych zaskakująca: generalnie i sumarycznie rzecz biorąc, zakres wolności obywatelskich jest za rządów PiS mniejszy niż był za PO. Zainteresowanych odsyłam do raportu Piekutowskiego – to nieobciążona ideologicznie analiza wskaźników. Rezultat jest, jaki jest.

Oczywiście indeksy również są arbitralne, bo arbitralnie dobierane są oceniane dziedziny. Ponadto nie uwzględniają wielu punktów, które zdaniem wielu – także moim – wchodzą w zakres wolności. Jeślibym miał sporządzić autorską listę spraw, w których nasz zakres wolności został zmieniony, to na plus mógłbym partii rządzącej uczciwie zapisać dwie kwestie: po pierwsze – pozostawienie rodzicom wyboru, czy chcą posyłać do szkoły dzieci sześcio- czy siedmioletnie; po drugie – pozostawienie ludziom wyboru co do momentu przejścia na emeryturę (w pewnym zakresie). Aczkolwiek w tym ostatnim przypadku generalne obniżenie wieku emerytalnego uważam za zmianę złą, bo potężnie obciążającą finanse państwa, wbrew realiom finansowym i demograficznym. I to tyle. Dwie sprawy.

A teraz lista kwestii (z konieczności niepełna i zapewne wybiórcza), w których rząd PiS naszą wolność zmniejszył:

  • ustawa o ziemi, ograniczająca rolnikom możliwość dysponowania swoją własnością;
  • ustawa o aptece dla aptekarza, napisana pod dyktando lobby farmaceutycznego;
  • ustawa o zakazie handlu w niedziele;
  • nowe prawo łowieckie, m.in. zabraniające rodzicom zabierać własne dzieci na polowania;
  • nowelizacja ustawy o policji i tzw. ustawa antyterrorystyczna – obie wprowadzające instrumenty, pozwalające służbom prowadzić bliższą i mniej nadzorowaną obserwację obywateli;
  • zakaz sprzedaży tytoniu na odległość;
  • ustawa o elektromobilności, pozwalająca samorządom tworzyć strefy niskoemisyjnego transportu;
  • nowelizacja ustawy o wychowaniu w trzeźwości, pozwalająca samorządom wprowadzać daleko idące ograniczenia w handlu alkoholem;
  • wprowadzenie rejestracji kart pre-paid;
  • wycofanie się z pierwotnej wersji tzw. ustawy Szyszki, umożliwiającej pełne dysponowanie własnością na swoim terenie (kwestia ścinania drzew);
  • wyposażanie Krajowej Administracji Skarbowej w kolejne kompetencje i możliwości inwigilacji obywateli;
  • bardzo wątpliwa ustawa o zgromadzeniach, wprowadzająca kategorię zgromadzenia cyklicznego;
  • planowana nowelizacja prawa, której skutkiem będzie zniknięcie z Polski m.in. Ubera;
  • najnowszy pomysł powołania w Brukseli rządowej izby polskich przedsiębiorców.

Jestem pewien, że czytelnicy mogliby dorzucić jeszcze wiele punktów ze swoich własnych dziedzin, zwykle niedostrzegalnych dla laików.

Przede wszystkim jednak poraża, w jakim stopniu stwierdzenie premiera Morawieckiego odstaje od jego własnej standardowej retoryki i działań oraz retoryki i działań jego macierzystej partii. PiS nigdy partią wolności nie był – o czym pisałem z niepokojem jeszcze przed wyborami 2015 roku, wyrażając nadzieję, że poskromi swoje paternalistyczne skłonności, doszedłszy do władzy. Tak się jednak nie stało. PiS był i jest partią wierzącą w magiczną moc państwa i nieustannie mówiącą o tym, że to państwo powinno mieć w większości spraw najwięcej do powiedzenia. Jak zwolennicy takiego podejścia mogą twierdzić, że reprezentują wolnościowe podejście? To przecież tak, jakby SLD stwierdziło nagle, że opowiada się za zwiększeniem roli Kościoła w państwie, Razem – że pragnie ograniczenia praw socjalnych, a PO – że zawsze troszczyło się głównie o wykluczonych i najsłabszych.

Nie bardzo wiem, czemu takie retoryczne wygibasy premiera mają służyć. Dla twardego elektoratu PiS wolność i tak nie ma znaczenia – ta część wyborców jest przekonana o mądrości i potrzebności każdego ruchu partii Jarosława Kaczyńskiego. Ci natomiast, którzy rozumieją pojęcie wolności i są uczuleni na jej ograniczanie, na retoryczne popisy pana premiera się i tak nie nabiorą – one ich najwyżej zirytują. Więc po co to?