Zabawa kolejką (górską)
Łukasz Warzecha 10.10.2018

Sprzedać za 215 milionów, żeby pięć lat później odkupić za 500 milionów – wszystko, rzecz jasna, z publicznej kasy. Niegospodarność to najłagodniejsze określenie, jakie przychodzi do głowy. A warto przypomnieć, że gdy rząd PO sprzedawał PKL, szacunki minimalnej przyzwoitej ceny oscylowały wokół 150 milionów. Uzyskano 50 milionów więcej, więc cena, za jaką PKL sprzedano, raczej zaniżona nie była.

 

Ale dołożenie niemal 300 milionów to być może najmniejszy problem w przypadku wykupienia przez Państwowy Fundusz Rozwoju Polskich Kolei Linowych. Znacznie poważniejszym jest sam sposób myślenia, który się przy tej okazji objawia, a który nie dotyczy jedynie tej konkretnej transakcji.

Za „repolonizacją” PKL nie stały żadne wymierne powody, które faktycznie mogłyby takie posunięcie uzasadniać. Przejęcie kolei linowych przez państwo byłoby uzasadnione, gdyby PKL były na skraju plajty, gdyby ich techniczny stan był opłakany, gdyby usługa była na fatalnym poziomie lub gdyby z jakiegoś innego powodu kolejkom i wyciągom z grupy PKL groziło zamknięcie. Jednak nic takiego nie miało miejsca. Jedyne, co można było przywołać – i co uczynił Mateusz Morawiecki – to niewykonanie obiecanego przy kupnie planu inwestycyjnego, dotyczącego jednak nie głównie samej kolejki, ale towarzyszącej jej infrastruktury. Pan premier zapowiedział, że o ile zły zagraniczny kapitalista inwestycji nie robił, to teraz dobre polskie państwo zrobi takie, że ho ho!

Tyle że wszystkie podobne przedsięwzięcia na terenach górskich mają zawsze ten sam problem: muszą się zmagać ze stawiającymi opór góralami, z którymi negocjacje w sprawie dzierżawy, o kupnie gruntu nie mówiąc, to prawdziwa droga przez mękę. W przypadku PKL dochodzą jeszcze względy środowiskowe i niekończący się konflikt interesów między przedsiębiorstwem, które ma dostarczać usług turystom, a Tatrzańskim Parkiem Narodowym. Oba te czynniki grały rolę, gdy PKL były jeszcze własnością państwa (częścią grupy PKP), potem gdy przeszły w prywatne ręce i będą działać nadal. Pan premier nie był zaś łaskaw wyjaśnić, dlaczego miałyby odgrywać mniejszą rolę w przypadku faktycznie państwowego przedsiębiorstwa.

Są i inne przesłanki do sceptycyzmu. Nominacje PiS w spółkach skarbu państwa budzą wątpliwości nie mniejsze niż w czasach Platformy. PKP grzęzną, Poczta Polska dostarcza usług na poziomie gorzej niż żenującym. Kluczowa dla bezpieczeństwa państwa Polska Grupa Zbrojeniowa ma piątego prezesa w ciągu trzech lat. A proszę sobie wyobrazić, jak atrakcyjne dla różnych zasłużonych towarzyszy będą posady w PKL. Siedziba w jednym z najpiękniejszych polskich kurortów, poletko małe, więc mało kto się przyczepi, można udawać, że się coś robi przez jakieś trzy, może nawet cztery lata i zgarniać sowitą pensyjkę, zanim się ktoś połapie, że to pic na wodę. A jeszcze jak się co jakieś czas przyjmie pana premiera, pana prezydenta albo samego Naczelnika i przewiezie wagonikiem oraz walnie jakieś patriotyczne frazesy… Widoki, góralskie śpiewy, obfity posiłek w schronisku na Kasprowym – toż taki prezes może być nie do ruszenia przez lata. Żyć nie umierać!

O co zatem w tym zakupie chodziło? Sprawa, jako się rzekło, jest całkowicie jasna: wyłącznie o piar. O pokazanie, że patriotyczny rząd repolonizuje, odbiera krwiożerczym zachodnim kapitalistom i oddaje Narodowi Polskiemu (tak właśnie, wielkimi literami). Przepraszam za tę zgryźliwość, ale trudno nie być zgryźliwym wobec zalewu retorycznej i gospodarczej neogomułkowszczyzny, którego jesteśmy świadkami. Chodzi tylko i wyłącznie o to, o nic więcej.

Warto jednak przyjrzeć się argumentom, jakie padają ze strony zwolenników neogomułkowskiego zadęcia.

Argument pierwszy: niech zyski zostają w polskich rękach.

Zacznijmy od tego, że na razie Polska jest o 300 milionów na minusie. Zanim więc będzie mowa o jakichkolwiek zyskach, PKL musiałyby na czysto zarobić przynajmniej te 300 milionów. Przed prywatyzacją PKL miały 55 milionów złotych obrotu i 13 milionów złotych zysku. Załóżmy bardzo optymistycznie, że zysk sięgnie 20 milionów, pomińmy inwestycje. Oznacza to, że o jakimkolwiek wpływie netto do skarbu państwa moglibyśmy mówić za jakieś 15 lat.

To właściwie kończy argument pierwszy, ale można spytać, gdzie jest granica takiego rozumowania. Jeśli złe ma być samo to, że zagraniczny właściciel czerpie zyski (zakładając, że przecież uczciwie odprowadza podatki na rzecz polskiego państwa) z działalności w Polsce, to musimy uznać, że naszym celem jest kompletne wyrugowanie zagranicznych właścicieli z polskiego rynku. Co jest oczywiście absurdalne.

Argument drugi: PKL to dobro narodowe, jak Wawel czy Tatry.

To już ciężki nonsens. Owszem, kolejka na Kasprowy została zbudowana przez polskie państwo w latach 30. XX wieku. Otwarto ją z pompą w 1936 roku. Tylko dlaczego punktem odniesienia ma być skrajnie etatystyczna rzeczywistość II RP? Że po II wojnie światowej PKL należały do państwa – nic dziwnego. Trudno, żeby w komunie było inaczej.

Jednak porównywanie przedsiębiorstwa, którego celem powinno być zarabianie pieniędzy i dostarczanie usług na dobrym poziomie, z zabytkami o fundamentalnym znaczeniu dla narodu lub obszarami przyrodniczymi szczególnej klasy, jest kompletnym absurdem. Jeśli pójdziemy tym tropem, możemy listę „dóbr narodowych” poszerzać właściwie bez końca i domagać się, żeby wszystkie one były w państwowym zarządzie. To przykład chorego, magicznego myślenia. Nie, PKL są firmą, są normalnym przedsiębiorstwem, nie „skarbem narodowym”. Nie są też w żadnym wypadku infrastrukturą strategiczną, co do której panuje konsens, że powinna być kontrolowana przez państwo.

Co więcej, jeśli już trzymać się kwestii zabytków, wiele z nich trafiło w prywatne ręce, co często ratowało je przed kompletną ruiną. Ledwie półtora miesiąca temu na własne oczy widziałem śliczny XVI-wieczny zamek Sarny w Ścinawce Górnej na Dolnym Śląsku, który prywatne osoby – dziennikarz WSJ Martin Sobczyk i jego znajomi, radcy prawni pracujący dla firm, budujących centra handlowe – kupiły kilka lat temu od Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Kupili w ostatniej chwili – jeszcze moment i nad kaplicą z przepięknymi malowidłami Johanna Franza Hoffmanna z lat 30. XVIII wieku zawaliłby się dach. Dziś zamek odżywa, działa w nim kawiarnia, za moment będzie tam hotel. Prywatni właściciele ratują to, co państwo by zaprzepaściło.

To tylko anegdotyczny przykład, ale przecież jeden z setek, jeśli nie tysięcy, pokazujących, że państwo nawet w dziedzinie zabytków nie powinno mieć monopolu – poza tymi absolutnie najważniejszymi. A gdzie PKL do XVI-wiecznego zamku?

Argument trzeci: PKL to lokalny monopolista i jako taki powinien być w rękach państwa.

Tak, kolej linowa na Kasprowy jest w skali lokalnej monopolistą, bo nie da się wybudować wielu kolejek na Kasprowy. Ale już w odrobinę tylko większej skali monopolistą nie jest i to widać. Turyści, którym zależy na dobrej infrastrukturze, atrakcyjnych ski-passach i mniejszym tłoku pojadą w Tatry słowackie albo w inne góry. Tu akurat konkurencja jest ogromna.

Nie ma też żadnego powodu, dla którego monopol w skali ściśle lokalnej, niedostarczający usług niezbędnych, nie miałby być w prywatnych i zagranicznych rękach. Nie mówimy przecież o wodociągach czy elektryczności, ale o przedsięwzięciu ściśle rozrywkowym. Jeśli istnieją obawy co do sposobu działania czy planów nowego właściciela, państwo zawsze ma możliwości oddziaływania.

Argument czwarty: państwo będzie zarządzać lepiej.

Mógłbym się nawet zgodzić, że być może przynajmniej nie będzie zarządzać gorzej, gdyby wraz z informacją o zakupie PKL pojawiła się deklaracja PFR, nowego właściciela, że zostanie rozpisany konkurs na nowego prezesa firmy, a plan jest taki, aby zatrudnić rzutkiego, dobrego menadżera. Ale oczywiście nic takiego się nie stanie. Stawiam dolary przeciw orzechom, że PKL stanie się przytulną przystanią dla grupki wiernych lokalnych sojuszników władzy. PFR zapowiada, że będzie „inwestorem strategicznym”, a to oznacza, że PKL na długie lata będzie miejscem wysoce pożądanym przez zasłużonych towarzyszy jako komfortowy azyl.

Sprawa, jako się rzekło, jest banalnie prosta. Nie ma tu nic poza piarowym posunięciem, wykonanym całkowitym przypadkiem tuż przed wyborami samorządowymi. Szkoda tylko, że znów za nasze pieniądze.