Zachód podzieli losy Wschodu
Tomasz Wróblewski 13.06.2018

Pierwszy raz od 43 lat przywódcy najwyżej rozwiniętych państw G7 rozjechali się do domu bez porozumienia. Czy Zachód jest o krok od systemowego rozpadu porównywalnego z tym, który w 90 latach rozbroił sowieckie imperium?

 

Awantura na G7 nikogo nie powinna dziwić. Donald Trump wycofał się wcześniej z porozumienia klimatycznego, z traktatu handlowego basenu Oceanu Spokojnego, Atlantyckiego, z porozumienia nuklearnego z Iranem, a tydzień przed szczytem podniósł cła na import aluminium i stali. Przełomowe momenty w historii zwykle są przełomowe, nie dlatego, że są trudne do przewidzenia, ale dlatego, że są trudne do wyobrażenia. Kiedy po 1990 roku rozpryskiwały się kolejne mity o sowieckiej potędze, a z nimi kolejne narody ogłaszały niepodległość, też wielu miało problem z wyobrażeniem sobie świata bez ZSRR. Pewnie dlatego za cezurę końca komunizmu świat uznaje upadek Muru Berlińskiego a nie wcześniejszy upadek PRLu. Dziś wyobrażenia świata po rozpadzie zachodniego porządku politycznego, są równie mgliste i też staramy się nie zauważać oczywistych znaków na niebie i ziemi.

Naszej wyobraźni nie pomaga Donald Trump. Przywódca budzący więcej szyderstw niż podziwu. Jego gwałtowne zmiany nastrojów, twitterowe przemyślenia, czy doktryna życiowa spisana w książce pod tytułem “The Art of the Deal”, nie czynią z niego oczywistego kandydata na ojca dziejowych przemian. To nie jest wizjoner pokroju Trumana, gracz rangi Churchilla, czy doktryner klasy Reagana. Co nie znaczy, że nie potrafi instynktownie wyczuwać zachodzących przemian. To nie za sprawą Trumpa Unia traci posłuch i szacunek w świecie. To nie za jego sprawą ponadnarodowe instytucje, ze swoimi dziwacznymi kodami i niedemokratycznymi sposobami wyłaniania przywódców okazują się bezradne wobec problemów imigracji, terroryzmu, kryzysów energetycznych. Trump wierzy, że zachodni świat wyczerpał swój polityczny autorytet do rozwiązywania współczesnych konfliktów. Islam, Rosja, Iran, Korea mogą być pokonane tylko albo siłą, albo głodem czy sankcjami gospodarczymi. Stąd powrót do epoki zbrojeń, gry mocarstwowej i egoistycznego kierowania się własnym interesem narodowym a nie jakimiś dobrodusznymi ideami.

Z tego punktu widzenia Europa jawi się Trumpowi jako słabnący, coraz mniej istotny gracz, z elitami zaślepionymi bałamutnymi przesądami, prowadzącymi własne narody w przepaść. Nie wierzy w dobre intencje Niemców, którzy w jego przekonaniu doszli do niepowtarzalnego bogactwa, dzięki temu, że koszty obrony przerzucili na Amerykę, a rozwój swojego przemysłu finansują nieproporcjonalnie wysokimi cłami nakładanymi na trzeci świat i Stany Zjednoczone. Euro, zdaniem doradców Trumpa, stanowi historyczne oszustwo walutowe mające wspierać niemiecki przemysł, a jednocześnie dające Merkel prawo do moralizowania i pouczania całego świata.

Im dłużej trwają międzykontynentalne rozmowy tym trudniej, a nie łatwiej, jest o porozumienie i tym większe mamy prawdopodobieństwo, że system w którymś momencie pęknie. Czy to za sprawą wojen handlowych, sankcji nakładanych na Iran czy Rosje a dotykających europejskie firmy, czy też za rogiem czeka jeszcze jakiś nieznany konflikt, który ostatecznie pogrzebie misternie budowaną powojenną konstrukcję zachodniej demokracji.

Po nieudanym szczycie G7 europejscy komentatorzy albo znęcali się nad Trumpem, albo zastanawiali się co też Ameryka teraz pocznie. Ale pytanie nie jest już o Amerykę, która dość jasno zdefiniowała swoją post-globalną przyszłość. Pytanie jest o to jak w nowych realiach odnajdzie się Europa. Czy z chaosu wyłoni się na koniec jedna silna Unia połączona jednym jasnym systemem wartości i praw. A może ta cała ideologia spójności to tylko życzeniowe gadanie. Europa zamiast budować nową wspólnotę będzie dalej zapadać się w sobie i ewoluować w stronę mozaiki skonfliktowanych  państw. Unii eurosceptyków. Jeżeli wierzyć w ten drugi scenariusz, to nie dziwmy się Trumpowi, że szkoda mu czasu na psychologizowanie euro-rozeterek.