Zagubiony liberalizm
Tomasz Wróblewski 25.11.2018

Poniższy tekst powstał z moich notatek do wykładu podczas Weekendu Kapitalizmu, w Warszawie, 24 listopada 2018 r. Jeszcze raz dziękuję organizatorom za możliwość zaprezentowania moich przemyśleń na temat współczesnego liberalizmu. Ile osób na sali z dumą przedstawia się jako liberał, a ilu z nas spuszcza oczy, czekając na serię pytań – ale jaki liberał? – Nie, nie z tych, tylko z tamtych liberałów, nie taki prawdziwy, nie ten farbowany i żaden neo- tylko liberał.

 

Jak to się stało, że liberalizm, niegdyś fundament zachodniej prosperity, wolności rynkowych, indywidualizmu, moralności i wspólnoty narodowej, dziś kojarzony jest z lewicowym etatyzmem, roszczeniowością, siedzeniem okrakiem na zasiekach, przyzwoleniem dla dryfterów zwanych imigrantami, łamiących nasze prawa i obyczaje. To, że współczesny liberalizm nie ma nic wspólnego z XIX-wiecznym liberalizmem, wszyscy wiemy i na co dzień doświadczamy. Ten prawdziwy – zrodził się na przecięciu dwóch żywiołów miotających Europą. Z jednej strony – koszmarne doświadczenia rewolucji francuskiej, z drugiej – amerykański zryw wolnościowy. Wielcy tamtego świata zachodzili w głowę jak Europa może na nowo odnaleźć swoje miejsce. Wyzwolić ludzką energię i podążać za dynamicznie rozwijającą się Ameryką, ale też nie wpaść w pułapkę jakobińskiego ekstremizmu jednocześnie nie wpadając w pułapkę jakobińskiego ekstremizmu.

To był dylemat przed jakim stawaliśmy 200 lat temu. Dziś, mimo kolejnych wojen i upływu czasu stajemy przed bardzo podobnym pytaniem: jak ten nagły wybuch ludzkiej energii i rebelii przekuć w ruch wolnościowy ? Żeby z tego zgiełku i antysystemowego buntu ogarniającego Europę, Amerykę i nawet Brazylię zrodził się nowy system polityczny dający więcej wolności, suwerenności i wyzwolił energię konieczną do wyprowadzenia Zachodniej cywilizacji z marazmu. Tak nasz świat po prostu dziadzieje.

To, co przyjęliśmy nazywać liberalizmem jest zmetamorfizowanym progresywizmem. To jest progresywizm wywodzący się z socjalistycznego wierzenia, że postęp jest zjawiskiem linearnym. Im więcej czasu upływa – tym mądrzejsi są ludzie. Swoisty darwinizm polityczny. Wiara, że system polityczny ewoluuje w kierunku idealizmu demokratycznego. Myśl zasiana nam przez Francisa Fukuyamę i jego przełomowe dzieło „Koniec Historii”. Fukuyama stworzył koncept filozoficzny, nieświadom, że to, co zostało w świadomości milionów, to alternatywne wierzenie. Oferta dla agnostyków, wiara w liberalną demokrację. System, jak pisał Fukuyama, wykluty z setek lat eksperymentów, zmagań i poszukiwań ludzkości. Dalej nie szukajcie – mówi prorok. Fukuyama twierdził, że w przyszłości system może być udoskonalany, ale człowiek nic lepszego już nie wymyśli. Liberalny Porządek Polityczny miał być kwintesencją cywilizacji pokoju i dobrobytu. Po doświadczeniach pierwszego dziesięciolecia XXI w Fukuyama nieco skorygował swoją teorię. Jednak nie na tyle, żeby architekci liberalnego eksperymentu, jakim jest choćby unifikacja wszystkich narodów Europy, dostrzegli to w swoim wielkim projekcie. Żeby widzieli potrzebę dostosowania się do procesów społecznych jakie otaczają współczesną Europę.

Fundamentem Liberalnego Porządku Politycznego były liberalne instytucje. Stąd też czasem wolę nazywać współczesna formę naszej demokracji – demokracją instytucjonalną – a nie liberalną demokracją. System oparty o potężne międzynarodowe , unijne organizacje czy ich narodowe odpowiedniki, międzykontynentalne pakty i agencje. Ponad-narodowe, ponad-demokratyczne instytucje regulujące każdy aspekt naszego życia. Liberalna demokracja kształtowała się, czy była odpowiedzią na niemiecki totalitaryzm. Europejscy architekci liberalnego porządku „w tyle głowy” mieli ułomny charakter demokracji. Bali się, że faszyzm, który niegdyś rozpalił umysły Włochów i Niemców może znowu podbić dusze milionów, że demokracja może zostać uwiedziona przez demagogów. Stąd wbudowano w system niezależne instytucje. Instytucje demokratyczne – strażnicy demokracji – które same nie pochodziły bezpośrednio z wyborów. Z czasem, nawet te pośrednie wybory stawały się fikcją, bo nominacje odbywały się w ramach coraz bardziej nieformalnych kompromisów układów. Swoistych klubów elit demokratycznych. Wiem, że instytucjonalnie demokraci nie znoszą terminu „elity”, dla ich komfortu mogę używać terminu „doktrynerów”, czy jeszcze lepiej „wyznawców”. Wyznawcy instytucjonalnej demokracji. Ludzie głęboko przekonani o tym, że żeby dobrze służyć demokracji nie mogą być zależni od chwilowych wahań nastrojów społecznych. Ich kadencje musza być długie i przewidywalne, a zarobki nie powiązane z wynikami. To daje im konieczny spokój ducha i wolną rękę w nadzorowaniu demokracji, ochroną jej przed niekontrolowanymi zrywami mas. Coś, jak starożytni kapłani. Pamiętacie, Państwo, niedawną historię Martina Selmayra – nominata na sekretarza generalnego Komisji Europejskiej, człowieka, od którego zależy czym i kiedy Komisja się zajmie, kogo skarci, kogo ukarze w pierwszym rzędzie? Teoretycznie, sekretarz miał pochodzić z wyboru a w praktyce został wprowadzony poprzez osobiste powiązania relacje zobowiązania wobec Angeli Merkel i przewodniczącego Junckera.

Wyobcowanie urzędników demokratycznych w powiązaniu z daleko posuniętym interwencjonizmem państwa, coraz bardziej przypominało socjalistyczny model społeczno-gospodarczy. Poprawniej byłoby -socjalistyczna demokracja z silnie rozbudowanymi elementami liberalnej obyczajowości. Mówiąc to zastrzegam, że normy, zasady współistnienia i przewidywalność państwa, są dobre. Są częścią liberalnego myślenia. Problem to omnipotencja tych instytucji. Nie tylko uniezależnienie od głosu i opinii wyborców, ale też ich wpływ na politykę, ograniczanie indywidualnych wyborów i wolności w imię ideałów ukutych przez urzędników, a nie większość narodu.

Myśliciele XVIII i XIX wieku – John Locke, John Stuart Mill, Adam Smith czy nawet David Hume ze swoja „idealną wspólnotą”, o której tak chętnie wspomina Donald Trump, zostawili nam po sobie pełen warsztat liberalnych narzędzi, które przez dziesiątki lat miały pomagać ludzkości nawigować między dyktaturami, komunizmem i faszyzmem. Dziś, kiedy liberalizm znaczy socjalizm, a wolność znaczy rezygnowanie ze swoich wolności, ciężko nam będzie znajdować na mapie zatarte szlaki i dróżki.

Pierwszy, prawdziwie liberalny ustrój zawdzięczamy Hiszpanom. W 1812 roku, w czasie wojen napoleońskich, zbuntowana junta wojskowa żeby zjednoczyć naród i dać ludziom coś równie atrakcyjnego co francuska republika, uchwaliła konstytucje marcową. W zamian za lojalność oferowała swoim obywatelom wszystkie najważniejsze wolności, w tym gospodarczą. Jak tylko Napoleon wyniósł się z Hiszpanii król Ferdynand VII, w 1814 roku, unieważnił konstytucję. Jednak, od tamtych czasów, za każdym razem kiedy rządzący zbyt wygodnie rozpierali się w swoich fotelach, kiedy dyktatorzy czy ludowi uzurpatorzy monopolizowali władzę – liberalizm dawał natchnienie rewolucjonistom i nadzieję na lepsze życie.

Liberałowie, w przeciwieństwie do konserwatystów, uważają zmianę za immanentną część ludzkiej natury. Zmiany i rebelie są dobre. Ferment i niepokój społeczny są nieodzowne dla pobudzania ludzkiej kreatywności i konkurencji. Do kapitalistycznej destrukcji w której miejsce wejdą nowe, prężniejsze firmy czy organizacje polityczne. W przeciwieństwie do marksistów, liberałowie nie wierzą, że postępowi technologii i nauki towarzyszy postęp i zmiana natury człowieka. Podobnie jak konserwatyści uważają, że natury nie możemy i nie powinniśmy zmieniać. Co najwyżej, możemy tworzyć lepsze narzędzia do pokojowego współistnienia, chronić wolności osobiste, żeby ta energia w nas zaszyta szła w stronę wzmacniania indywidualnego szczęścia i dobrobytu a nie totalitaryzmów.

Ze wszystkich wolności najważniejszą, według Smitha, jest wolność gospodarcza. Nie tylko dlatego, że daje fundusze na finansowanie innych wolności, ale dlatego, że dobrobyt i niezależność ekonomiczna daje ludziom perspektywę lepszego życia i zniechęca do prowadzenia wojen. Pierwsi liberałowie Smith, Lock, John Stuart Mill Thomas Jefferson a po nich Hayek, mieli niemal religijny stosunek do wolności gospodarczych I liberalizmu. Potem przyszedł jednak wielki kryzys 1929 roku. Ekonomiści, z Johnem Maynard Keynesem na czele, zaczęli mówić o racjonalnym interwencjonizmie. Ograniczonej w formie interwencji państwa w rynek na wypadek recesji. Keynes był prekursorem niesprawiedliwych progresywnych podatków, publicznych inwestycji i systemu świadczeń społecznych, często zwalniających ludzi z odpowiedzialności za siebie samych. Po depresji lat 30 tych przyszła II Wojna Światowa, a po niej wielkie rządowe programy naprawcze. Czysty liberalizm zanikał. Przez długie lata żył jedynie w wielkich uczelniach jak Chicago School of Economics, London School of Economics.

Dopiero lata 80 przyniosły odrodzenie. Kapitalistyczną rewoltę Thatcher i Reagana. To właśnie liberalizmowi lat 80-tych zawdzięczamy upadek komunizmu, wolną Polskę i największy wzrost dobrobytu w Europie od połowy XIX wieku. Ten niespokojny duch liberalizmu, o którym pisał Milton Friedman, jego radykalizm, wieczna pogoń za poszerzaniem przestrzeni wolności i swobód gospodarczych, często na przekór wygodzie rządzących, spowodowały, że świat jest dziś, zaiste, lepszym miejscem do życia, niż 100 czy nawet 50 lat temu.

W miarę, jednak, jak klasa urzędnicza kostniała, stetryczałe środowiska hamowały wszelkie próby zmian i systemowych reform. Przekonane, że mają do spełnienia nadzwyczajną rolę – bycia niezależnymi kapłanami demokracji. Coraz bardziej wierzyły, że ich własne poglądy i przekonania, są najlepszą recepta dla świata. Im bardziej pomysły urzędników rozjeżdżały się z oczekiwaniami społecznymi, tym mocniej parli do usztywniania stanowisk swoich instytucji. Na krzyk i żądanie większej przejrzystości i większej demokratyzacji struktur unijnych mówili o konieczności większej integracji. Im częściej i coraz to poważniejsi ludzie mówili o kryzysogennej naturze wspólnej waluty euro, tym mocniej usiłowano uzależnić państwa od wspólnej waluty. Kiedy pojawiły się pierwsze napięcia etniczne w Europie – Niemcy otworzyli granice i wpuścili kilka milionów dryfterów, bez żadnych związków kulturowych i doświadczeń zawodowych, za to pełnych roszczeń i gniewu.

Ludzie – instytucje, sformatowani w laboratoryjnym otoczeniu, ekskluzywnych dzielnic, luksusowych wakacji, stałych pensji gwarantowanych karier, darmowych szkół dla dzieci i najlepszych uczelni, mieli być głosem milionów Europejczyków i ich codziennych zmartwień. Ci, którym obce były codzienne troski, zamknięci we własnym środowisku, razem odwiedzający egzotyczne kraje, luksusowe restauracje, których dzieci mogły liczyć na niemal dziedziczenie elitarnych posad, mieli decydować o każdej gałęzi naszego życia, myślenia, o naszych lekturach, stronach internetowych, zakazanych piosenkach i nawet metodach wychowawczych. Dla racjonalizowania swojego bytu podtrzymywano w nas przekonanie, że świat jest w coraz gorszej, a nie lepszej, kondycji i że potrzeba nam więcej, a nie mniej tych instytucji demokratycznych, z większym wpływem na naszą rzeczywistość. Wyszukiwano nam coraz to nowe pola koniecznego interwencjonizmu, antyliberalizmu. Więcej retoryki głodu, mimo, że na ziemi głodu jest mniej. Więcej retoryki ochrony środowiska, mimo, że środowisko nigdy nie było tak chronione jak dziś. Więcej troski o praw i przywilejów. Na dowód swojej nieodzowności, wskazywali nam coraz to nowe grupy ofiar niesprawiedliwości systemowej. Wciągnęli nas w wojnę tożsamości, która zamiast łagodzić, zaognia spory jak niegdyś marksistowska walka klas.

Liberalizm, indywidualizm, na pierwszym planie zawsze stawiał szacunek do każdego, niezależnie od stylu życia i jego, czy jej, pomysłu na szczęście, tak długo jak nie szkodzili innym. Liberalizm mówił o wspólnocie ducha, o narodowej spójności dla budowy dobrobytu i wspierania indywidualnych marzeń. Ta nowa efemeryda liberalizmu mówi o wspólnocie ofiar. Tożsamości grup czujących uraz i żal. Do białych, do mężczyzn, do hetero, do przedsiębiorców, do konserwatystów, do niezależnych, do profesorów, do policjantów, ba – nawet do nieżyjących pisarzy, czy dawnych prezydentów – do wszystkich. Tworząc nieznośnie destruktywny system, w którym, z założenia, nie ma prawa powstać nic wartościowego, co nie byłoby kontestacją innych. Jedyne, co przyjmuje się i kwitnie na takim gorzkim podłożu to te stetryczałe instytucje, które każdej z grup poszkodowanych wmawiają, że potrzebują jeszcze więcej niezależności od wyborców i jeszcze więcej pieniędzy, żeby chronić ich praw.

Koncentracja władzy i pieniędzy w rękach zamkniętej kasty, nieważne czy nazwą siebie socjalistami czy liberałami, zawsze kończy się tak samo. Pokusa władzy jest tak silna, że koncept demokratycznych instytucji, który miały gwarantować pluralizm i wolności gospodarcze, szybko stał się wehikułem do monopolu władzy i opresji. Każda konkurencyjna idea, każde żądanie większej przejrzystości, odwołania do tradycji narodowych czy religii, uznawane było zagrożeniem dla liberalizmu i wypychane poza nawias dopuszczalnych granic debaty. Okrzyczane populizmem czy faszyzmem. Tak narodził się populizm.

Nikt sam nie nazwał się populistą. Tak nazwali ich instytucjonalni demokraci, żeby zohydzić każdy ruch oddolny, krzyk niezadowolenia z gnijącej demokracji i wyobcowania jej wyznawców. Brak recept na autentyczne problemy Europy pogrążonej w nieustannym kryzysie od 10 lat, na rosnące konflikty narodowe, na niestabilność monetarną, kataklizm imigracyjny, powoduje, że napięcia narastają a nie słabną. Potrzeba zmian jest dziś przemożna jak nigdy w ciągu ostatnich 70 lat. I dziś, tak jak 200 lat temu, stoimy przed wyborem – czy ruch antyliberalny, ten żywioł przewrotnie nazywany populizmem, pójdzie w stronę uwolnienia ludzkiej energii, stworzy przestrzeń dla budowy dobrobytu, wolności ekonomicznej, rozwoju indywidualizmu i stanie się gwarancją kolejnych 50 lat bez wojen, czy wręcz przeciwnie. Słabość instytucjonalnej demokracji, jej niedostosowanie do realiów społecznych, wykorzystają demagodzy, despoci. To ca nam pozostaje to pamiętać o wspaniałych, sprawdzonych narzędziach starych liberalnych filozofów. Wystarczy po nie sięgnąć.