Zbliża się kres naftowej potęgi Rosji, siłowicy radzą, co robić
Marek Budzisz 12.08.2018

W piątek, 10 sierpnia, po tym jak Waszyngton ogłosił wprowadzenie nowych sankcji przeciw Rosji i też po załamaniu się kursu tureckiej liry w efekcie wprowadzenia przez USA ceł na tamtejszą stal i metale (rubel też sporo stracił, ale jednak mniej), Władimir Putin, jak właśnie poinformowano, odbył spotkanie z osobami wchodzącymi w skład Rady Bezpieczeństwa. Z oficjalnego komunikatu wiadomo, że zasadniczym powodem kremlowskiej narady była reakcja na zaostrzającą się wobec Moskwy politykę Stanów Zjednoczonych. Jednak to, co obserwatorów najbardziej zadziwiło, a nawet zaniepokoiło, to skład tego posiedzenia. Prócz samego prezydenta wziął w nim udział szef jego administracji Wajno, szef Rady Bezpieczeństwa generał Patruszew, szef FSB Bortnikow, minister obrony Szojgu oraz kierujący pracami Dumy Wołodin. Ten bardzo ciekawy zespół rozmawiał o kwestiach ekonomicznych, bez udziału nawet jednego ministra z „bloku ekonomicznego”, czy premiera Miedwiediewa, który po wprowadzeniu nowej rundy sankcji ograniczył się do stwierdzenia, że są one równoznaczne z „wypowiedzeniem wojny ekonomicznej”. Obserwatorzy tego, co się w Rosji dzieje spekulują, że obecność Wołodina może być związana z tym, że Putin chce uzyskać od Dumy jakieś ekspresowe pełnomocnictwa, ale po co, nie wiadomo. Przynajmniej na razie.

 

Jeśli już jesteśmy przy pracach rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa, to w trakcie poprzedniego jej spotkania, równo tydzień wcześniej, generał Patruszew wystąpił z ciekawymi tezami na temat przyszłości rosyjskiego sektora wydobycia węglowodorów. Otóż jego zdaniem znalazł się on w sytuacji uzależnienia od importu zachodnich technologii, co stanowi, zwłaszcza w obliczu sankcji, narastające zagrożenie dla bezpieczeństwa kraju. I teraz, jak stwierdził, trzeba rozpocząć działania, które pozwoliłyby zmniejszyć poziom importu z Zachodu. Problem w tym, że łatwiej to powiedzieć, niż zrobić, bo Rosja po prostu nie dysponuje nowymi technologiami wydobywczymi. Rosyjscy eksperci przytaczają odpowiednie liczby. Po wprowadzeniu przez Zachód ograniczeń w eksporcie technologii nie rozpoczyna się wydobycia na nowych polach naftowych – o ile w 2011 udział nowych pól w całej puli wprowadzonej w danym roku do eksploatacji wynosił 30% o tyle w 2016 – 0%. Ale to nie wszystko. Rosja chronicznie przeznacza zbyt mało środków na badania i naukę – ok. 1% PKB, podczas gdy średnio w krajach OECD jest to 2,7%. I w efekcie, jeśli na świecie udaje się pozyskać z każdego pola naftowego średnio ok. 45% znajdującej się tam ropy naftowej, to w Rosji jedynie 25%.

Jednym słowem sytuacja w sektorze paliwowych staje się kwestią bezpieczeństwa państwa rosyjskiego. Szczyt możliwości wydobywczych osiągnięty zostanie, zdaniem ekspertów, w roku 2021, a potem już tylko spadek. Zresztą w ubiegłym tygodniu Rosjanie musieli przełknąć dwie gorzkie pigułki, jakimi były dla nich informacje napływające ze Stanów Zjednoczonych, w których sektor wydobycia ropy dobrze wykorzystał okres prosperity związanej ze wzrostem cen na światowym rynku. W ubiegłym roku dokonała się tam druga, zdaniem specjalistów, rewolucja technologiczna w zakresie wydobycia ropy szczelinowej. O 60% wzrosły inwestycje, w efekcie również ekonomiczna efektywność, co przyniosło pojawienie się pierwszego w historii branży pozytywnego cash flow. Stany Zjednoczone stały się też największym na świecie producentem ropy naftowej, to druga nieprzyjemna dla Moskwy informacja.

Co gorsze, długookresowe prognozy wzrostu rosyjskiego PKB nie przekraczają w perspektywie najbliższych 5 lat wskaźnika 2%. I to w sytuacji, kiedy świat rośnie średnio 3,9%, a rosyjski wzrost napędzany jest przede wszystkim zapotrzebowaniem szybko rozwijającego się świata na rosyjskie surowce. Ekonomiści zadają pytania, co się stanie, jeśli światowa gospodarka zwolni, albo w wyniku ceł lub ograniczeń, a Moskwie trudniej będzie sprzedać swe surowce, albo będzie musiała sprzedawać taniej? To już nie są pytania, na które można udzielić odpowiedzi powołując się na nauki wyniesione z kursu ekonomii. I może dlatego o reakcji na amerykańskie sankcje radzą na Kremlu nie ekonomiści, a KGB-owcy.