BLOGI

Jerzy Marek Nowakowski

Bajki o Putinie

2018-03-15

W 1990 r. amerykański publicysta Mike Godwin sformułował prawo Godwina. W dowolnej dyskusji osoba stosująca „reductio ad Hitlerum” czyli porównanie oponenta albo jego poglądów do Hitlera automatycznie przegrywa w debacie. W Polsce warto zmodyfikować to prawo i zablokować powszechne „reductio ad Putinum”.

Przed kolejnymi wyborami w Rosji czytam dziesiątki komentarzy politycznych, które powielają kalki myślowe dotyczące Rosji i jej prezydenta. I obawiam się, że nasza kompetencja w sprawach wschodnich, z którą tak się obnosimy w Europie, jest po prostu mitem. Zamiast próby zrozumienia polityki rosyjskiej mamy w publicystyce i wypowiedziach polityków ekspresję rusofobii pomieszanej z nieumiejętnie skrywaną fascynacją siłą władzy Putina. Do tego powtarzamy diagnozy skutecznie zaciemniające rzeczywisty obraz Rosji. Przy okazji wyborów 18 marca warto część tej mitologii poddać krytycznej analizie.

Kluczowy mit naszych komentatorów zbudowany na wypowiedzi Władimira Putina o rozpadzie ZSRS jako „największej katastrofie geopolitycznej XX wieku” brzmi – Putin to neostalinista dążący do odbudowy Związku Sowieckiego i przywrócenia dawnego systemu totalitarnego. Tymczasem, zamiast nieustannego tropienia rzekomego neosowietyzmu wypada dostrzec coś znacznie groźniejszego. Rosyjski nacjonalizm i imperializm jako motyw przewodni rosyjskiej władzy. Skłonny byłbym zaryzykować tezę, że prezydent Rosji jest wręcz antykomunistą. Czerwonymi flagami i Stalinem posługują się jego przeciwnicy. Putin, o czym nie chcemy pamiętać, wbrew sporemu oporowi wewnątrz elity władzy, wymusił na przykład wprowadzenie do listy lektur szkolnych „Archipelagu GUŁag” Sołżenicyna. Książki po przeczytaniu której, nie można dobrze myśleć o komunizmie. W panteonie narodowych bohaterów Rosji Piotr I, Aleksander III, Sergiusz Witte czy Piotr Stołypin stają zdecydowanie wyżej od Lenina i Stalina. Cerkiew prawosławna zdaje się być jednym z istotniejszych filarów władzy. Zaś aneksja Krymu nie była niczym innym jak zanegowaniem „internacjonalistycznego paradygmatu” będącego filarem systemu sowieckiego. Drogowskazem Putina jest wizja Trzeciego Rzymu a nie trzeciej Międzynarodówki.

Bajki o neosowietyźmie Putina są groźne, bo przesłaniają realne zagrożenia. Rosja dzisiejsza nie ma projektu odbudowy Sowietów. Konsekwentnie natomiast realizuje pomysł odbudowy imperium rosyjskiego. Co znaczy, że w rosyjskim planie maksimum raczej nie ma inwazji na Polskę i wielkiej wojny. Jest natomiast program „zbierania ziem ruskich” i budowy sieci państw zależnych, mniej więcej zgodny z późną publicystyką polityczną Sołżenicyna. W takim modelu ambicje terytorialne Moskwy sięgają Białorusi, części Łotwy i części Kazachstanu. Nursułtan Nazarbajew przeniósł stolicę do Astany nie tylko dlatego, że chciał wybudować sobie pomnik, ale przede wszystkim dlatego, aby przekreślić podział na północny i południowy Kazachstan i utrudnić ewentualna aneksję północy przez Rosję.

Prawdziwy kłopot Rosjanie maja z Ukrainą. Bo oczywiście nikt w Moskwie nie uważa Ukrainy za państwo a Ukraińców za naród. (Wystarczy przypomnieć przemówienie Putina na szczycie NATO w Bukareszcie). Ale wojna w Donbasie postawiła znak zapytania nad planem przyłączenia Ukrainy. Cała energia Kremla skupia się więc na systematycznej destabilizacji państwa ukraińskiego i stymulowaniu wewnętrznych procesów rozkładowych. Optymalny z rosyjskiego punktu widzenia byłby zabór wschodniej Ukrainy, z nadzieją na jej rusyfikację, oddanie Polsce Ukrainy Zachodniej i stworzenie jakiegoś kadłubowego państewka wokół Kijowa. No ale jak tu budować wielką Rosję bez „matki ruskich grodów” którą jest w powszechnej opinii Kijów?

W każdym razie polityka rosyjska nie zmierza już do odzyskiwania statusu supermocarstwa tylko do zapewnienia Rosji solidnej pozycji mocarstwowej. I do powrotu, do koncertu mocarstw z epoki międzywojennej czy wręcz z czasów Kongresu Wiedeńskiego. Jedna z istotnych przeszkód na drodze do takiego świata jest Unia Europejska a jeszcze bardziej NATO. Dlatego Rosjanie inwestują sporo w rozmontowanie obu organizacji i przeniesienia ciężaru decyzji o losach świata do jakiejś nowej G 7 czy – jeszcze lepiej – G 5.

Rosja współczesna nie jest eksporterem ogólnoświatowego projektu ideologicznego, co zasadniczo odróżnia ja od Sowietów. Ale Putina można uznać za prekursora coraz popularniejszego modelu rządów – neoautorytaryzmu. Zderzamy się tutaj z kolejnym mitem naszej publicystyki, która dosyć bezrefleksyjnie opisuje Federację Rosyjską jako kraj nieomal totalitarny. Tymczasem Putinowi autentycznie zależy na społecznym mandacie. Wybory nie są farsą w stylu komunistycznym. Natomiast autorytarna władza przy użyciu propagandy i różnych form nacisku zabiega z jednej strony o rzeczywiste poparcie obywateli a z drugiej stara się w zarodku eliminować powstawanie rzeczywistej alternatywy politycznej. Gdy komuniści wystawili w wyborach „truskawkowego króla” Pawła Grudinina a sondaże zaczęły dawać mu szansę na 10 % poparcia, kremlowskie media natychmiast zajęły się jego majątkiem i życiem osobistym. Na wszelki wypadek nie dopuszczono również do kandydowania Aleksieja Nawalnego. Nie dlatego, że mógłby wygrać z Putinem, ale dlatego, że mógłby stać się ośrodkiem realnej krystalizacji sił opozycyjnych. Neoautorytaryzm bowiem nie eliminuje opozycji tylko rozbija ją i marginalizuje. Podobnie jest z gospodarką, cechą reżimów neoautorytarnych jest jej postępująca etatyzacja, pod pozorem oligarchii. Inaczej mówiąc zdominowanie gospodarki przez holdingi o nieprzejrzystej strukturze własnościowej wykonujące w istocie zlecenia państwowe i od elity władzy zależne.

Tak dochodzimy do najsilniejszego z mitów dotyczących Putina. Mitu wszechwładnego cara. Absolutnie powszechne jest przekonanie, że Władimir Putin jest dyktatorem. Tymczasem w rozmowach z Rosjanami jako tako zorientowanymi w meandrach kremlowskich korytarzy regularnie można usłyszeć, że Rosją rządzi „kolektywny Putin”. Inaczej mówiąc, że prezydent Federacji jest emanacją nieformalnej elity władzy wywodzącej się przede wszystkim ze środowiska dawnych służb specjalnych. Jego władza osobista jest porównywalna z zakresem decyzji jaki miał kiedyś Breżniew jako sekretarz generalny KPZR, ale nieporównywalnie mniejsza od dyktatorskich prerogatyw Stalina.  Gdyby nie realizował interesów kasty rządzącej zostałby prawdopodobnie odsunięty od władzy. Wiele wskazuje na to, że ostatni zamach na byłego oficera GRU Siergieja Skripala jest właśnie elementem gry o władzę na Kremlu i częścią bitwy buldogów pod dywanem.

W gruncie rzeczy Władimir Putin, który rozpocznie wkrótce swoją – zapewne – ostatnia kadencję prezydencką, jest politykiem który poniósł porażkę. Osiemnaście lat temu przejmował prezydenturę z rąk Borysa Jelcyna z pomysłem na modernizację Rosji. Zrealizował wprawdzie zadanie utrzymania w całości Federacji Rosyjskiej, ale ceną było utrzymanie statusu Rosji jako państwa surowcowego, a poparcie społeczne opiera się na agresywnej polityce imperialnej. Nie udało się stworzenie z Rosji centrum nowych technologii, ani zbudowanie silnej klasy średniej. Zamiast przywództwa w nowej Unii Euroazjatyckiej będącej pomostem miedzy Zachodem a Chinami, Rosja musi dopłacać do struktur politycznych zbudowanych na strachu przed jej agresją. A nadzieje na to, że strategicznymi przyjaciółmi Moskwy będą Berlin. Londyn czy Paryż zmieniły się w wymuszony alians z Baszarem Asadem czy Recipem Erdoganem. Putin po wyborach 18 marca stanie przed pytaniem – jak zapisze się w historii. Kiedyś marzył o tym, że będzie nowym Piotrem I, teraz walczy o to aby nie skończyć jak Aleksander III.

twitterfacebookwykopKontakt e-mail
ZOBACZ STARSZE WPISY
NEWSLETTER

Podając swój adres e-mail, wyrażasz zgodę na otrzymywanie informacji od WEI.

NASI BLOGERZY