BLOGI

Robert Gwiazdowski

Czasam z niektórymi nie da się wytrzymać

2016-09-03

Jak zakładałem bloga w 2006 roku, który niestety zniknął z sieci po awarii mojego prowajdera, zacząłem od przypomnienia modlitwy Św. Tomasza:

„Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji. Odbierz mi chęć prostowania każdemu jego ścieżek.

Szkoda mi nie spożytkować wielkich zasobów mądrości, jakie posiadam, ale Ty, Panie, wiesz, że chciałbym zachować do końca paru przyjaciół.

Wyzwól mój umysł od niekończącego brnięcia w szczegóły i daj mi skrzydeł, bym w lot przechodził do rzeczy.

Użycz mi chwalebnego uczucia, że czasem mogę się mylić. Zachowaj mnie dla ludzi, choć z niektórymi z nich doprawdy trudno wytrzymać”

Ale czasami z niektórymi nie da się wytrzymać. Tym razem nie wytrzymałem słuchając sędziów zgromadzonych na kongresie sędziów! Sorry!

Na temat ich wyroków (na przykład w sprawie prywatyzacji Wedla czy w sprawie uznania zbiorowej odpowiedzialności podatników za nierozliczeni VAT przez kontrahenta, czy za uznanie, że pracodawcy nie mogą być stroną w sprawie ustawy o wcześniejszych emeryturach górniczych) pisałem wielokrotnie i to w dość mocnych słowach. Broniłem jednak instytucji wymiaru sprawiedliwości. Bo na tym polega podział władzy, że aktualna władza ustawodawcza musi się liczyć z opiniami sądów konstytucyjnych, nawet jeśli ich składy zostały wyłonione nie za jej kadencji i nie po jej myśli. No ale trzeba uważać co się mówi. I pisze! Zwłaszcza trzeba pamiętać, jak coś się dziś mówi, co się kiedyś napisało w uzasadnieniu swoich wyroków.  

Pozwolę sobie zacząć swoją lustrację sędziów od sprawy, która się ciągnie do dziś i będzie się ciągnęła jeszcze długo. Od wyroku TK w sprawie lustracji. Ustawa lustracyjna z 2007 roku była gniotem prawnym głównie za sprawą poprawek naniesionych do niej przez ś.p. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. To większość z nich zakwestionował Trybunał Konstytucyjny. Niektórzy ukuli w związku z tym twierdzenie, że Pan Prezydent działał celowo, bo wcale „nie chodzi o to, żeby złapać króliczka, tylko by gonić go…” Ale ja się na polityce nie znam, więc tylko powtarzam…

Natomiast co do wyroku Trybunału Konstytucyjnego, to najwięcej przepisów ustawy lustracyjnej uznał on za sprzeczne z art. 2 Konstytucji. Artykuł ten od samego początku był elementem politycznego kompromisu legislacyjnego pomiędzy liderami ówczesnej Unii Wolności i SLD, a nie wyrazem jakiejś głębszej myśli prawnej.

Artykuł ten od samego początku był elementem politycznego kompromisu legislacyjnego pomiędzy liderami ówczesnej Unii Wolności i SLD, a nie wyrazem jakiejś głębszej myśli prawnej. Stanowi on, iż: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.” W jednym zdaniu mamy odwołanie do:

1)      idei „państwa prawnego”

2)      zasad „demokracji”

3)      zasady „sprawiedliwości społecznej” i to w koniunkcji z „demokratycznym państwem prawnym”

W nauce toczy się od lat debata na temat istoty „państwa prawnego” i różnic między tym pojęciem, a anglosaską zasadą „rządów prawa” („rule of law”). Panuje jednak pewne communis opinio na temat istoty państwa prawnego. Twórcom Konstytucji nie wystarczyło jednak odwołanie się do zasad dość dobrze znanych i w literaturze szeroko opisanych. Musieli, dla celów politycznych, wzbogacić je i o „demokrację” i „sprawiedliwość społeczną”, która nigdzie nie jest zdefiniowana!!! Wyszedł prawny gniot. Podobny do ustawy lustracyjnej, która łamie kilka istotnych reguł konstytucyjnych. Ale do nich Trybunał akurat się nie odniósł. Wolał przywołać przepis „kuriozum”.

Gdy Trybunał powołuje się na art. 2 Konstytucji jako uzasadnienie swojego sprzeciwu de facto przeciwko ujawnieniu agentów komunistycznej bezpieki, to trudno dociec, czy chodzi o samą zasadę „państwa prawnego”, czy o „demokrację”, czy może o „sprawiedliwość społeczną”?

O demokrację nie mogło chodzić, bo właśnie większość wyłoniona w demokratycznych wyborach ustawę lustracyjną uchwaliła. Więc może chodziło o poszanowanie praw mniejszości, które są istotnym elementem demokracji? Tylko, czy każda mniejszość ma być prawnie chroniona pod każdym względem? Moim skromny zdaniem donosiciele są gorsi niż ci, którzy nie płacą podatków, a ich prawo bynajmniej nie chroni!

Z kolei zasada „państwa prawnego” wymaga transparentności i przejrzystości działania organów państwa. Dlatego ujawnienie, kto był agentem komunistycznej bezpieki nie może godzić w zasady „państwa prawnego”. Nawet „demokratycznego”.

Może zatem to „sprawiedliwość społeczna”, którą „wrzucono” do art. 2 Konstytucji, wymaga utajnienia nazwisk konfidentów? To akurat bardzo możliwe, skoro ta sama zasada wymaga podobno istnienia progresji podatkowej. Przypomnę więc stary antykomunistyczny dowcip o tym, czym się różni sprawiedliwość, od sprawiedliwości społecznej? Tym, czym krzesło, od krzesła elektrycznego.

Jeśli dziś nie wiemy, kto donosił, to siedzimy na krześle elektrycznym, bo nie jesteśmy w stanie zrozumieć istoty wielu zdarzeń – także wyroków sądowych. Na przykład w sprawie „E. Wedel S.A. – d. Zakładów im. 22 Lipca” z początku lat 90-tych. Napisałem o tym swój pierwszy artykuł prasowy. Ukazał się w Najwyższym Czasie pod tytułem „Gorzki smak czekolady”.

Po II wojnie światowej komuniści fabrykę Wedla znacjonalizowali. Ale nie przejmowali się spółką pod firmą E. Wedel S.A., do której należała przed wojna fabryka, a której akta w najlepsze spoczywały sobie archiwum sądu prowadzącego rejestr handlowy. Oczywiście tylko de iure, bo de facto działających spółek prawa handlowego za komuny prawie nie było, sąd rejestrowy nie miał więc za wiele do roboty. Przedsiębiorstwo państwowe utworzone na znacjonalizowanym majątku Wedla działało pod nazwą Zakłady Przemysłu Cukierniczego im. 22 Lipca. Ale torcik o nazwie „22 Lipca” jakoś nie mógł się przebić marketingowo na zachodzie, więc do takiej pięknej i chlubnej nazwy „22 Lipca” dodano – żeby imperialiści zrozumieli – dopisek „d. E.Wedel”. To „d.” to od „dawniej”. Stojąc po wyroby czekoladopodobne, które fabryka produkował na rynek krajowy (bo czekoladowe pod logo Wedel produkowała głównie na eksport), Warszawiacy ukuli słynny dowcip o tym, kiedy w Polsce znowu będzie czekolada. Wtedy, gdy „Zakłady im. 22 Lipca d. E.Wedel” będą się nazywały „E. Wedel d. 22 Lipca”. Dowcip okazał się proroczy.

Po 1989 roku paser, którym stała się III RP, postanowił sprzedać majątek który trafił do niego z rąk złodzieja – czyli komunistów. Przedsiębiorstwo państwowe „Zakłady im. 22 Lipca d. E.Wedel”, zostały skomercjalizowane – czyli przekształcone w spółkę akcyjną, akcje której zostały sprzedane amerykańskiemu koncernowi Pepsico.

Amerykanom „22 Lipca” jakoś nie przypadł do gustu i postanowili tę datę z firmy spółki wykreślić i pozostać przy firmie „E.Wedel S.A.”  Dziś byłoby to już niemożliwe. Komputer takiej nazwy by nie wpuścił do systemu, bo spółka pod firmą „E. Wedel SA” już w nim była. I to prawie od 150 lat pod dużo niższym numerem RHB. Ale wówczas sąd to przeoczył. Spadkobiercy Wedla w gabinecie jednego z dyrektorów Ministerstwa Przekształceń Własnościowych III RP, usłyszeli bardzo eleganckie stwierdzenie, że gdy trwa taki ważny dla interesów Polski proces prywatyzacji,  ich roszczenia przypominają „puszczenie bąka w salonie”. Reaktywowali więc spółkę przedwojenną gdyż w domowych archiwach posiadali jej akcje i wytoczyli proces o zakaz posługiwania się tą samą firmą przez dawne „Zakłady im. 22 Lipca”. I o dziwo proces wygrali. I to nawet w obu instancjach. Minister Sprawiedliwości złożył wówczas rewizję nadzwyczajną od prawomocnych wyroków, która została rozpoznana przez Sąd Najwyższy w ciągu 24 godzin (a dokładniej to można powiedzieć, że nawet 16 godzin).

Data rewizji nadzwyczajnej Ministra Sprawiedliwości jest ta samo, jak postanowienia SN o wstrzymaniu wykonalności wyroków sądów I i II instancji. Musiało więc być tak:

rano już o godzinie 8 (przecież ministrowie punktualnie przychodzą do pracy) Minister Sprawiedliwości nie pijąc jeszcze kawy złożyła pod przygotowanym dzień wcześniej wnioskiem o rewizję nadzwyczajną swój podpis i opatrzyła go datą. Mogła być 8.15. Akta zostały spakowane (kilka tomów, kilka tysięcy stron). Mogła być 9. Akurat się okazało, że z Ministerstwa Sprawiedliwości w Alejach Ujazdowskich wyjeżdżał właśnie przez przypadek kurier (bo przecież nie można przypuszczać, że w tej akurat sprawie został zamówiony jakiś specjalny posłaniec) do siedziby Sądu Najwyższego na Lesznie. Sekretarka Ministra Sprawiedliwości pomyślała sobie, że skorzysta z nadarzającej się okazji i może zdąży mu jeszcze przekazać nową paczkę. Mogła być 9.30. Tak się mogło szczęśliwie złożyć, że tego dnia nie było akurat większych korków w Warszawie i kurier z Ministerstwa Sprawiedliwości mógł dotrzeć do Sądu Najwyższego już o 10.00. Zgodnie z procedurą udał się na biuro podawcze, z którego akurat sekretarka mogła nieść korespondencję adresowaną do I Prezesa Sądu Najwyższego. Na widok kuriera z Ministerstwa Sprawiedliwości postanowiła jednak zaczekać, żeby dołączyć od razu najnowszą korespondencję. Pan Prezes też już oczywiście był w pracy, więc mógł dostać wniosek o rewizję nadzwyczajną w sprawie Wedla o 10.30 i bez zwłoki przystąpił do czytania korespondencji. Na szczęście wniosek Ministra Sprawiedliwości rzucał się w oczy i Pan Prezes zaczął od niego. Gdy go skończył czytać (kilkadziesiąt stron) mogła być 11.15. Pan Prezes dokonał dekretacji i wskazał trzech sędziów Sądu Najwyższego do rozpoznania wniosku w zakresie wstrzymania wykonalności wyroków sądów I i II instancji. Mogło się tak okazać, że akurat ci trzej wskazani sędziowie nie mieli żadnych rozpraw tego dnia nie byli na żadnych konferencjach, czy wykładach, nie mieli innych spraw o wcześniejszych numerach wpływu i byli w siedzibie Sądu Najwyższego. No bo nie można przypuszczać, że Pan Prezes najpierw sprawdził, którzy sędziowie akurat są i do nich zadekretował sprawę. Bo niby dlaczego miałyby tak zrobić? Sekretarka wzięła akta (kilka tysięcy stron) i zaczęła je od razu kopiować myśląc sobie, że może wyznaczeni sędziowie wyjątkowo od razu będą chcieli się zająć tą sprawą. Innych ważnych dokumentów, które napłynęły do Sądu Najwyższego wcześniej nie było, bo wszystkie zostały już na tej jednej kserokopiarce, która stała wówczas w sekretariacie Sądu skopiowane, więc praca mogła się rozpocząć już o 12. Kopiarka tego dnia się wyjątkowo nie zacięła wiec dwa egzemplarze dokumentów (trzeci przyjechał z Ministerstwa Sprawiedliwości) po tysiąc stron każdy, żeby każdy sędzia mógł się zapoznać ze sprawą, bo niby dlaczego mięliby czytać sobie przez ramię, mogły być gotowe już o 15 (około 6 sekund trwało kopiowanie jednej strony, a podajników wówczas jeszcze nie było). Wszyscy wyznaczeni sędziowie postanowili tego dnia po objedzie wrócić jeszcze do Sądu żeby popracować i zobaczyli, że akurat wpłynęła nowa sprawa którą mogą się zająć nie zaniedbując innych – no bo innych, jak już o tym była mowa nie mieli, bo jakby mieli to jakie byłoby uzasadnienie, że nie zajmują się wcześniejszymi, tylko nową? Akta tak ich wciągnęły, że nie poszli do domu na kolację, tylko zostali popracować dłużej. Wszyscy, albo przynajmniej dwóch z nich, stwierdzili, że wyroki sądów I i II instancji stwierdzające, że jak w rejestrze handlowym figuruje spółka pod jakąś firmą, to nie można wpisać do rejestru drugiej o takiej samej firmie, bez przeprowadzenia postępowania sądowego wykazującego bezprawność posługiwania się daną firmą przez spółkę o wpisaną do rejestru w dacie wcześniejszej, tak bardzo godzą w porządek prawny III RP, że należy natychmiast wstrzymać ich wykonalność. Jeszcze przed godziną 24.00 odbyli więc posiedzenie i wydali postanowienie w tej sprawie.  

Mogło tak być? No pewnie, że mogło. Przecież nikt nie miał pojęcia, że trwały negocjacje pomiędzy Pepsico i spadkobiercami Wedla o odszkodowanie, a jednym z argumentów negocjacyjnych spadkobierców była możliwość zawieszenia notowań giełdowych „Zakładów im. 22 Lipca” posługujących się, zdaniem prawomocnego wówczas wyroku, bezprawnie, firmą „E. Wedel SA”.

W kilka miesięcy później Sąd Najwyższy wydał ostateczny wyrok uchylający wyroki sądów I i II instancji, w uzasadnieniu którego stwierdził, że ustawę nacjonalizacyjną należy interpretować nie literalnie, tylko zgodnie z celem ustawodawcy (sic!!!) którym było przejęcie własności całego majątku – w tym także praw niematerialnych.

Całkiem słusznie – komuniści niczego nie potrafili robić dobrze (z wyjątkiem torturowania i mordowania – o czym przypomina film „Generał Nil”) więc trudno się dziwić, że nawet nacjonalizacji nie potrafili zrobić porządnie, w zgodzie z uchwalonym przez siebie prawem. I dlatego sądy III RP, która przejęła po PRL zobowiązania międzynarodowe, musiały jakoś pomóc. Pomogły odpowiednią wykładnią prawa. Co z tego, że nie znacjonalizowali. Z pewnością chcieli znacjonalizować, więc trzeba było uznać, że znacjonalizowali. Ale cóż – niektórzy sędziowie Sądu Najwyższego uczyli się prawa na Uniwersytecie, na którym wykładał jeden z sądowych zabójców Generała Nila.

Dziś - niestety - przypomniały mi się nazwiska sędzików działających i orzekających w tych sprawacch na "kongresie sędziów".

twitterfacebookwykopKontakt e-mail
ZOBACZ STARSZE WPISY
NEWSLETTER

Podając swój adres e-mail, wyrażasz zgodę na otrzymywanie informacji od WEI.

NASI BLOGERZY