BLOGI

Publicysta tygodnika „Do Rzeczy”, felietonista „SuperExpressu” i współpracownik Polskiego Radia 24. Pracę dziennikarską zaczynał w „Życiu”. Przez 10 lat jako komentator był związany z dziennikiem „Fakt”, następnie z tygodnikiem „W Sieci” i portalem wPolityce.pl. Prowadzi programy „Szukając Dziury w Całym” i „Wróżenie z Faktów” na antenie Polskiego Radia 24. Autor wywiadów rzek: z Radosławem Sikorskim „Strefa zdekomunizowana” i ze śp. Lechem Kaczyńskim „Ostatni wywiad” oraz cyklu rozmów z analitykami Ośrodka Studiów Wschodnich „Między Berlinem a Pekinem”. Członek Ruchu Obywatelskiego Miłośników Broni. Drugie hobby to muzyka klasyczna, przede wszystkim barokowa.

POZOSTAŁE WPISY AUTORA

Łukasz Warzecha

Ekoszmergiel

2018-03-26

Mam nadzieję, że wszyscy zainteresowani, a także chwilowo niezainteresowani (ale spokojnie, zainteresują się, oby nie za późno), wiedzą już, że rząd nie tylko wrzucił do ustawy o biopaliwach opłatę na Fundusz Niskoemisyjnego Transportu (szklane domy premiera Morawieckiego, czyli elektromobilność), która będzie kosztować nas przy dystrybutorach ok. 10 groszy od litra paliwa, ale też przywrócił opłaty za wjazd do centrów miast, które wyleciały z ustawy o elektromobilności przed jej uchwaleniem. Pozostawiono tam koncepcję samych stref czystego transportu (tak się to nazywa w ustawie), natomiast skasowano opłaty po dość głośnej awanturze. Teraz za pomocą nowelizacji ustawy o biopaliwach, przygotowanej przez Ministerstwo Energii, do ustawy o elektromobilności ma wrócić wcześniej usunięty fragment o opłatach, tyle że ich maksymalny dzienny limit ma być o pięć złotych niższy niż w pierwotnej wersji ustawy – 25 zamiast 30 złotych. Żadna różnica, gdy idzie o istotę sprawy.

Zapłacimy więc ciężko za postępujący ekoszmergiel, który już i tak kosztuje nas i pieniądze, i czas. Już jesteśmy przytłoczeni masą podobnych przepisów. Na przykład obowiązkowa selekcja odpadów – gdyby przeprowadzać ją zgodnie z zaleceniami, trzeba by na to poświęcać chyba minimum godzinę dziennie, a w kuchni mieć miejsce na co najmniej cztery osobne pojemniki. Zalecenia w tej sprawie, jakie dostałem ze swojego urzędu gminy, brzmiały tak zawile, że prostsza jest chyba instrukcja obsługi Dreamlinera. Do dziś nie wiem, czy kartonowe opakowanie, na którym są resztki jedzenia, powinienem wyrzucać do kubła z napisem „papier”, „wtórne” czy „zmieszane”. Dla bezpieczeństwa – jako że nie daję się terroryzować i mam w domu jedynie dwa kosze – wyrzucam je raz do „wtórnych”, raz do „organicznych”. Szczęśliwie nie działa u mnie (przynajmniej na razie) system nadzoru w stylu Wielkiego Brata, pozwalający wytropić każdą osobę, która, dajmy na to, wrzuciła słoik do pojemnika na zwykłe „wtórne”. Mam niestety podejrzenie, że jeśli ktoś tego szaleństwa nie powstrzyma, i do tego dojdziemy.

Albo elektrośmieci. Znalezienie punktu zbiórki takich odpadów jest samo w sobie wyzwaniem, a gdy się go już znajdzie, okazuje się, że jest czynny we wtorki od 11 do 11.30. Musiałbym mieć naprawdę mnóstwo wolnego czasu, żeby krążyć po okolicy ze starym tosterem i szukać punktu, gdzie mogę go upchnąć.

Unijny pakiet energetyczno-klimatyczny – ekoszmergiel na poziomie globalnym – już drenuje nasze kieszenie, a rządowa obsesja elektromobilności drenuje je jeszcze bardziej. Program ma przecież w ciągu najbliższych dwóch lat kosztować 19 miliardów złotych. Racjonalna troska o środowisko, sprowadzająca się do zachęt, edukacji i ewentualnie przepisów, dotyczących najuciążliwszych kwestii (filtry na kominach zakładów przemysłowych chociażby, wymuszone odpowiednimi normami), już dawno zamieniła się w szaleństwo – w części autentyczne, w części pozorne. Autentyczne tam, gdzie mamy do czynienia z religijnym pojmowaniem ekologii, a to bardzo częste. Dla zlaicyzowanego Zachodu ekoszmergiel zastąpił w dużej części sferę religijną.

Pozorne natomiast tam, gdzie mamy do czynienia z interesami. Na przykład koncerny motoryzacyjne, produkujące wciąż nierentowne i niesprzedawalne w wolnorynkowych warunkach autka na baterie mają wymierny interes w tym, żeby promowanie elektromobilności za publiczne pieniądze w postaci ulg, subsydiów, zwolnień z podatków i akcyzy – oczywiście kosztem tych, którzy aut elektrycznych nie kupują – trwało jak najdłużej. Dzięki temu są w stanie sprzedawać coś, co w normalnych warunkach pozostałoby jedynie ciekawostką.

Inny przykład to pamiętny unijny zakaz sprzedaży tradycyjnych żarówek, które musiały być zastąpione kompaktowymi świetlówkami – potężnie zanieczyszczającymi środowisko na etapie produkcji oraz jako odpady, awaryjnymi i dającymi nieprzyjemne światło. Ale za to wielokrotnie droższymi niż żarówki tradycyjne. Dopiero po jakimś czasie dojrzała i potaniała technologia LED, która prawdopodobnie wygrałaby z tradycyjnymi żarówkami nawet bez zakazu. Ale koncerny, produkujące świetlówki, zdążyły się nachapać dzięki unijnej dyrektywie.

Racjonalni – choć pozornie mogą się wydawać szaleni – są również urzędnicy, wymyślający kolejne utrudnienia, szykany, regulacje. To stare prawo biurokracji: musi wciąż wynajdować coś nowego, bo inaczej mogłoby się okazać, że jest zbędna.

To samo zresztą dotyczy polityków: chcą pokazać, że coś robią, że są postępowi i nowocześni. Obecny rząd w kwestiach szeroko pojętego ekoszmergla realizuje ściśle lewicową agendę – od elektromobilności po dbanie o zwierzątka (prawo łowieckie, ustawa o ochronie zwierząt – na razie w Sejmie). Mam podejrzenie, że to metoda swego rodzaju kompensacji złego wizerunku, który do PiS przylgnął z powodów stricte politycznych. A tu można pokazać: proszę bardzo, nie jesteśmy takimi faszystami, kochamy środowisko, nienawidzimy myśliwych, promujemy autka elektryczne.

Przy czym elektromobilność – której program nosi wszelkie znamiona oderwanej od rzeczywistości fantasmagorii, realnej jedynie, gdy idzie o obciążenia narzucane w celu jej realizacji na obywateli – to historia o tyle odrębna, że, jak się zdaje, chodzi tu o realizację ambicji premiera, któremu marzy się pozostanie w historii jako drugi Eugeniusz Kwiatkowski.

Ciekawe jest akurat w tej konkretnej sprawie, że wszyscy urzędowi entuzjaści programu elektromobilności, z samym premierem na czele, wliczając panią minister Emilewicz czy prezesa spółki ElectroMobility Polska, nie są w stanie rozwiać trzech podstawowych wątpliwości.

Pierwsza: w jaki sposób, przy umasowieniu aut elektrycznych w Polsce, budżet uzupełni braki wynikające ze spadku wpływów z akcyzy i innych podatków w cenie paliwa? Czy jeszcze bardziej obciążeni zostaną posiadacze tradycyjnych aut czy może posiadacze EV obudzą się z ręką w nocniku, nagle obdarowani nowymi podatkami i opłatami? O ile mi wiadomo, w żadnym miejscu w rządzie nie są prowadzone żadne tego dotyczące kalkulacje, co pokazuje, jak niepoważnym przedsięwzięciem jest polski program elektromobilności.

Druga: w jaki sposób dramatycznie niedoinwestowana polska infrastruktura energetyczna – do 2030 r. potrzeba na nią aż 240 miliardów złotych! – miałaby utrzymać system ładowania aut elektrycznych, w tym stanowiące szczególne obciążenie szybkie ładowarki – zresztą jedyne, które mają w ogóle sens, jeśli funkcjonalność samochodów na baterie ma się choćby na kilometr zbliżyć do aut spalinowych. Ciekawostka: ustawa o elektromobilności zobowiązuje deweloperów do przygotowania w garażach nowych budynków pewnej liczby miejsc do ładowania aut elektrycznych. Deweloperzy już sygnalizują, że miejsca, owszem, mogą powstać, ale bez przyłączy, bo żadna instalacja nie wytrzyma takiego obciążenia jak jednoczesne szybkie ładowanie, powiedzmy, trzech samochodów elektrycznych. A mówimy o urządzeniach o mocy rzędu minimum 40 kW, a w niektórych przypadkach nawet ponad 60 kW – na jeden punkt ładowania. Proszę sobie wyobrazić, że w jednym budynku naraz pracują trzy takie ładowarki, generując moc na poziomie 120 kW. Przypomnę, że przeciętna energooszczędna żarówka to moc 10-12 watów. Oczywiście trudno też sobie wyobrazić, żeby ładowanie samochodów elektrycznych pozostawało w tych okolicznościach bezpłatne. Zresztą na przykład Tesla już każe sobie płacić za minutę korzystania z własnych szybkich ładowarek. Przy słabszej mocy cena wynosi 50 gr. za minutę, przy wyższej – złotówkę.

Trzecia: w jaki sposób miałoby się odbywać masowe ładowanie aut elektrycznych, zwłaszcza w miastach, gdzie ludzie mieszkają w wielorodzinnych budynkach?

To jednak pytania, które pojawiają się rzadko. Cała masa naiwnych bez śladu samodzielnej analizy daje się łapać na hasła i klisze. Skoro autko na prąd, to przecież czyste i takie nowoczesne. Bo prąd, jak wiadomo, rośnie na drzewach, na takiej samej zasadzie, jak mięsko, które kupujemy w sklepie. Dlatego likwidujemy złe hodowle futerkowe, ale nie mamy nic przeciwko chlewniom. Niestety, pod pretekstem dbania o ludzi, ogromnej części Polaków da się wcisnąć największą bzdurę, najbardziej zamordystyczne i najkosztowniejsze pomysły. A ekoszmergiel ma tutaj absolutne pierwszeństwo.

Czy to się, mówiąc kolokwialnie, rypnie? Oczywiście, że tak – choć być może nie za mojego życia. Ale rypnąć się musi z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że ogromne pieniądze są od lat wydawane na kwestie co najmniej wątpliwe, z walką z rzekomym globalnym ocieplenie na czele. Nawet jeśli ma ono miejsce, to wpływ działań podejmowanych w samej UE na jego zahamowanie jest bliski zeru. Nikt tego nie podliczył – a byłoby to badanie ogromnie ciekawe – ile przeciętny obywatel UE płaci dziś za ekoszmergiel. To znaczy ile kosztują wszystkie ekologiczne wymysły, od pakietu klimatyczno-energetycznego, państwowych inwestycji w odnawialne źródła energii kosztem między innymi atomu (wyższe rachunki za prąd), przez działania takie jak obowiązkowa wymiana żarówek, po dopłacanie za elektromobilność. Idę o zakład, że na poziomie UE byłyby to sumy rzędu paru tysięcy euro rocznie na gospodarstwo domowe. Ekoszmergiel wykrzywia i wykoślawia rynek do tego stopnia, że w końcu będzie musiało nastąpić odbicie.

Po drugie – ale to już może trochę moje wishful thinking – że jednak w którymś momencie ludzie będą mieć dość skutków ekoszmergla i zwyczajnie się zbuntują. Nastąpi jakaś erupcja antyekologicznego populizmu, ktoś wyciągnie z tego patologicznego układu cegiełkę, która spowoduje lawinę. Być może zgra się to z jakąś kolejną zapaścią finansową, w wyniku której obywatele zbiednieją i nie będą już mieli ochoty płacić na kolejne zielone wymysły. A może po prostu połapią się, że dla własnych korzyści golą ich wespół i zgodnie politycy, zawodowi ekolodzy i firmy, które w ten sposób opychają swoje rynkowo nieciekawe produkty.

Problem w tym, że jak przy wielu długo trwających procesach, tak i przy ekoszmerglu działa strategia salami: odkrawanie kolejnych plasterków co jakiś czas, co sprawia, że ludzie się przyzwyczajają i to, co pięć lat temu całkiem słusznie uznawali za nonsens, z czasem uznają za całkiem normalne.

twitterfacebookwykopKontakt e-mail
ZOBACZ STARSZE WPISY
NEWSLETTER

Podając swój adres e-mail, wyrażasz zgodę na otrzymywanie informacji od WEI.

NASI BLOGERZY