BLOGI

Robert Gwiazdowski

Je suis néolibéral

2017-07-01

Im częściej socjaliści mówią o „liberalnej demokracji” tym częściej atakują demoniczny „neoliberalizm”. I wtedy właśnie mam ochotę napisać kredką na asfalcie „Je suis néolibéral”!

Czytam, że co prawda „pojęcie ideologii nie jest jasne” ale „jej cechą definicyjną jest odporność na stan rzeczywistości”. Odporność największą wykazują najbardziej zagorzali krytycy mitycznego neoliberalizmu.

Zacznijmy od tego, że „ideologia” w rozważaniach naukowych pojawia się w zestawieniu z doktryną i programem politycznym. Ideologia to po prostu bardzo ogólny, usystematyzowany zbiór poglądów opartych na sądach wartościujących, odnoszących się nie tylko do polityki, lecz do różnych sfer życia ludzkiego i społecznego,  mieszczący w sobie także elementy ontologii i epistemologii. Wymiennie z pojęciem „ideologia”, używane są, jako synonimy stylistyczne, określenia: „myśl” i „filozofia” polityczna. Doktryna to normatywny system zasad określających sposoby realizacji wartości ideologicznych. Programem politycznym zaś to zestaw poglądów głoszonych i realizowanych przez różne formacje polityczne. Ideologia jest więc z definicji „odporna na stan rzeczywistości”.

Czytam dalej, że „dany zespół poglądów przybiera charakter ideologiczny wtedy, gdy nie ma sposobu, aby poddać go falsyfikacji” (…) To odróżnia je (te poglądy) od przekonań o charakterze naukowym, które aby naukowymi właśnie być, muszą określić warunki własnej falsyfikalności (obalalności). Koncepcję falsyfikacji twierdzeń ekonomicznych wprowadził niejaki Milton Friedman – neoliberał. Ale to pewnie musi być „ideologia” dla kogoś, kto za przykład „neoliberała” podaje… Jeffreya Sachsa. Tymczasem Pan Profesor Sachs, doradca polskich rządów w procesie transformacji ustrojowej na początku lat 90-tych, wyznał Jackowi Żakowskiemu w wywiadzie opublikowanym w Polityce, że „w głębi był… socjaldemokratą i wolał model skandynawski od amerykańskiego”.  Nie wiadomo tylko w głębi czego był socjaldemokratą: serca, duszy, czy umysłu? Wiadomo jednak, że zwalczanie Sachsa nie powinno szkodzić „neoliberalizmowi” tylko właśnie „socjaldemokracji”.

Ale nie „chwyciłem za pióro” po to, by się pastwić nad naukowymi poglądami przeciwników ideologii neoliberalnej, tylko po to by wyjaśnić kilka kwestii. 

Konfucjusz pisał, że „gdy słowa tracą swe znaczenie ludzie tracą wolność”. I tak właśnie jest z „liberalizmem” i „neoliberalizmem”. Barack Obama uchodzi za „liberała” nie dlatego, że jego ideologia czy nawet realizowany przez niego program polityczny ma cokolwiek wspólnego z doktryną Locke’a, Smitha, Ricardo, Saya, Monteskiusza czy Tocqueville’a, tylko dlatego, że amerykańscy socjaliści – jak to socjaliści – ukradli nazwę liberałom i dokonali jej „redystrybucji”.

Więc przypomnijmy jak to było. Liberalna idea wolności i równości wobec prawa szerzyła się na świecie rzeczywiście jak „zaraza” – takiego określanie używają w stosunku do „neoliberalizmu” jego krytycy. Niszczyła feudalizm, pańszczyznę, przywilej stanowe, monarchię absolutną i wspierający ją merkantylizm gospodarczy. Dlatego była zwalczana. I jest. W imię tych samych ideałów. Współczesny interwencjonizm to przecież unowocześniona wersja merkantylizmu. Podobnie jak stojąca za nimi dominująca teoria ekonomiczna. Państwo ingerujące we wszystko to przecież państwo absolutne. Co prawda współczesny „król” jest elekcyjny, ale jego władza jest jeszcze silniejsza niż Ludwika XIV. Przywileje stanowe zastąpiły przywileje polityczne i korporacyjne – ale zasada, że jedni mają lepiej kosztem innych pozostała. Z tym, że chłop pańszczyźniany pracował na rzecz pana dwa dni w tygodniu, a dziś młody pracownik pracuje trzy i pół!

Gdy państwo stawało się coraz bardziej omnipotentne jego krytycy postanowili się jakoś zorganizować i przypomnieć stare, dobre idee liberalne.

Nazwa „neoliberalizm” padła po raz pierwszy na słynnym seminarium zorganizowanym w 1938 roku w Paryżu przez intelektualnego celebrytę tamtych czasów, amerykańskiego dziennikarza Waltera Lippmanna. Grono seminarzystów było bardzo zróżnicowane. Do Paryża przybyli ekonomiści niemieccy (Wilhelm Ropke, Alexander Rustow), którzy uciekli z kraju przed Hitlerem. To oni już dekadę później będą kładli podwaliny pod koncepcję społecznej gospodarki rynkowej (inaczej ordoliberalizmu), na której oprze się powojenna koncepcja odbudowy Niemiec Zachodnich. U Lippmana nie brakowało też oczywiście Francuzów (Jacques Rueff i Raymond Aron). Byli również Austriacy: Ludwig von Mises i Friedrich von Hayek”. I byli Amerykanie – przed wszystkim Milton Friedman. Wiele ich łączyło, choć wiele też dzieliło. W latach 30. XX wieku uczeni z Wiednia (Ludwig von Mises i Friedrich Hayek) rozwinęli tezy swoich protoplasów z lat 70. XIX wieku – w szczególności Carla Mengera. Ekonomiści niemieccy przezwali ich – złośliwie – „Austriakami”. Dla podkreślenia „zaściankowości” ich teorii. W latach 30. i 40. XX wieku kształtował się też niemiecki ordoliberalizm. Wywodzi się on ze szkoły freiburskiej – czyli grupy uczonych skupionych wokół Waltera Euckena, który kierował katedrą ekonomii politycznej na uniwersytecie we Frieburgu. Żyjąc w państwie faszystowskim Eucken „przemycał” obronę wolnego rynku w swojej metodologii, ale dopuszczał działania państwa jako regulatora i obrońcy mechanizmów rynkowych. Ci liberałowie niemieccy, którzy przebywali na emigracji formułowali swoje poglądy bardziej radykalnie. Szczególnie Wilhelm Röpke. Jego książka Civitas Humana z 1944 roku była próbą połączenia liberalizmu i katolickiej nauki społecznej. To właśnie z niej można wywieść ideę społecznej gospodarki rynkowej. Röpke był „ostrożnym katastrofistą”. Podzielał obawy Spenglera o dążeniu kultury zachodniej do upadku, ale widział dla niej pewien ratunek. Zagrożenie wypływało ze sprzeniewierzenia się liberalnemu dziedzictwu, początek któremu dała Magna Charta Libertatum z 1215 roku. Racjonalizm i scjentyzm Rewolucji Francuskiej doprowadziły jednak do zastąpienia wolności indywidualnej siłą mas. Röpke nazwał to proletaryzacją. Uważał, że stanęliśmy przed alternatywą: albo wszyscy jej ulegniemy (gwałtownie – jak w Rosji, lub stopniowo – jak w wielu innych krajach) albo przekształcimy proletariuszy w posiadaczy. Powtórzył za encykliką „Quadragesimo Anno” Piusa XI wezwanie do „redemptio proletariorum” gdyż niezależność majątkowa jest nie tylko fundamentem wolności, ale i wszelkich cnót obywatelskich.

W obliczu Anschlussu Austrii Mises i Hayek wyjechali do Stanów Zjednoczonych biorąc na siebie ciężar walki o wolność w gospodarce. George Nash utrzymuje, że ich emigracja z Europy Środkowej była rozstrzygającym wydarzeniem w intelektualnej historii naszych czasów. Wydaną w roku 1949 książkę Mises'a Human Action Seymour E. Harris nazwał „Manifestem Kapitalistycznym”. Przed intelektualnym dorobkiem Misesa głowę pochylali także jego ideowi przeciwnicy. Zdaniem Oskara Lange, nawet „socjaliści powinni być wdzięczni profesorowi Misesowi, który w ich sprawie odegrał rolę advocatus diaboli. Wyzwaniem swoim zmusił ich bowiem do zrozumienia całej doniosłości zagadnienia rachunku ekonomicznego w gospodarce socjalistycznej/.../ W wielkiej hali Centralnego Urzędu Planowania w państwie socjalistycznym posąg profesora Misesa powinien stanąć jako dowód wdzięczności za wyświadczoną przez niego wielką przysługę /.../ Obawiam się tylko, że profesor Mises byłby niezbyt zachwycony tego rodzaju dowodem należnej mu słusznie wdzięczności”.

W kwietniu 1947 roku na zaproszenie Hayeka obrońcy wolności z różnych zakątków świata przybyli do małej wioski Mont Pelerin w Szwajcarii. Utworzyli tam, działające do dziś, stowarzyszenie którego celem było promowanie klasycznych zasad liberalnych. Byli wśród nich: Friedrich Hayek, Ludwik von Mises, Karl Popper, Bertrand de Jouvenel, George Stigler, Milton Friedman, Walter Eucken i Wilhelm Ropke, Ale, o zgrozo, w USA nazwano ich wszystkich... konserwatystami! Bo amerykańska lewica, nie chcąc się przyznać otwarcie do idei socjalistycznych, dokonywała wówczas próby zawłaszczenia terminu „liberalizm”. Propaganda była tak wielka, że w 1960 roku najpoczytniejsze swoje dzieło, „Konstytucję wolności”, Hayek musiał zakończyć rozdziałem zatytułowanym „Dlaczego nie jestem konserwatystą”.

Jakże inaczej od spotkania zwolenników wolności w szwajcarskiej wiosce wyglądała trzy lata wcześniejsza konferencja w Bretton Woods ustalająca nowy ład gospodarczy. To tam zjechali wszyscy „możni” tego świata. 730 delegatów z 44 krajów. Politycy, bankierzy i prezesi nielubianych przez Żakowskiego koncernów spijali jak miód słowa padające z ust Johna Keynesa, który obiecywał im, że już więcej kryzysów nie będzie, bo można ich zażegnać umiejętnie drukując pieniądze. To tam stworzono tę niezdrową, a jak się ostatnio okazało wręcz patologiczną, symbiozę między światem polityki i korporacji – szczególnie finansowych. W Mont Pelerin ich przedstawicieli nie było.

Jak ktoś się nie zna na architekturze to mu łatwo budowle neogotyckie pomylić z gotykiem. Bo nazwa zakłada podobieństwo. Między liberalizmem a neoliberalizmem są pewne różnice. Zależą w dużym stopniu od tego jak się ów mityczny neoliberalizm zdefiniuje. Ale są też podobieństwa, które muszą być, by można jakieś poglądy nazwać „neoliberalnymi”. Rozłożystej kopuły nie nazwiemy „neogotycką” Ale jak socjaliści „zajumali” nazwę liberalizm, to muszą zwalczać „neoliberalizm”.

 

twitterfacebookwykopKontakt e-mail
ZOBACZ STARSZE WPISY
NEWSLETTER

Podając swój adres e-mail, wyrażasz zgodę na otrzymywanie informacji od WEI.