BLOGI

Jerzy Marek Nowakowski

Kłopoty z Niepodległością

2018-01-25

Od ponad tygodnia zabieram się do pisania bloga, i wysłanie tekstu odkładam. Pierwszy odcinek tekstu zamieszczanego na stronach WEI powinien być poważny, dotykać tematów serio. Właściwie od paru miesięcy wiem o czym chciałbym napisać. Ale kwestia jest bardzo delikatna.

Mam oto kłopot z niepodległością. Rok 2018 został zaanonsowany jako czas uroczystych obchodów stulecia odzyskania niepodległości przez Polskę. Wspaniale, tylko obawiam się, że obchody pogłębią chorobliwe i szkodliwe uzależnienie naszego myślenia politycznego od problemu niepodległości.

Od końca XVIII wieku myśl polityczna Polaków skupiała się na problemie odzyskania niepodległości. Po roku 1918 wydawało się, że nareszcie – jak napisał Jan Lechoń – „możemy wiosną wiosnę, nie Polskę zobaczyć”. Wojna z bolszewikami, Powstania Śląskie, Rapallo i Locarno szybko nas z tego marzenia wyleczyły. Myśl polityczna czasów międzywojennych koncentrowała się wokół problemu utrzymania i utrwalenia niepodległości. Potem był pakt Ribbentrop-Mołotow, wojna, dwie okupacje, niesuwerenny PRL i rok 1989. Ponownie odzyskana niepodległość była wciąż zagrożona. Nasze dążenie do NATO i Unii Europejskiej znakomicie mieściło się w modelu „utrwalania” niepodległości. Kiedy Jerzy Giederoyć sarkał, że Polską wciąż rządzą trumny Piłsudskiego i Dmowskiego w istocie mówił o tym, że nasze myślenie pozostaje w niewoli pojęcia niepodległości.

U progu XXI wieku polska niepodległość jest solidniejsza i lepiej zabezpieczona niż kiedykolwiek od ponad 400 lat. Czy nie ma zagrożeń? Są, ale nie mogą pozostawać osią polskiego myślenia o polityce. Jeżeli będziemy nieustannie mówić o zagrożeniach niepodległości, to sami tego wilka wywołamy z lasu. Współczesna polityka międzynarodowa bardzo niechętnie operuje wielkimi kwantyfikatorami. Od dawna zamieniła się w politykę transakcyjną, której Polacy ani nie lubią, ani nie potrafią prowadzić.

Doskonale pamiętam, kiedy sobie to uświadomiłem. Późną wiosną 1999 roku, wkrótce po oficjalnym wejściu Polski do NATO towarzyszyłem premierowi Buzkowi podczas wizyty w Kopenhadze. Premier rozmowę z swoim duńskim odpowiednikiem zaczął tak, jak zwykle zaczynaliśmy podobne spotkania: „liczymy, ze Dania poprze nasze starania o członkostwo w Unii Europejskiej…”. I zazwyczaj otrzymywaliśmy – to był swego rodzaju program obowiązkowy – okrąglą odpowiedź, że tak, oczywiście itd. Tym razem było inaczej. Nasz interlokutor wysłuchawszy uprzejmie wstępu odpowiedział: „Polska jako ważny członek NATO może nam pomóc w tym, tym i tym, a my oczywiście zrobimy to i to w kwestii waszego członkostwa w Unii…”. Nagle obudziliśmy się w nowej rzeczywistości – polityki transakcji i gry interesów. Dodam - bywa, że interesików.

Obudziliśmy się, i budzimy się po dzień dzisiejszy. Głupio przecież zapisywać wśród celów politycznych półprocentową obniżkę taryf, czy obsadę konkretnych stanowisk w dyplomacji unijnej. Zamiast – niekoniecznie jawnego – harmonogramu działań wobec np. Ukrainy, wolimy kolejny raz ogłaszać jak ważna jest dla nas jej niepodległość.

Doskonałym przykładem niezrozumienia współczesnej polityki były polskie działania wobec projektu gazociągu „Nord Stream I”. Zamiast wynająć porządna firmę audytorską, która by obliczyła, że gaz z podmorskiego rurociągu będzie kosztował drożej niż z rozbudowanego Jamału, a następnie sfinansować masową kampanię medialną w Niemczech i Francji rozpowszechniającą informację (sygnowaną oczywiście przez niezależne źródła) że herr Schmidt zapłaci więcej za gaz, zrobiliśmy kampanię polityczną, iż Nord Stream to zamach na niepodległość Ukrainy, Polski i Bóg wie jeszcze kogo. Rzecz jasna na Zachodzie nikogo to nie obeszło i gazociąg został zbudowany.

Uwiąd polskiej myśli politycznej, wynikający z zafiksowaniu się na obronie/utrwalaniu niepodległości, prowadzi do tego, że nie mamy solidnych analiz pozwalających na formułowanie odpowiedzi wynikających z wyzwań współczesnego świata. Jednym tchem ogłaszamy, że nie chcemy dominacji największych państw unijnych i jednocześnie, że chcemy słabszej Komisji Europejskiej. Że to logicznie sprzeczne? Nieważne. Nie mówię już o tym, że nie mamy na własny użytek opisanej jakiejkolwiek strategicznej wizji świata. Czy lepiej dla Polski by Chiny umacniały się w roli supermocarstwa kosztem Rosji i USA czy wręcz odwrotnie? Poza emocjami i osobistymi opiniami poszczególnych polityków odpowiedzi nie mamy.

Lista kwestii wobec których Polska jako państwo nie ma opisanych i sprecyzowanych interesów jest dramatycznie długa. W rezultacie reagujemy wyłącznie na różnego rodzaju sytuacje kryzysowe, kiedy partnerzy zmuszają nas do zajęcia stanowiska, w sposób niespójny i wynikający zwykle z potrzeb bieżącego politycznego PR. Na dodatek w ostatnich latach klasa polityczna Polski zdaje się hołdować niezmiernie niebezpiecznej doktrynie, przenoszenia podziałów i sporów wewnętrznych na politykę zagraniczną. Jednym z istotniejszych atutów polskiej polityki lat dziewięćdziesiątych była dbałość o względny consensus klasy politycznej Polski dotyczący celów strategicznych państwa. To, że po wejściu do Unii Europejskiej uzyskaliśmy nieomal od razu status liczącego się państwa zawdzięczaliśmy w gruncie rzeczy postkomunistom. Nie dlatego, ze coś szczególnego zrobili, ale dlatego, że nie zrobili tego czego się po nich spodziewano. Większość partnerów zachodnich była zaskoczona, że po wyborczym zwycięstwie SLD polityka integracji z NATO i UE nie została zastąpiona zwrotem ku wschodowi. Środowiska opiniotwórcze Zachodu uwierzyły, że Polska rzeczywiście należy do Europy. A był to wynik pracowitego budowania zgody szeroko rozumianych elit opiniotwórczych co do celów polskiej polityki. Po wejściu do Unii w 2004 r. consensus zaczął się powoli rozsypywać. A od kilku lat słyszymy wręcz, że naturalne jest, iż różnice partyjne obejmują program polityki zagranicznej.

W istocie jest to podział wynikający właśnie z owego cienia rzucanego przez pojecie niepodległości. Ci, którzy brzydzą się polityką transakcyjną (zwąc ją małym handelkiem) uznają tylko walkę o niepodległość. A skoro ją mamy, to łatwo mylą niepodległość z mniemaną mocarstwowością. Bo „Polska może być tylko wielka albo żadna”. Z drugiej strony mamy zwolenników robienia drobnych interesików, i nie zajmowania stanowiska w żadnej istotnej sprawie „bo jesteśmy małym krajem”.

Kłopot w tym, ze nie jesteśmy ani mocarstwem ani małym krajem, nasza niepodległość nie jest ani granitowo pewna ani szczególnie zagrożona. Pierwszy raz od XVII wieku jesteśmy normalnym, średniego rozmiaru uczestnikiem gry międzynarodowej. Gry w której nie dyktujemy warunków, ale możemy na jej przebieg wpływać. A wpływ ten zależy od naszej sprawności, siły wewnętrznej i zdolności podporządkowania się regułom, które w społeczności międzynarodowej panują.

Przede wszystkim musimy jednak wiedzieć o co gramy. Zadaniem elit opinii i władzy jest sformułowanie polskich celów. Wyjście poza bermudzki trójkąt: niepodległość – suwerenność – sprawczość. I przemyślenie odpowiedzi: jakiej chcemy Rosji, jakiej Europy i jakich sposobów rozwiązywania problemów w skali globalnej. Nie, nie zdecydujemy o tym jakie będą, ale powinniśmy wiedzieć, czy poszczególne działania Polskę od jej celów oddalają czy przybliżają.

Jesteśmy członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ. A to oznacza, że będziemy musieli zajmować stanowisko wobec wszystkich zasadniczych problemów współczesnego świata. To dobra okazja do tego, by zamiast kombinowania, kogo by tu jeszcze podgryźć, spróbować wykorzystać cale posiadane zasoby intelektualne do zbudowania strategii polskiej na najbliższą dekadę. Jeśli tego nie zrobimy, zajmując się wyłącznie domniemanym umacnianiem niepodległości, będziemy mogli raczej szybciej niż później powtórzyć za Winstonem Churchillem: „naród [Polacy] gotów do wielkiego heroicznego wysiłku, uzdolniony, waleczny, ujmujący powtarza zastarzałe błędy w każdym prawie przejawie swoich rządów”.

twitterfacebookwykopKontakt e-mail
ZOBACZ STARSZE WPISY
NEWSLETTER

Podając swój adres e-mail, wyrażasz zgodę na otrzymywanie informacji od WEI.

NASI BLOGERZY