BLOGI

Przedsiębiorca, specjalista do spraw komunikacji, laureat wielu nagród za kampanie PR i marketingowe. Mieszkał we Francji. Izraelu i USA. W latach 90. dziennikarz "Życia" TVP i szef redakcji sieci Radia Plus. Szef gabinetu ministra finansów, przez wiele lat dyrektor Biura Komunikacji w Polkomtel. Autor "Brzytwy Ockhama" - powieści nominowanej do Literackiej Nagrody Europy Środkowej "Angelus".

POZOSTAŁE WPISY AUTORA

Dariusz Matuszak

Koniec świata politruków

2017-01-24

We wszystkich rozważaniach o prezydenturze Trumpa pomijany jest jeden bardzo ważny aspekt. Pisze się globalnych sojuszach i zbliżeniu z Rosją, o NATO i niepewności co do jego przyszłego kształtu, polityce gospodarczej i wojnie handlowej z Chinami, o wszystkich tych wielkich i strategicznych sprawach, tak wielkich, że aż strach się bać. Tymczasem (przynajmniej wg mnie) jednym z najważniejszych aspektów prezydentury Trumpa będzie jej ludowość szyderczo zwana populizmem i zmiany kulturowe jakie przyniesie. Ewentualny sukces prezydentury Trumpa oznaczać będzie koniec politycznej poprawności, którą dla naszych potrzeb nazwiemy polityczną paranoicznością.

Ameryka jest wielka i potężna, więc zaraźliwa. Kształtuje trendy, mody, obyczaje, język, znaczenie pojęć.  Jeśli więc jakaś pani w USA wymyśli tańczenie w obronie praw kobiet, to za chwilę pląsa cały świat. Jeśli w amerykańskich miastach odbędzie się "marsz szmat", czy tam ścierek, to już niedługo panie na całym globie nadają sobie wdzięczne miano szmaty i ganiają po ulicach z gołym, ewentualnie obklejonym taśmą samoprzylepną biustem. Jeśli w Ameryce słowo murzyn uzna się za niesłuszne, to w Polsce znika wierszyk Tuwima "Murzynek Bambo". Jeśli w USA prowadzi się akcję afirmującą mniejszości etniczne, to nasi recenzenci krytykują grę komputerową "Wiedźmin" zarzucając jej zbyt wiele elementów słowiańskich, brak różnorodności kulturowej, a wśród bohaterów nieobecność np. tych...no....hm... eureka: AfroSłowian.

Już w sobotę media z oburzeniem informowały o nagłym zniknięciu ze stron internetowych Białego Domu podstron o globalnym ociepleniu, prawach kobiet, społeczności LGBTRTVAGD itd. sugerując wycinkę, czyli cenzurę. Otóż strony internetowe Białego Domu znikają zawsze, gdy wprowadza się do niego nowy gospodarz, a na to miejsce zawieszane są nowe. Podobnie nagle ze ścian znikają zdjęcia , dyplomy i poroże jeśli je sobie jakiś prezydent powiesił. Niezależnie od przekłamań mediów, rzecz jest dość symptomatyczna. Stronę o globalnym ociepleniu zastąpiła ta, o polityce energetycznej. To dość dobrze ilustruje priorytety nowej administracji. W swym inauguracyjnym przemówieniu Trump mówił o terroryzmie radykalnego islamu. To pojęcie przez 8 lat nie pojawiło się u Obamy, czy u Clinton.

Sukces Trumpa będzie oznaczał przywrócenie pojęciom ich właściwego znaczenia, odejście od języka zakłamującego rzeczywistość, koniec prymatu ideologii nad zdrowym rozsądkiem. To oczywiście przełoży się też w konsekwencji na wielką politykę, na globalne zmiany. Symboliczna jest tu kwestia budowy muru na granicy z Meksykiem. Trump brutalnie zakwestionował chore ideologiczne paradygmaty i obwieścił światu: tak, suwerenne państwo ma prawo chronić swe granice wszelkimi dostępnymi metodami. Media oczywiście zawyły z oburzenia zarzucając Trumpowi rasizm, ksenofobię i rozczuliły się nad losem nielegalów. Tymczasem na granicy Meksyku już taki mur jest. Ciągnie się na południowej granicy odzielając Meksyk od Gwatemali i Belize. 100 milionów Meksykanów to rasiści i ksenofoby. Obama zaś w ramach obrony granic stawiał tablice ostrzegające przed grasującymi na kresach zbójami. Tak jakby nie przeszkadzały mu pobudowane 70 kilometrów w głąb terytorium USA bazy militarne meksykańskich karteli, ani 600 tys. tylko w samym Teksasie przestępstw popełnionych za jego kadencji przez nielegalnych imigrantów.

Trump jest brutalny, grubiański, ale obnaża polityczną paranoiczność i przywraca normalnym obywatelom wiarę w zdrowy rozsądek. Demaskuje świat, w którym przebranie się na bal za Meksykanina, albo Chińczyka traktowane jest jako rasistowski występek. To świat w którym poddanie w wątpliwość prawa homoseksualnych par do adopcji dzieci kończy karierę w mediach, showbiznesie, czy w ogóle w biznesie. O tym przekonał się nawet szef Mozilli Brendan Eich, usunięty ze stanowiska, dlatego, iż lata wcześniej ośmielił się wesprzeć finansowo organizację prawniczą toczącą w Kalifornii spór dotyczący małżeństw jednopłciowych.  To świat, w którym facet może stracić pracę za rzuconą koleżance uwagę o jej fajnych butach. 

Senator Elizabeth Warren, zawzięta oponentka, twierdzi że w jej żyłach płynie krew Irokezów - całe 4%. Te 4% indiańskiej krwi dały pani senator w ramach polityki afirmacji mniejszośc, przywileje (coś jak kiedyś u nas punkty za pochodzenie) i pozwoliły objąć posadę na uniwersytecie z gażą 400 tys dolarów rocznie. Trump szydzi z niej, nazywa ją Pocahontas, a jednocześnie rozpoczyna dyskusję o systemie, który nazywany wyrównywaniem szans daje preferencje np dzieciom Obamy, albo byłego czarnoskórego sekretarza obrony Powella. Na przesłuchaniu w Senacie generał Korpusu Marines James Mattis (pseudonim "wściekły pies") jako kandydat na szefa obrony wypytany jest o to, jaką politykę będzie prowadził wobec mniejszości seksualnych. Ten odpowiada, że nie obchodzi go kto z kim sypia, byleby potrafił spuścić lanie przeciwnikowi. W pierwszym dniu urzędowania Trump podpisuje rozporządzenie wstrzymujące wszelką pomoc finansową amerykańskiego rządu dla organizacji zajmujących się lansowaniem aborcji.

Tysiące takich drobnych zdarzeń i postaw przekłada się na świadomość ogółu. Jeśli dziś Trump kwestionuje konstrukcję i zadania NATO, to m.in z powodu takich przesiąkniętych polityczną paranoicznością postaw zachodnich społeczeństw. Dlaczego niby USA miałyby chronić w ramach NATO Niemcy, czy Francję, skoro 70% obywateli tych państw deklaruje, iż w razie napaści nie będzie bronić swej ojczyzny. To ci obywatele wybierają tych, którzy głosują nad przyjęciem budżetu wojskowego.

Protesty będą się ciągnęły za Trumpem jak kopciuch za starym Oplem dieslem Na całym świecie odbywać się będą demonstracje, demolki i tańce potępienia. I to nie z powodu jego polityki zagranicznej, czy gospodarczej, tylko właśnie z powodu zaburzenia ładu w politpoprawnym świecie. Świat postępującego postępu, nieustającej walki o jeszcze równiejszą równość, kolorowych marszów, multikultipulti i różowych czapeczek wreszcie trafił na twardych przeciwników. W Waszyngtonie na przyjęciu z okazji inauguracji prezydentury Nigel Farage, człowiek, który doprowadził do Brexitu w swym wystąpieniu obwieścił początek światowej kontrrewolucji oraz powrót rządów ludu i zdrowego rozsądku. I tego się trzymajmy.

twitterfacebookwykopKontakt e-mail
ZOBACZ STARSZE WPISY
NEWSLETTER

Podając swój adres e-mail, wyrażasz zgodę na otrzymywanie informacji od WEI.

NASI BLOGERZY