BLOGI

Publicysta tygodnika „Do Rzeczy”, felietonista „SuperExpressu” i współpracownik Polskiego Radia 24. Pracę dziennikarską zaczynał w „Życiu”. Przez 10 lat jako komentator był związany z dziennikiem „Fakt”, następnie z tygodnikiem „W Sieci” i portalem wPolityce.pl. Prowadzi programy „Szukając Dziury w Całym” i „Wróżenie z Faktów” na antenie Polskiego Radia 24. Autor wywiadów rzek: z Radosławem Sikorskim „Strefa zdekomunizowana” i ze śp. Lechem Kaczyńskim „Ostatni wywiad” oraz cyklu rozmów z analitykami Ośrodka Studiów Wschodnich „Między Berlinem a Pekinem”. Członek Ruchu Obywatelskiego Miłośników Broni. Drugie hobby to muzyka klasyczna, przede wszystkim barokowa.

POZOSTAŁE WPISY AUTORA

Łukasz Warzecha

Konstytucja wolności. Antyutopia

2018-03-13

Stefana obudził rześki głos spikera: „Halo halo! Tu Warszawa! Mamy piękny sobotni, wrześniowy poranek, początek weekendu!”. Natarczywy głos spikera był trudny do zniesienia, ale nie dało się go ściszyć ani wyłączyć. Cztery lata wcześniej rządząca Narodowa Partia Dobrej Zmiany (NPDZ) orzekła, że byłoby dobrze, gdyby obywatele byli od rana poinformowani o ważnych dla narodu sprawach i wprowadzono obowiązek posiadania w domu specjalnego odbiornika, uruchamianego centralnie.

„Tylko rzetelnie poinformowany przez stuprocentowo polskie media naród będzie w stanie podejmować mądre decyzje, także wyborcze” – perorował wtedy z sejmowej trybuny minister kultury. – „To nie jest, wbrew kłamliwemu jazgotowi bezsilnej opozycji, krępowanie wolności, ale przeciwnie – jej wzmacnianie dzięki dostępowi do informacji od samego rana!”.

Spiker przemawiał dalej:

– Przypominam państwu, że zgodnie z zeszłorocznym dekretem Narodowej Rady Dobrobytu i Szczęścia sklepy są dziś otwarte jedynie do południa. Jeśli chcą państwo zrobić zakupy, trzeba się pospieszyć, bo przecież ponownie zostaną otwarte dopiero w poniedziałek o 15, a i to tylko na trzy godziny. Ale pamiętajmy – tu ton spikera stał się z lekka patetyczny – że dobro człowieka pracy, zatrudnionego w Narodowym Koncernie Handlowym, jest dobrem najwyższym! A jeśli chcą państwo zrobić zakupy poza koncernem, to zawsze można pójść do prywaciarza, o ile jakiś się jeszcze gdzieś ostał. – Słowo „prywaciarz” spiker wypowiedział tak, jakby spluwał.

Stefan narzucił na odbiornik leżącą obok łóżka koszulę, co trochę wytłumiło spikera. Ale tylko trochę.

– Przypominam również – ciągnął spiker – o obowiązkowym programie zdrowotnym. Jeśli jeszcze nie wyrobili państwo obligatoryjnej normy dziesięciu kilometrów ruchu w tygodniu, czas założyć na rękę identyfikator osobisty i to zrobić. Narodowa Inspekcja Zdrowotna nie jest pobłażliwa, a mandaty są wysokie i proporcjonalne do majątku!

Wzrok Stefana mimo woli padł na numer prorządowego „Tygodnika Wielkiej Polski” sprzed dekady, leżący na dole sterty gazet w rogu pokoju. Z okładki spoglądał ówczesny minister sportu i dobrostanu narodu. Stefan dobrze pamiętał wstępniak naczelnego:

„Postkomunizm umiera powoli i w męczarniach. Nie chce odejść. Postkomunizm w III RP wyrodził się w obłędny, szkodliwy konsumpcjonizm, prowadzący do moralnej zgnilizny i trwonienia przez społeczeństwo drogocennych zasobów. Dobra zmiana zahamowała szczęśliwie ten trend. Milowym kamieniem tych zmian było wprowadzenie wynagrodzenia maksymalnego poprzez stuprocentowe opodatkowanie dochodów powyżej określonej granicy. Było to odważne posunięcie, mające na celu likwidację potężnych różnic społecznych, mających źródło w resortowych koneksjach, układach i w postkolonialnej eksploatacji naszej Ojczyzny przez wrogie, liberalne siły.

Dziś mamy szansę zrobić kolejny krok na drodze od postkomunizmu do narodowej pomyślności. Wprowadzona właśnie pod obrady Sejmu Ustawa o Narodowym Programie Zdrowia zobliguje każdego obywatela do wykonania określonej normy ćwiczeń. I bardzo dobrze!

Oczywiście, za chwilę odezwą się różni rechociarze, twierdząc, że to powrót do socjalizmu, a może nawet ograniczenie wolności. Nie należy na nich zwracać uwagi! Wystarczy spojrzeć na statystyki i zobaczyć, jak chorowici są Polacy. Nowa ustawa ma szansę poprawić nasze zdrowie, a więc także zmniejszyć finansowe obciążenie służby zdrowia.

Ja sam z radością będę cieszył się ćwiczeniami wraz z rodziną, gdy tylko regulacja wejdzie w życie”.

Stefan pamiętał też internetową burzę, jaka się wtedy rozpętała – był to czas, gdy nie istniała jeszcze Narodowa Rada Prawdy, której działalność praktycznie sparaliżowała potem oficjalny internet. Względna swoboda istniała jeszcze tylko w darknecie, o ile miało się nielegalne połączenie z siecią.

Przedstawiciele większości, wspierającej Narodową Partię Dobrej Zmiany, przypuścili wówczas zmasowany atak na protestujących przeciwko nowemu prawu.

„A co, za gruby jesteś i nie dasz rady się trochę poruszać?”, „Dziękuję rządowi za to, że mnie w końcu zmotywował. Od dawna chciałam ćwiczyć, ale nie chciało mi się za to zabrać. Teraz mam impuls”, „Wiadomo, niemieccy agenci nie chcą, żeby Polacy byli zdrowi, bo chory naród łatwiej opanować”, „Wielkie mi coś, nie dacie rady wygospodarować dziesięciu godzin w tygodniu?”, „Ja będę ćwiczyć dla Polski, a kto nie chce, niech płaci” – tego typu głosy były w sieci standardem.

Później w zasadzie całkowicie ją zdominowały. Narodowa Rada Prawdy, powołana rok po wprowadzeniu programu ćwiczeń, szybko się rozrastała. Zatrudniająca 25 tysięcy pracowników, w tym 5 tysięcy w brygadach interwencyjnych, rozlokowanych po całym kraju, dysponowała potężnymi serwerami, przesiewającymi internet w poszukiwaniu fejkniusów. Działała bowiem w oparciu o „Ustawę o walce z fałszywymi wiadomościami, naruszającymi dobro Narodu Polskiego”.

Stefan przypomniał sobie popołudnie kilka lat wcześniej, gdy istniał jeszcze tygodnik, w którym pracował. Helikoptery, syreny, zamaskowani funkcjonariusze NRP, wpadający do redakcji i natychmiast wstrzymujący jej pracę. Zarekwirowane komputery, notatki, telefony komórkowe i natychmiastowy sądowy nakaz zawieszenia działalności pisma, nigdy nie odwieszony.

Wszystko z powodu opublikowania w sieci tekstu o prezesie NRP, a dokładnie o jego oszałamiającej willi na przedmieściach Warszawy, wybudowanej nie wiadomo, za co. Okazało się niestety, że willa owszem, była, ale podany w tekście numer ulicy zawierał czeski błąd: miało być 14, było 41. To wystarczyło, aby Narodowy Trybunał Obywatelski uznał tekst za fejkniusa.

Gdy dziennikarze wskazywali na ewidentny konflikt interesów – prezes NRP załatwiał przecież poniekąd własną sprawę – wspomniany już naczelny wspomnianego prorządowego „Tygodnika Wielkiej Polski” pisał: „Czy prezesowi NRP można odmówić praw obywatelskich? Dlaczego w sprawie ewidentnych fejkniusów, kalumnii na jego temat, rada miałaby być bierna? Ustawa o walce z fejkniusami to niewątpliwe, ogromne osiągnięcie dobrej zmiany, z którego nie wolno nam rezygnować w imię wyimaginowanych korzyści z tak zwanej wolności słowa!”.

Stefan pamiętał też telewizyjne wystąpienie prezesa. Krzepki mężczyzna o nieco kwadratowej twarzy o aroganckim wyrazie, autor ustawy, która stanowiła podstawę działania NRP, był znany z agresywności i nieco niekonwencjonalnych zachowań. Wtedy mówił:

– Jakim prawem te pseudodziennikarskie buce, te hieny, bez wątpienia chodzące na pasku zagranicznego kapitału, śmią kwestionować moją uczciwość, uczciwość polityka, ciężko pracującego dla Polski? Doigrali się, proszę państwa! Nie będą nam tu mydlić oczu żadną wolnością słowa, co to, to nie! Skończyły się czasy jakichś tam wolności, a tak naprawdę wolnej amerykanki. Tu jest Polska! Pytałem mojej Agi, co mam z nimi zrobić. Powiedziała: „Dałeś im szansę, nie skorzystali, załatw ich!”.

Po wystąpieniu prezesa w internecie zaroiło się od wpisów zachwyconych sympatyków NPDZ: „Brawo, prezes! Tak z nimi trzeba robić, niemieckimi pachołkami!”, „Dość tych bredni o wolności słowa, kto pisze prawdę, nie ma się czego bać!”, „Zrobić porządek z antypolskimi mediami raz na zawsze!”, „Dla mnie prezes może mieć nawet dziesięć willi, w tym pięć nad Morzem Śródziemnym, za tę wspaniałą pracę dla Polski, jaką wykonuje”.

Stefan zerknął na zegar, wiszący na ścianie: wpół do dwunastej. W lodówce pustki, a wieczorem miała wpaść Nina. Niech to szlag! I tak już nie zdąży do sklepu. Najbliższy był – zgodnie z normą, określającą liczbę sklepów na liczbę mieszkańców oraz odległość placówek handlu od siebie – sześć kilometrów dalej. Będzie musiał zaryzykować i spróbować dostać się do Galerii Dworcowej, teoretycznie obsługującej w tym czasie tylko podróżnych. Było to jedyne miejsce w stolicy, gdzie – przy odrobinie odwagi i kombinowania – dawało się zrobić zakupy w czasie Narodowych Dni Bez Handlu, czyli od soboty od 12 do poniedziałku do 15.

Stefan zwlókł się z łóżka, umył, założył identyfikator osobisty z nadzieją, że z brakujących wciąż do zaliczenia normy pięciu kilometrów marszu uda mu się zrobić może choć jeden, i wyszedł z domu.

Przez moment zastanawiał się, komu przypada dziś polski elektryczny samochód „Łupaszka”. Może jemu? Był jeden na całą klatkę. Po pierwsze dlatego, że był to towar deficytowy, po drugie – bo większej liczby nie obsłużyłaby zdegenerowana sieć, po trzecie – bo więcej prądu to większe zanieczyszczenie powietrza, po czwarte – bo w ramach Narodowego Programu „Miasto dla ludzi, nie dla samochodów” drastycznie ograniczono liczbę aut w kraju, wprowadzając zarazem Narodowy Program Car-Sharingu. Samochody indywidualne przysługiwały już tylko pracownikom administracji, posłom, członkom rządu. Oczywiście elektryczne, bo używania spalinowych zabroniono ponad dekadę temu.

Niestety, dziś samochód przypadał sąsiadowi. Stefan pomyślał, że może to i lepiej. Na stację nie miał daleko, a pociągiem podjedzie prosto do Galerii Dworcowej.

Droga zajęła jakieś pół godziny. Na ekranach, zamontowanych w pociągu Kolei Narodowych Polskich, pokazywano akurat publicystyczny program Informacyjnej Telewizji Narodowej „Otwarta Debata”. Prowadziła go bardzo popularna dziennikarka o urodzie lalki. Gości było trzech: publicysta „Tygodnika Wielkiej Polski”, komentatorka „Gazety Naszej Ojczyzny” i publicysta tygodnika „Wolność”. To ostatnie pismo jakimś cudem jeszcze się ukazywało. Może dzięki temu, że było powiązane z Partią Wolności, mającą w Sejmie wciąż 20 posłów, a więc z oficjalną opozycją. Stefan słuchał jednym uchem. Wiedział z góry, jak przebiegnie dyskusja.

– …czyli trzeba przyznać, że Narodowy Program Antynikotynowy i pomysł kartek na papierosy jest po prostu świetny? – nagabywała prowadząca.

– To znakomity pomysł – entuzjazmował się dziennikarz „Tygodnika Wielkiej Polski”. – Wspaniały polski naród dotąd tkwił w szponach nałogu, narzucanego…

– …przez zagranicznych kapitalistów – podjęła ochoczo pani z „Gazety Naszej Ojczyzny” – którzy w ten sposób zarabiali, mówiąc wprost, na otruwaniu Polaków, wyprowadzając zyski za granicę!

– Momencik – zaoponował publicysta „Wolności”. – Nikt nie wyprowadzał zysków za granicę, od lat to jest niemożliwe. Reforma podatkowa z dwa tysiące…

– A panu to który koncern płaci? – spytała nagle z niewinną miną prowadząca program i założyła jedną długą nogę na drugą.

– Słucham? – zająknął się człowiek z „Wolności”.

– Który? – pytała dziennikarka, mrugając uwodzicielsko powiekami z długimi rzęsami. – Przecież to niemożliwe, żeby wspierał pan zagranicznych kapitalistów tak bezinteresownie.

– Chyba że jest pan głupi – dorzuciła pani z „Gazety”.

Stefan wysiadł.

Sprawa nie była teraz prosta. Prawo do zakupów przysługiwało podróżującym na odległość większą niż 100 kilometrów, z ważnym biletem. Bilet trzeba było potem skasować w pociągu przy wsiadaniu i na stacji, gdzie się wysiadało – cały proces był poddany ścisłej kontroli. Ale Stefan miał to opracowane. Owszem, trzeba było do zakupów dołożyć cenę biletu do Radomia, ale trudno.

Bilet na pociąg, odchodzący za 40 minut, kupił w automacie. Z biletem poszedł w stronę drzwi Galerii Dworcowej. Tam zatrzymał go patrol Straży Ochrony Kolei Narodowej. Sprawdzili dokumenty, obejrzeli bilet, za pomocą przenośnego terminala zweryfikowali jego podróże zagraniczne z ostatnich pięciu lat, stan konta i ostatnie połączenia przez komórkę. Nie było się do czego przyczepić.

Stefan pamiętał, jak w Sejmie decydowano o przyznaniu tych uprawnień SOKN. Jedną ustawą wyposażono w nie wówczas jedenaście służb, w tym Straż Lasów Narodowych i Ochotniczą Inspekcję Narodowych Związków Zawodowych. „Uczciwi nie mają się czego bać!” – grzmiał wówczas z trybuny minister spraw wewnętrznych.

I właśnie patrol Ochotniczej Inspekcji Narodowych Związków Zawodowych stał przy drzwiach do sklepu. Trzech drabów o ponurym wyglądzie w mundurach, stylizowanych na kufajki, spode łba lustrowało przechodzących. Stefan obawiał się, że jeśli postanowią go przetrzepać, może się spóźnić na pociąg, ale na szczęście zajęli się jakimś nieszczęsnym nastolatkiem. Prawdopodobnie ich uwagę zwróciło to, że na koszulce miał czarno-białe zdjęcie Kisielewskiego z wywalonym językiem. Kisielewski w zbuntowanych kręgach młodzieży przeżywał właśnie renesans i nawet tłuki z inspekcji musiały coś kojarzyć.

Stefan zrobił podstawowe zakupy, okazując przy kasie bilet, który został oczywiście zweryfikowany. Wszystko, co kupił, wepchnął do plecaka. Zresztą jednorazowe torby za sprawą opłaty ekologicznej kosztowały już tyle, co butelka dobrego francuskiego wina, dostępnego – podobnie jak inne alkohole – jedynie w placówkach Narodowego Monopolu Alkoholowego, czynnych w środy od 12 do 15. Stefan szczęśliwie miał jedną zachomikowaną butelkę australijskiego merlota w domu, której podczas ostatniej rewizji nie wykryli inspektorzy z Narodowej Inspekcji Antyalkoholowej. Nie miał na nią pozwolenia.

Pozostawało upozorować, że dotarł do Radomia. Ale to też miał przećwiczone. Wsiadłszy do pociągu skasował bilet w elektronicznym kasowniku i poszedł na koniec składu, gdzie zwykle można było znaleźć pomocnego pana Zenka, Władka czy innego Waldka. Tym razem zobaczył starego znajomego – pana Wieśka. Nieco zapuszczonego – lat z sześćdziesiąt, siwa broda, ale dobrze przycięta, ubranie pamiętające lepszy czas, ale też prezentujące staromodny szyk. Wszystko nonszalanckie, ale nie na tyle, aby zainteresowała się nim SOKN.

– Dzień dobry, panie Wiesiu – powiedział cicho Stefan. – Potrzebuję to co zawsze: hamulec wie pan, gdzie, a bilecik skasować przy wyjściu w Radomiu. Da się zrobić?

– Co się ma nie dać? – odrzekł pan Wiesio. – Pan wie, że ja pana lubię. Pamiętam, jak pan próbował jakoś ludzi otrzeźwić, póki jeszcze była szansa. Co pan pisał… Ech… – machnął ręką. – Jak dla pana… – podał cenę. Niemal tyle, co za sam bilet, ale ryzyko, które podejmował pan Wiesio, kosztowało.

Gdy pociąg dojeżdżał do podmiejskiej stacji, niedaleko której mieszkał Stefan, pan Wiesio zrobił swoje czary. Stefan nigdy nie wnikał, jak on i jemu podobni to robią. Podejrzewał, że muszą mieć jakiś układ z kolejarzami. Oto bowiem pociąg gwałtownie zwolnił, a drzwi, obok których stał Stefan, dziwnie syknęły. Teraz wystarczyło je rozchylić rękoma i wyskoczyć. Szczęśliwie funkcjonariusz SOKN jechał na początku pociągu. Też zresztą pewnie brał swoją dolę.

Stefan dotarł do domu. Do przyjścia Niny miał jeszcze sporo czasu. Otworzył szafkę pod zlewem, sięgnął głęboko, odsunął kawałek dykty, zasłaniającej wnękę w ścianie i wyciągnął książkę, którą miał zamiar poczytać. Siadł w fotelu i przez moment głaskał podniszczoną okładkę. Książka miała już w końcu 40 lat i od tego czasu żadnego nowego wydania po polsku. Na okładce napisane było: Friedrich August von Hayek, „Konstytucja wolności”.

twitterfacebookwykopKontakt e-mail
ZOBACZ STARSZE WPISY
NEWSLETTER

Podając swój adres e-mail, wyrażasz zgodę na otrzymywanie informacji od WEI.

NASI BLOGERZY