BLOGI

Publicysta tygodnika „Do Rzeczy”, felietonista „SuperExpressu” i współpracownik Polskiego Radia 24. Pracę dziennikarską zaczynał w „Życiu”. Przez 10 lat jako komentator był związany z dziennikiem „Fakt”, następnie z tygodnikiem „W Sieci” i portalem wPolityce.pl. Prowadzi programy „Szukając Dziury w Całym” i „Wróżenie z Faktów” na antenie Polskiego Radia 24. Autor wywiadów rzek: z Radosławem Sikorskim „Strefa zdekomunizowana” i ze śp. Lechem Kaczyńskim „Ostatni wywiad” oraz cyklu rozmów z analitykami Ośrodka Studiów Wschodnich „Między Berlinem a Pekinem”. Członek Ruchu Obywatelskiego Miłośników Broni. Drugie hobby to muzyka klasyczna, przede wszystkim barokowa.

POZOSTAŁE WPISY AUTORA

Łukasz Warzecha

Kto następny do odstrzału po branży futrzarskiej?

2018-01-23

Europosłowie PiS zorganizowali w Parlamencie Europejskim wystawę „Odeślijmy futra do historii”, mającą – jak można rozumieć – nakłonić europosłów do przyjęcia rozwiązań prawnych, kasujących tę branżę rolnictwa na poziomie UE (co uderzyłoby nie tylko w Polaków, ale też w Duńczyków czy Holendrów). Organizatorzy wystawy to Zdzisław Krasnodębski, Ryszard Legutko, Jadwiga Wiśniewska, Zbigniew Kuźmiuk i Stanisław Ożóg. W otwarciu wzięli też udział wicemarszałek Sejmu Beata Mazurek oraz pomysłodawca wpisania zakazu do nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt, Krzysztof Czabański. Przesłanie wideo przekazał Jarosław Kaczyński. „Żeby cierpienia zwierząt było mniej” – stwierdził prezes PiS, który nigdy nie odwiedził żadnej fermy.

Postaram się powściągnąć złośliwość i poprzestanę na stwierdzeniu, że jeżeli PiS oskarżał opozycję o polityczną Targowicę na forum UE, to teraz sam – idąc tą logiką – może zostać oskarżony o Targowicę gospodarczą. Nawet jeśli bowiem zakaz miałby się pojawić na poziomie całej UE, to nie zmniejsza to w niczym strat dla polskich hodowców i gospodarki ani nie złagodzi skutków w postaci wzrostu cen drobiu. (Hodowcy drobiu sprzedają hodowcom zwierząt futerkowych resztki, zmniejszając swoje koszty. Jeśli wejdzie w życie zakaz hodowli na futra, drobiarze nie tylko na resztkach nie zarobią, ale przeciwnie – będą musieli opłacić ich utylizację, a to akurat gałąź usług opanowana przez niemieckie firmy. Te z kolei, znalazłszy się w uprzywilejowanej pozycji, niechybnie podniosą ceny tych usług. Skutki łatwo przewidzieć, o ile ktoś ma podstawowe pojęcie o gospodarce.)

Ogromnym rozczarowaniem jest obecność wśród organizatorów wystawy prof. Legutki, który za starych czasów w swoich tekstach bezlitośnie demaskował lewicowy paradygmat, którego częścią jest agresywny ekologizm oraz posuwającą się coraz dalej antropomorfizacja zwierząt. Wyrazem tego jest już samo mówienie o „prawach” zwierząt. Teraz z jakichś niepojętych powodów krakowski tłumacz dzieł Platona staje ręka w rękę z organizacjami, działającymi według krytykowanego kiedyś przez niego paradygmatu. Zadziwiające i smutne.

Wiele wskazuje na to, że zakaz zostanie w Polsce wprowadzony. Mało tego – o czym wie niewiele osób, obejmie on zapewne także bardzo dobrze się w Polsce mający ubój rytualny, raz już uratowany przed wygaszeniem przez Trybunał Konstytucyjny. Ustawa zawiera bowiem zapisy, które wykluczą prowadzenie uboju rytualnego na eksport, a to właśnie jest siłą tej branży w naszym kraju. Trudno jednak spodziewać się, aby TK w jego obecnej całkowicie dyspozycyjnej postaci skasował którykolwiek z pomysłów PiS, w szczególności mający osobiste poparcie prezesa.

Problem w tym, że w takich kwestiach mamy zawsze do czynienia z równią pochyłą – to typowe działanie lewicy, które można było obserwować np. w kwestii praw mniejszości seksualnych. Już dziś organizacje ekologów napomykają o kolejnych gałęziach hodowli, które należałoby ocenzurować. Dlatego warto wskazać metodycznie, do jakiego stopnia fałszywa jest argumentacja, którą posługują się zwolennicy zakazu, a która może zostać użyta w kolejnych podobnych sytuacjach.

Korzyści ekonomiczne. Wokół kwestii liczby zatrudnionych i kooperujących z przemysłem futrzarskim osób, odprowadzanych podatków i korzyści dla innych branż trwa spór. Pozostawmy go jednak na boku, ponieważ tok myślenia zwolenników zakazu – jeśli hodowle zatrudniają mało osób, a wpływy z podatków są niewielkie, to można zamykać – jest od początku całkowicie fałszywy. Gdyby prawo do działania danej branży oceniać według tych kryteriów – niech będzie, że w koniunkcji z jakimiś kontrowersjami i uciążliwościami dla otoczenia – zagrożonych byłoby multum mniejszych biznesów. Właściwie zresztą nie wiadomo, od jakiej wielkości zatrudnienia lub wpływów atakujący biznes futrzarski uznaliby, że kasować go jednak nie wolno.

To postawienie sprawy na głowie. Biznes może zatrudniać w skali kraju choćby tysiąc osób i przynosić budżetowi ledwo sto tysięcy rocznie – to nie jest powodem, aby administracyjnie decydować o jego skasowaniu.

Cierpienie zwierząt. Do dziś nikt nie jest w stanie wyjaśnić przekonująco, dlaczego rzekome cierpienie zwierząt futerkowych zostało wyróżnione. Zwierzęta są wykorzystywane przez człowieka na futro czy jako jedzenie od tysięcy lat. Żadna masowa hodowla – czy to norek, czy świń, czy krów, czy kur – nie jest dla nienawykłego mieszczucha przyjemnym widokiem, ale taki jest charakter przemysłowych hodowli. Chyba że chcielibyśmy wrócić do rolnictwa wyłącznie na małą skalę, co wydaje się ideałem ekologów, ale oznaczałoby wzrost cen żywności o minimum kilkaset procent.

Nawiasem mówiąc, w przeciwieństwie do większości organizatorów wystawy, ja fermę norek odwiedziłem. Spodziewałem się scen wystawiających na próbę moją odporność, ale niczego takie nie dostrzegłem. A była to hodowla naprawdę duża (kilkadziesiąt tysięcy zwierząt), a więc nikt nie byłby w stanie przygotować jej specjalnie dla mnie. Co ciekawe, przykry zapach był odczuwalny jedynie przy samym ogrodzeniu. Nie odnalazłbym tego ogromnego zakładu na węch.

Można oczywiście powiedzieć: jeśli można zmniejszyć cierpienie zwierząt w jednej sferze, to trzeba to zrobić. To jednak bardzo niebezpieczne myślenie, bo nie ma tu żadnej wyraźnej granicy. Jeżeli uznamy, że zwierzęta hodowane w ramach jednej branży cierpią tak bardzo, że uzasadnia to skasowanie całej dziedziny rolnictwa, to nie ma żadnego powodu, aby w kolejnym kroku nie użyć tego argumentu w innej sprawie. I tak zapewne będzie. Nie ma też żadnego logicznego powodu, aby uznać, że norki czy lisy „cierpią” bardziej niż świnie czy kury.

Tu wchodzimy na grunt filozoficzny. Nie bez powodu wspomniałem na początku o moim rozczarowaniu postawą prof. Legutki. Krakowski intelektualista jak mało kto powinien rozumieć, że lewicowy nacisk na „ochronę praw zwierząt” bierze się z zaprzeczenia chrześcijańskiej antropologii, konstytuującej jasną hierarchię, zgodnie z którą zwierzęta należy szanować, ale jako istoty pozbawione duszy (odwołuję się tu wprost do nauczania Kościoła, które jest w tym punkcie bezsporne, a które przestudiowałem dokładnie, gdy przyszło mi w ubiegłym roku pożegnać z bólem mojego własnego wiernego psiego przyjaciela po kilkunastu wspólnie spędzonych latach) nie mogą być postawione na tym samym poziomie co człowiek. Nie mogą mieć zatem swoich „praw”. Akcje takie jak obecna wywołują w umysłach niebywałe spustoszenie, czego dowodem są liczne komentarze, porównujące hodowle zwierząt do obozów koncentracyjnych albo pytania, czy należałoby zaakceptować niewolnictwo, gdyby było dochodowe. To kwestie całkowicie nieporównywalne właśnie dlatego, że tam mówimy o ludziach, a tu – o zwierzętach.

Argument w typie Owsiaka. Trzeba tu odnotować – choć nie warto się tym zbyt długo zajmować – przewijający się co chwila skrajnie demagogiczny argument, oparty na podobnym schemacie jak połajanki obrońców Jerzego Owsiaka: krytykujesz Owsiaka, czyli chcesz śmierci biednych dzieci, a sam jesteś nieużytym pasożytem. Analogicznie: jeśli nie chcesz zakazu hodowli zwierząt futerkowych, to automatycznie jesteś zwolennikiem dręczenia zwierząt i zapewne kopiesz każdego napotkanego psa czy kota. To klasyczny moralny szantaż. Absurd tego rozumowania jest tak oczywisty, że czuję się zwolniony z obowiązku jego wykazywania.

Protesty mieszkańców. Ludzie mają w zwyczaju protestować przeciwko każdej uciążliwej dla nich inwestycji. I jest to całkowicie zrozumiałe. Ich racje bywają uzasadnione, a każdy ma prawo chronić swoje miejsce zamieszkania przed uciążliwościami. Czy te są akurat największe w przypadku ferm zwierząt futerkowych – śmiem wątpić. Znacznie uciążliwsza może być na przykład przemysłowa chlewnia. I przeciwko takim inwestycjom również protestowano. Pierwszy z brzegu przykład – trwające właśnie protesty przeciwko lokalizacji na terenie wsi Budziszewko i Boguniew takiego właśnie zakładu. Czy to oznacza, że należy w Polsce zakazać hodowli trzody chlewnej? Być może niedługo taki właśnie wniosek przedstawią wojujący ekolodzy.

Przypomnijmy sobie też protesty przeciwko budowie w północno-wschodnim rejonie Warszawy oczyszczalni ścieków „Czajka”. Czy w związku z tym mamy zrezygnować z oczyszczalni ścieków w ogóle?

Protesty lokalnych społeczności muszą być brane pod uwagę, przedsiębiorcy powinni przekonywać mieszkańców do swoich racji, w ostateczności pozostają sądy – ale z całą pewnością fakt, że przeciwko inwestycjom jakiejś branży tu i tam się protestuje nie stanowi argumentu za jej całkowitą likwidacją.

Futra nie są niezbędne. Oczywiście, że nie są. Pomijając fakt, że produkcja sztucznych futer jest dla środowiska ogromnie szkodliwa, da się nimi zastąpić futra naturalne. Można też w ogóle zrezygnować z futra – jakiegokolwiek. Tylko co z tego? Jeżeli uznajemy, że argumentem za zamknięciem danej branży jest to, czy produkuje ona rzeczy niezbędne czy też zbędne, otwieramy puszkę Pandory. Gdyby bowiem wziąć całość ludzkiej produkcji, prawdopodobnie okazałoby się, że rzeczy niezbędne do życia stanowią nie więcej niż 10 procent, ostrożnie licząc. Bez całej reszty można by się obyć. Ba, na upartego można by się obyć nawet bez tego, co wydaje się absolutnie nieodzowne: bez komputerów, komórek, nawet bez elektryczności. Przecież kiedyś ludzie tak żyli, więc w czym problem?

Powie ktoś: ale tu owa zbędność występuje w koniunkcji z „cierpieniem” zwierząt. Pomijając fakt, że obaliliśmy już argument „z cierpienia” – w ogromnej części owych „zbędnych” gałęzi produkcji mamy do czynienia z jakąś formą negatywnego wpływu na środowisko. Dotyczy to nawet produkcji prądu. Przecież elektrownie węglowe zanieczyszczają środowisko, a nawet siłownie wiatrowe, tak ukochane przez ekologów, szlachtują ptaki swoimi śmigłami.

I znów można by usłyszeć, że przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie uzna, że produkcja prądu jest zbędna. Ale właściwie – dlaczego nie? Gdzie leży granica? Skoro politycy partii rządzącej zgodzili się uznać taką właśnie argumentację w odniesieniu do hodowli futerkowej, to czemu politycy tej czy innej, bardziej jeszcze lewicowej formacji, nie mieliby w przyszłości uznać, że jest ona słuszna w przypadku innej branży, która może nie wykorzystuje zwierząt bezpośrednio, ale przecież jakoś im zagraża?

Futra to luksus. To bardzo często powtarzany przez zwolenników zakazu argument: hodowli zwierząt futerkowych można zakazać, bo futra to towar luksusowy, w dodatku niemal niekupowany w Polsce. Argument znów niezwykle groźny – kto bowiem orzeka, co jest dobrem luksusowym i w związku z tym jego produkcji można zakazać, a co nie? Jakie zostało tu przyjęte kryterium? Czy samochód jest dobrem luksusowym czy może jest nim tylko luksusowy samochód? Ale co to jest samochód luksusowy? Czy luksusowym dobrem jest skórzana kurtka za 300 złotych? A skórzana kurtka za 3 tysiące? Kto jest uprawniony do arbitralnego orzekania, co jest luksusem, a co nie?

W tym wątku argumentacji pobrzmiewa zresztą, obecny przez cały okres rządów PiS, populistyczny antyelitaryzm. Coś, co jest „luksusowe”, jest przymiotem elity, a więc nie „zwykłych Polaków” – czyli jest złe. W dodatku – o zgrozo – ten luksus nie służy polskiej elicie, ale zagranicznej, a to go już w ogóle pogrąża. Dotąd mogło się wydawać, że jeśli jakaś gałąź polskiego przemysłu odnosi za granicą sukcesy, to powinniśmy być z tego dumni. Okazuje się jednak, że nie zawsze. Drżyjcie, polscy producenci znakomitych luksusowych jachtów po pięć milionów (euro) sztuka! Produkujecie dla zagranicznej elity, a wasza działalność nie jest obojętna dla środowiska, oj nie!

 

Podsumowując: żaden z przytoczonych argumentów nie ostaje się, poddany logicznej krytyce. Nie ostaje się z osobna, ale też nie ostaje się w koniunkcji z naczelnym argumentem o cierpieniu zwierząt, ten bowiem został obalony na samym początku. Zero plus zero nadal równe jest zeru.

W całej sprawie najbardziej przerażające są dwie kwestie.

Pierwsza to dość ordynarna gra na emocjach. Wracając do pierwszego pytania – dlaczego jako obiekt ataku wyselekcjonowano akurat branżę futrzarską? Odkładając na bok możliwe przecież wyjaśnienia, że w grę wchodzą czyjeś interesy, może nawet korupcja, i przyjmując za dobrą monetę deklaracje zwolenników zakazu, że działają bezinteresownie, wyjaśnienie jest jedno: tę branżę wybrano jako pierwszą (na pewno nie ostatnią), ponieważ tu najłatwiej zagrać emocjami. To bardzo prosty mechanizm: człowiek ma wgrane w podświadomość, że zwierzę, mające futerko, jest miłe, przytulaśne, sympatyczne. To tak silny impuls, że gotowi jesteśmy prędzej instynktownie pogłaskać potencjalnie groźną i agresywną kunę niż dotknąć całkowicie nieszkodliwego zaskrońca. Ekoterroryści doskonale znają ten mechanizm. Zadziwiające, że tej bardzo przejrzystej operacji psychologicznej nie dostrzegają, wydawałoby się, przenikliwi politycy. Jeśli garstce lewicowych ideologów tak łatwo nimi manipulować w sprawie tak jasnej, to można mieć poważne obawy co do przyszłych, mniej przejrzystych, podobnych przedsięwzięć.

Sprawa druga – istotniejsza – to całkowita arbitralność planowanego zakazu. Jak zostało dowiedzione, nie mieści się on w ramach logiki. Argumentacja jego zwolenników opiera się na całkowicie dowolnie stosowanych kryteriach (luksusowość, niezbędność, cierpienie tych, a nie innych zwierząt, uznanie za rozstrzygające jednych protestów, a innych nie). Oznacza to, że żaden przedsiębiorca, działający w branży mającej jakikolwiek negatywny wpływ na środowisko lub związanej z wykorzystywaniem zwierząt w jakiekolwiek sposób, nie może czuć się pewnie. Każdy jest zagrożony tym, że zostanie wzięty na celownik, a politycy równie arbitralnie zastosują wspomniane kryteria wobec niego. Nie trzeba wyjaśniać, że nie ma to nic wspólnego z jedną z podstawowych zasad państwa prawnego, a do tego przyjaznego przedsiębiorcom, jaką jest pewność prawa.

Tu dochodzimy do pytania, kiedy państwo może wkraczać z podobnymi regulacjami. Bo że w pewnych sytuacjach może – nikt chyba nie ma wątpliwości. Jednak takie działanie powinno zostać obwarowane bardzo restrykcyjnymi warunkami.

Po pierwsze – powinna istnieć absolutna pewność, że problemu nie da się rozwiązać w ramach istniejących już regulacji.

Po drugie – regulacja musi dotyczyć obiektywnej szkody ponoszonej przez obywateli, niewynikającej z ich świadomej decyzji ani przyjętych jako podstawa gospodarki reguł działania rynku.

Po trzecie – regulacja dotyczy kwestii osadzonych w tradycji zachodniej cywilizacji, którą jednak należy rozumieć nie rozszerzająco, ale jako zbiór najbardziej podstawowych zasad, dotyczących kwestii rudymentarnych, takich jak ochrona ludzkiego życia czy własności.

Nie trzeba dowodzić, że zakaz hodowli zwierząt futerkowych nie spełnia powyższych kryteriów.

Jedno jest całkiem jasne: jeżeli ktokolwiek miał nadzieję, że polskie państwo AD 2018 będzie odporne na kształtowanie przez lewicową ideologię, mylił się niestety jak najgłębiej.

twitterfacebookwykopKontakt e-mail
ZOBACZ STARSZE WPISY
NEWSLETTER

Podając swój adres e-mail, wyrażasz zgodę na otrzymywanie informacji od WEI.

NASI BLOGERZY