BLOGI

Prezes WEI. Twórca takich tytułów jak „Newsweek Polska”, „Forbes Polska” . Zaczynał swoją pracę zawodową w Stanach Zjednoczonych. Po studiach na University of Houston współpracował z Newsweekiem i Washington Post. Po powrocie do Polski kolejno pełnił funkcje dyrektora anteny RMF, zastępcy naczelnego „Wprost” a następnie naczelnego „Newsweek Polska” i „Forbes”. Wiceprezesa wydawnictwa Polskapresse. Następnie redaktora naczelnego Dziennika Gazeta Prawna i Rzeczpospolitej.

Subskrybuj kanał RSS
POZOSTAŁE WPISY AUTORA

Tomasz Wróblewski

Macron gra o wszystko a my…?

2017-08-27

To nie arogancja prezydenta Francji jest dla nas groźna, tylko cel jaki sobie stawia. Emmanuel Macron wybrał się w podróż po Europie Środkowej z krucjatą równania płac pracowników delegowanych z francuskimi pracownikami. Ale prawdziwą  stawką jest kształt przyszłej Europy, w której Paryż nie przewidział dla nas miejsca.

Macron w swojej podróży ominął Polskę nie dlatego, że szczególnie nie lubi Polaków. Po prostu wiedział, że niczego tu nie wskóra. Zarówno bułgarskie jak i rumuńskie firmy mają śladowe ilości delegowanych pracowników. Z rozmaitych względów. Po pierwsze, ich firmy są na innym etapie rozwoju, a po drugie, ich pracownicy wciąż są na etapie przenoszenia się na Zachód na stałe. Polska pod względem delegowanych pracowników znajduje się na niekwestionowanym pierwszym miejscu. W skali całej Europy to jest 460 tysięcy osób (dane Eurostatu) na 2,05 miliona wszystkich delegowanych pracowników w UE. Słowacja deleguje 96 tysięcy pracowników. To sporo zważywszy, że z Rumunii delegowanych jest 48 tysięcy, z Czech 40 tysięcy a z Bułgarii - 17 tysięcy. Wszystkie kraje, z  których rządami Macron się spotka, łącznie delegują 258 tysięcy pracowników (razem z Austrią). Czyli niemal dwa razy mniej niż Polska.

Macron doskonale wie, że żaden polski rząd nie mógłby poprzeć jego propozycji. I nie ma to nic wspólnego z demokracją, wolnością ani sądownictwem. Dyrektywa po prostu spowoduje, że Polacy bez języka, bez francuskiego doświadczenia i kontaktów nie będą już tak atrakcyjni dla francuskich pracodawców, a polskie firmy nie będą w stanie konkurować z uznanymi francuskimi korporacjami. 

Z tych samych powodów dla których nie pojawił się w Polsce, Macron ominął Słowenię, która deleguje 144 tysięcy pracowników. Z tej liczby blisko połowa ląduje we Francji. Dla 2 mln obywateli Słowenii  jest to jedno z ważniejszych źródeł dochodu. Mała szansa, żeby Macron zdobył poparcie rządu, skądinąd pro-unijnego Miro Cerara. Macron zasadził się na państwa, dla których delegowani pracownicy nie są aż tak istotni. Te z kolei widząc jak bardzo Francji zależy na nowych regulacjach, chętnie przystąpiły do negocjacji. Kto by przepuścił okazję sprzedania drogo czegoś co nie ma dla niego większego znaczenia?

Prezydent Francji dodatkowo unurzał swoją krucjatę w ideologicznym sosie. Zaatakował polski rząd, zlewając w jedną narrację sprawę pracowników delegowanych i rzekome ograniczanie demokracji. Opozycja w kraju z radością podchwyciła wątek polityczny, co na pewno było na rękę Macronowi. Odwróciło uwagę od istoty problemu, pozwoliło mu wystąpić w roli bojownika o wolność i praworządność. Podobnie było poprzednim razem, kiedy Macron atakował Whirpool za przenoszenie zakładów do Polski. Też przykrył to dydaktyczno-politycznym smrodkiem.

Istotą sporu nie jest jednak ani demokracja ani nawet pracownicy delegowani. Macron doskonale wie, że podnoszenie płac  delegowanym pracownikiem do ryzykowny ruch. Efekt gospodarczy może być piorunujący. Wyższe koszty pracy, niezależnie od tego kto ją będzie wykonywał, dodatkowo obniżą konkurencyjność francuskiego przemysłu i zniweczą nadzieję na szybszy wzrost gospodarczy. Co innego jeżeli połączy się to z dogłębną reformą francuskiego rynku pracy. W tym tygodniu prezydent ma ogłosić częściową liberalizację zasad zatrudniania i zwalniania pracowników. Obowiązek płacenia wyższych pensji obcokrajowcom ma być czymś w rodzaju haraczu dla związków zawodowych, ceną za zgodę na reformy. Francja ma dziś najbardziej skomplikowane i nieprzyjazne przedsiębiorcom regulacje dotyczące zatrudniania pracowników. Jeszcze gorsze są przepisy regulujące zwolnienia. Z wyjątkiem naprawdę wyjątkowych sytuacji, pracownik jest nieusuwalny. Do tego dochodzą wysokie koszty pozapłacowe, ubezpieczenia, bonusy, 42 dni urlopu. Wszystko razem składa się na jeden z największych klinów podatkowych w Europie. Klin to różnica między sumą którą wypłaca pracodawca a tą którą otrzymuje po potrąceniu wszystkich opłat pracownik. We Francji wynosi  on 48,4 proc. pensji. Ten sam klin w Polsce wynosi 35 proc. 

Jeżeli już mamy mówić o socjalnym dumpingu – słowa Macrona, to Francja bije wszelkie światowe rekordy. Niż dziwnego, że systematycznie spada w rankingach konkurencyjności. Francuska gospodarka jest  dziś na 12 miejscu w Europie, co plasuje ją w otoczeniu takich państw jak Islandia czy Irlandia (Polska na 18 miejscu). W tym roku kraj spadł z 9 miejsca na 14 pod względem inwestycji zagranicznych. Zadłużenie  przekracza już 97 proc PKB co w połączeniu ze słabym wzrostem gospodarczym i deficytem budżetowym powyżej umownego 3 procentowego progu bezpieczeństwa  (-3.4 proc PKB obecnie) daje dość ponury obraz.

Francja ma problemy już nie tylko z pracownikami z Europy Środkowej. Ostatnio grupa uzbrojonych winiarzy włamała się do magazynów na południu Francji gdzie zniszczyli rozlewnie hiszpańskiego wina. …bo było za tanie. Winiarze narzekają, że przy tak wysokich kosztach pracy nie są w stanie konkurować, nie tylko z Polską.  Ich najlepszy produkt eksportowy – wino przegrywa  z winem z Hiszpanii, Włoch, Australii, USA.

39-letni Prezydent postawił sobie za cel uzdrowienie francuskiej gospodarki. Po dwóch tygodniach negocjacji ze związkowcami, protesty jednak zamiast słabnąć, rozprzestrzeniają się na całym kraj. Solidarnie dołączają do nich studenci, lekarze, urzędnicy państwowi. 300 tysięcy związkowców i drugie 200 tysięcy innych grup społecznych gotowe jest na masowy strajk we wrześniu. Popularność Macrona spadła z 59 proc w czerwcu do 37 proc. dziś. Jego partia może i kontroluje parlament, ale we Francji często z parlamentem wygrywa ulica.

Bez reformy rynku pracy, francuska gospodarka nie stanie na nogi. A bez tego Macron nie spełni marzenia swojego życia. Nie przejdzie do historii jako ojciec założyciel państwa Europa. Macron realizuje swój „Grand Plan” od pierwszych dni prezydentury, kiedy to zaczął namawiać Merkel do powołania wspólnego ministra finansów, ustanowienia wspólnego budżetu strefy euro i emitowania euroobligacji. Coś co,  z jednej strony urzeczywistniłoby historyczną wizję jednej Europy, a z drugiej - dałoby Francji oddech finansowy, którego nie może złapać od 2008 roku. Przedłużyłoby śmierć socjalnego państwa.

Nikt jednak nie zacznie rozmów z Paryżem o łączeniu budżetów i wspólnej odpowiedzialności za długi dopóki  francuska gospodarka pozostaje w zapaści. Niemcy z pewnością nie wezmą na siebie takiego ryzyka.

Przesadą byłoby powiedzieć, że od płac pracowników delegowanych zależy przyszły kształt Unii. Z całą pewnością jednak przegrana Macrona na tym froncie mocno odsunie w czasie plan dalszej unifikacji a z nim Unię dwóch prędkości. Dla Polski jedno i drugie byłoby wygraną czy raczej zyskaniem na czasie. Inna sprawa czy ten czas będziemy umieli wykorzystać.

 

twitterfacebookwykopKontakt e-mail
ZOBACZ STARSZE WPISY
NEWSLETTER

Podając swój adres e-mail, wyrażasz zgodę na otrzymywanie informacji od WEI.