BLOGI

Publicysta tygodnika „Do Rzeczy”, felietonista „SuperExpressu” i współpracownik Polskiego Radia 24. Pracę dziennikarską zaczynał w „Życiu”. Przez 10 lat jako komentator był związany z dziennikiem „Fakt”, następnie z tygodnikiem „W Sieci” i portalem wPolityce.pl. Prowadzi programy „Szukając Dziury w Całym” i „Wróżenie z Faktów” na antenie Polskiego Radia 24. Autor wywiadów rzek: z Radosławem Sikorskim „Strefa zdekomunizowana” i ze śp. Lechem Kaczyńskim „Ostatni wywiad” oraz cyklu rozmów z analitykami Ośrodka Studiów Wschodnich „Między Berlinem a Pekinem”. Członek Ruchu Obywatelskiego Miłośników Broni. Drugie hobby to muzyka klasyczna, przede wszystkim barokowa.

POZOSTAŁE WPISY AUTORA

Łukasz Warzecha

O ochronie Kaczyńskiego i partyjnych subwencjach

2018-04-08

Przebieg licytacji na populizm był łatwy do przewidzenia. Po decyzji Jarosława Kaczyńskiego, dotyczącej obniżki wynagrodzeń parlamentarzystów, ograniczenia wynagrodzeń samorządowców i zwrotu nagród przez ministrów, opozycja zaczęła szukać nowych punktów zaczepienia. Jednym z nich są wydatki na prywatną ochronę prezesa PiS, wynoszące – jak skrupulatnie obliczył w „Faktach” niezawodny Jakub Sobieniowski – 1,6 miliona złotych rocznie. Według autora materiału – to wątpliwe wykorzystanie publicznych pieniędzy, skoro prezes bardzo często jest w miejscach, chronionych przez SOP (wcześniej BOR) czy policję. Sobieniowski nie wyjaśnił niestety, jak wyobraża sobie oszczędzanie na ochronie w takich sytuacjach. Trzeba by ją chyba wynajmować na minuty.

Przede wszystkim jednak zarzuty wobec PiS w tej sprawie są całkowicie chybione – ba, łatwe do odwrócenia i skierowania przeciw opozycji.

Po pierwsze – trudno mieć wątpliwości, że przy obecnym poziomie emocji, po zabójstwie Marka Rosiaka i wobec wielu przykładów buzującej nienawiści Jarosław Kaczyński jest istotnie fizycznie zagrożony. Jak to bywa z takimi zagrożeniami – nie zna się dnia ani godziny. Do ataku może nie dojść nigdy, a może też do niego dojść w momencie, gdy nikt się go nie będzie spodziewał. Ochrona VIP-ów ma za zadanie nie tylko zapobiec atakowi, ale też do niego zniechęcać samą swoją obecnością.

To jednak argument z systemowego punktu widzenia mniej istotny. Ważniejszy jest drugi powód, dla którego atak opozycji i mediów, wrogich władzy, jest chybiony: subwencje partie mogą wydawać w sposób, jaki same uznają za stosowne.

Ochrona Jarosława Kaczyńskiego jest finansowana z partyjnych pieniędzy, pochodzących właśnie z subwencji. System subwencji, będący dziełem między innymi Ludwika Dorna, obowiązuje od 1997 r. Od 2005 do 2017 roku partie otrzymały w jego ramach 1,265 miliarda złotych. W skali tego okresu nie jest to suma porażająca – choć oczywiście pamiętajmy zawsze, że mówimy o pieniądzach obywateli. Wysokość subwencji uzależniona jest od procenta uzyskanych głosów – przysługują ona partiom, które w wyborach zdobędą minimum 3 procent głosów – oraz od liczby głosów. Wycena jednego głosu maleje wraz ze wzrostem procentowego wyniku danej partii.

Ustawa o finansowaniu partii politycznych określa ogólnie, na co mogą one wydawać pieniądze, ale pozostawia tu wiele swobody. I dlatego właśnie, jeśli PiS uważa, że swoje pieniądze chce wydawać na ochronę prezesa – nic nikomu do tego. Wyborcy mogą oczywiście ocenić, czy uznają takie wydatki za zasadne i odpowiednio zareagować w wyborach. Ale równie dobrze mogą ocenić wydatki innych ugrupowań – na przykład wziąć pod uwagę, ile pieniędzy wydała Platforma na swoją billboardową kampanię, w ramach której domagała się zwrotu nagród przez członków rządu. Jeśli zatem mielibyśmy pomstować na ochronę Kaczyńskiego, finansowaną z subwencji, równie dobrze moglibyśmy pomstować na dowolną kampanię propagandową PO.

Czynienie któremukolwiek ugrupowaniu zarzutów z tego, że wydaje swoje pieniądze na coś, co nie podoba się krytykom tego ugrupowania oraz twierdzenie, że jest to „marnowanie” publicznych pieniędzy, jest absurdem. Partia, jeśli ma taką chęć, mogłaby wydać większość swoich dotacji na firmowe długopisy. Albo na garkuchnie dla ubogich. Albo na mądre opracowania think-tanków. Możemy te wydatki oceniać jako celowe lub nie, mądre lub głupie, ale nie mamy prawa czynić zarzutu marnowania publicznych pieniędzy, bo ma to mniej więcej taki sam sens, jak twierdzenie, że rodzina, pobierająca 500 Plus, marnuje publiczne pieniądze, bo wydała je na konsolę do gier, a nie na lekcje angielskiego dla dzieci. Wydała – to wydała. Widocznie uznała, że konsola jest potrzebniejsza niż znajomość angielskiego. Jej decyzja. Jeśli jakiś zarzut marnotrawstwa chcemy stawiać, to postawmy go systemowi – bo to on dał partiom pieniądze z kasy państwa i swobodę dysponowania nimi.

Mamy tu więc, po pierwsze, sprawę samego istnienia subwencji. Tę zasadę kwestionuje dzisiaj na serio tylko jedno ugrupowanie – Kukiz ’15 – ale przecież za jej wprowadzeniem stały ważne argumenty. Przede wszystkim chodziło o to, żeby zapobiec sponsorowaniu partii politycznych przez tych, którzy za ich pośrednictwem chcieliby potem coś w parlamencie załatwiać.

Kukiz ’15 też ma jednak swoje racje. Tym bardziej, że okazało się, iż system ma skutek – nieprzewidziany, a może właśnie przewidziany i pożądany? – w postaci zabetonowania sceny politycznej. Stało się tak, ponieważ partiom umożliwiono akumulowanie uzyskanych środków i wykorzystywanie ich do budowania trwałych finansowych zasobów. To był moim zdaniem błąd, który bardzo trudno już dziś naprawić, nawet zmieniając system. Trudno bowiem domagać się od partii, które na subwencjach zbudowały swój majątek w ciągu kilkunastu lat, zwrotu tychże, a zarazem, nawet, gdyby zmienić zasady finansowania, ich przewaga nad nowymi bytami politycznymi będzie przytłaczająca.

Logiczne wydaje się, że partie, jeśli już dostają publiczne pieniądze na swoją działalność, powinny być z nich rozliczane w taki sposób, żeby niemożliwe było gromadzenie dzięki nim rosnącego majątku. Można sobie na przykład wyobrazić system, w którym partia co roku lub przynajmniej na koniec kadencji musi zwracać niewykorzystaną na cele statutowe sumę, a pieniędzy nie wolno w żaden sposób inwestować – trzeba je wydać.

Jestem przy tym przeciwnikiem lansowanej przez niektórych koncepcji, aby istniał przymus wydawania określonego odsetka z subwencji na analizy i pracę think-tankową. Jest bowiem jasne, że będziemy mieli wtedy do czynienia z tworzeniem fikcyjnych ośrodków analitycznych, afiliowanych przy partiach, które to ośrodki obsiądą różni zasłużeni towarzysze, tworząc nikomu niepotrzebne, bzdurne pseudoanalizy. Gdyby partiom zależało na wsparciu think-tanków, już dziś mogłyby na nie wydawać pieniądze. Po stronie konserwatywnej jest takich ośrodków sporo, ale zainteresowanie ich pracą jest nikłe, a nawet najciekawsze i najrzetelniejsze analizy są przez rządzących puszczane mimo uszu (i tak samo było za PO). Zainteresowania dobrą pracą analityczną i koncepcyjną nie da się partiom narzucić.

Jeszcze ciekawszy wydaje się system pozostawienia obywatelom decyzji o dofinansowaniu tego lub innego ugrupowania poprzez odpowiednią deklarację, składaną przy okazji zeznania podatkowego. Kiedyś już takie pomysły się pojawiały. Dokładne skutki takiego rozwiązania należałoby z pewnością jeszcze rozważyć (trzeba by na przykład zdecydować, czy mówimy o stałej, jednakowej sumie pogłównego, czy też o odsetku płaconych podatków, co byłoby rozwiązaniem mniej egalitarystycznym), ale na pewno byłoby to uzupełnieniem procesu demokratycznego.

Kolejna kwestia to rozliczanie subwencji. O tym pisałem już wielokrotnie. Dziś, owszem, można wydobyć odpowiednie sprawozdania, deponowane raz do roku w Państwowej Komisji Wyborczej. Lecz tylko niechęcią polityków do jawności można wytłumaczyć fakt, że – mimo istnienia technologicznych możliwości – rozliczenia partii politycznych z bieżących wydatków nie są dostępne w internecie w czasie rzeczywistym. Sporządzenie bilansów w cyklu miesięcznym nie powinno stanowić najmniejszego problemu i świadczyłoby o szacunku dla pieniędzy podatników.

Wreszcie, powracając do punktu wyjścia, czyli prywatnej ochrony Jarosława Kaczyńskiego – może należałoby się zastanowić, czy państwo polskie nie powinno z automatu rozciągnąć ochrony SOP na liderów ugrupowań obecnych w parlamencie. Nie jestem zwolennikiem bizantyjskiego państwa, ale wziąwszy pod uwagę poziom emocji, zorganizowanie ochrony dla kilku kolejnych osób nie jest wysoką ceną za zapobieżenie ewentualnemu nieszczęściu – ktokolwiek miałby paść ofiarą. Wówczas dopiero emocje by wybuchły.

twitterfacebookwykopKontakt e-mail
ZOBACZ STARSZE WPISY
NEWSLETTER

Podając swój adres e-mail, wyrażasz zgodę na otrzymywanie informacji od WEI.

NASI BLOGERZY