BLOGI

Doradca firm sektora zbrojeniowego, publicysta. Poprzednio zastępca redaktora naczelnego "Rzeczpospolitej", "Dziennika Gazety Prawnej", "Dziennika Polska , Europa, Świat", miesięcznika "Nowe Państwo", korespondent wojenny. Autor książek "Nasi w Legii Cudzoziemskiej", mówiącej o Polakach służących w tej znanej formacji po upadku komunizmu, "Rozmowy o Polsce" - cyklu wywiadów z czołowymi polskimi historykami. Autor setek artykułów w prasie drukowanej i komentarzy w mediach elektronicznych. Specjalizuje się w tematyce bezpieczeństwa, polityki zagranicznej, obronności.

POZOSTAŁE WPISY AUTORA

Andrzej Talaga

Obrona terytorialna - do walki, nie do ratowania powodzian

2015-10-06

Potrzeba ustanowienia obrony terytorialnej, postulowana przez WEI, powoli przebija się w dyskursie publicznym. Dostrzegają ją dwaj najwięksi antagoniści naszej sceny politycznej: PiS i PO. Rośnie więc nadzieja, że projekt ten zostanie w jakiejś formie zrealizowany, niezależnie od wyników wyborów parlamentarnych. Pytanie jednak – w jakiej?

Niestety, pojawiają się i takie pomysły, by uczynić z obrony terytorialnej po prostu obronę cywilną, a zatem strukturę niosącą ludności pomoc w przypadku wojny lub klęsk naturalnych czy przemysłowych. Tak rozumiana obrona terytorialna z pewnością może dokonać wiele dobrego, ale na pewno nie zwiększy obronności państwa. Będzie drogą donikąd, zmarnowaniem rodzącego się potencjału.

Przymiarki do powołania obrony terytorialnej biorą się z oczywistej konkluzji - 100 tysięcy żołnierzy zawodowych plus 20 tysięcy rezerwy nie będzie w stanie obronić terytorium Polski w razie wojny na dużą skalę. Dodając do tego prosty fakt, że nasze wojsko zostało - decyzjami polityków - pozbawione szerokiej bazy mobilizacyjnej, po wykrwawieniu się armii zawodowej z jej szczupłymi rezerwami nie będzie komu walczyć za kraj. Wojsko Polskie  nie ma miejsca w koszarach, sprzętu i wyposażenia na zwielokrotnienie swoich szeregów poprzez mobilizację. Nie powstanie zatem milionowa armia obronna. Liczba ta nie jest efektownym zaokrągleniem, Finlandia przewiduje zwiększenie aż 10-krotnie swoich sił zbrojnych w wypadku konfliktu, jest na to przygotowana logistycznie, operacyjnie i przede wszystkim mentalnie. W przypadku Polski podobna koncepcja oznaczałaby powołanie właśnie miliona żołnierzy.

Wojna o małej intensywności toczona na Ukrainie czy w Gruzji w 2008 roku nie wymaga aż takich sił. Jaką mamy jednak gwarancję, że Polska nie doświadczy wojny na pełną skalę, nazywając rzeczy po imieniu - inwazji  ze wschodu, a nie tylko zbrojnych wycieczek pogranicznych czy prowokacji? Żadnej. To, co jest niemal niemożliwe dziś, może się okazać możliwe jutro. Wobec agresywnej polityki rosyjskiej nie ma najmniejszego powodu, byśmy zakładali, że nic takiego nigdy się nie stanie.

Na prowadzenie pełnowymiarowej wojny trzeba przygotować – przeszkolić i wyposażyć - setki tysięcy mężczyzn i kobiet do walki, a nie do niesienia pomocy poszkodowanym, budowy umocnień itp. Tylko tak można wciągnąć Rosjan w bagno długotrwałego konfliktu nieregularnego. Tylko tak rozumiana obrona terytorialna spełni swoją podstawową funkcję – powszechną obronę narodową w razie wojny, a w czasie pokoju będzie znakomitym narzędziem odstraszania agresora. Kto ma ochotę na grzęźnięcie w długotrwałym konflikcie z dobrze przygotowanym przeciwnikiem? Takie ukierunkowanie obrony terytorialnej w niczym nie przeszkodzi jej przecież pełnić także funkcji obrony cywilnej, gdy będzie potrzebna. Na pierwszym miejscu jednak powinno stać przygotowanie do walki.

twitterfacebookwykopKontakt e-mail
ZOBACZ STARSZE WPISY
NEWSLETTER

Podając swój adres e-mail, wyrażasz zgodę na otrzymywanie informacji od WEI.