BLOGI

Robert Gwiazdowski

Północ - Południe

2017-08-19

Po brutalnych zamieszkach i tragedii w Charlottesville znów obudziły się demony. Abstrahując od zachowania różnych bandytów i kretynów, którzy pod flagami Konfederacji wyszli na ulice bić się z innymi kretynami po drugiej stronie,  przydałaby się historyczna refleksja o amerykańskiej konstytucji, wojnie secesyjnej i jej powodach, czy o doktrynie politycznej  "Starego Południa". 

Jeśli jesteśmy za zburzeniem pomnika generała Roberta Lee to czy konsekwentnie nie powinniśmy być za zburzeniem pomników Washingtona i Jeffersona? I oni przecież byli właścicielami niewolników? A w Europie może powinniśmy zburzyć pomniki Platona i Arystotelesa, którzy przeciwko niewolnictwu też nic nie mieli.

Więc tak dla przypomnienia.

Wojna secesyjna nie była wojną w obronie niewolnictwa. Lincoln ogłosił jego likwidację jako instrument w wojnie. Czy doszłoby do podpisania amerykańskiej konstytucji przez delegatów z Południa, a potem do jej ratyfikacji, gdyby przypuszczali, że suwerenność ich stanów ma mieć granice, o których przebiegu zdecyduje ostatecznie siła militarna? Ciekawostka – w glosowaniu ratyfikacyjnym konstytucja najmniej zwolenników miała w Wirginii ale i w Rhode Island, New Hempshire, Massachusetts i New York – niewiele ponad 50% głosów. W Georgii, później skonfederowanej – wszyscy głosujący byli za. 100%! W Karolinie Południowej – 67% a w Północnej – 72%.

Można wyodrębnić wśród twórców Stanów Zjednoczonych dwie szkoły politycznego myślenia: angielską, reprezentowaną między innymi przez Franklina, Hamiltona, Adamsów oraz Madisona i francuską, której główni rzecznicy to Jefferson i Paine. Te dwie szkoły filozofii politycznej dały początek dwóm partiom: federalistów i republikanów, które rywalizować będą przez całe lata o wpływ na kształt polityczny państwa.

W okresie wielkiej debaty konstytucyjnej poglądy federalistów wzięły zdecydowanie górę nad koncepcjami lansowanymi przez ich ideowych i politycznych przeciwników. Dopiero w następnym stuleciu układ ten uległ zmianie. Niemniej pewne instytucje i idee tak mocno zdążyły zakorzenić się w świadomości politycznej Amerykanów i w praktyce funkcjonowania ich młodego państwa, że próby odejścia od nich, podjęte po objęciu urzędu prezydenckiego przez Jeffersona, nie na wiele się zdały.

Wobec coraz wyraźniejszych wśród federalnej elity władzy wpływów nowych tendencji społecznych, konserwatyści z Południa zaczęli bronić swojego systemu na szczeblu stanowym. Hamiltonowska zasada prymatu władzy federalnej była dla nich niekorzystna, podkreślali więc prawa poszczególnych stanów do wyboru własnej polityki. Sprzyjała im w tym stara, jeffersonowska filozofia, używana tym razem do całkiem innych celów politycznych. W ten sposób, ze zrodzonej w Wirginii nieco ogólnikowej teorii praw stanowych, wyprowadzono nowy system filozofii politycznej, któremu obca jednak była głębia jeffersonowskich przemyśleń, właściwych francuskiej szkole filozofii oświeceniowej.

Mieszkańcy Południa starali się jak najmocniej trzymać realiów, w których żyli, przekonani, że lawina myśli filozoficznej, jaka zwaliła się na świat w ostatnim stuleciu, doprowadzić musi do katastrofy. Nie dowierzali mędrcom poświęcającym tradycję i obyczaj na ołtarzu abstrakcyjnej teorii. Jeden z najznamienitszych obywateli Południa - Hugh Legare - idąc śladami Hamiltona, bardzo nieprzychylnie nastawionego do oświeceniowych filozofów, określał ich mianem „metafizyków i empirycznych demagogów o ptasich móżdżkach”.

Jak twierdzi Russell Kirk, konserwatyzm Południa opierał się na czterech podstawach: niechęci do zmian, pragnieniu zachowania społeczeństwa rolnego, umiłowaniu praw lokalnych i uczuleniu na kwestię murzyńską. Południowcy, ulegając przykazaniu: „ciągnij ostrożnie”, wyrażali preferencje dla powolnego procesu przemian naturalnych, przeciwstawiając go sztucznej innowacji. Byli głęboko przywiązani do życia wiejskiego i pogardliwie odnosili się do handlu i wytwórców. Cechowała ich także świadomość ogromu problemów, jakie zawsze się pojawiają, gdy dwie rasy zamieszkują to samo terytorium. Wiedzieli jednak, że na południu Stanów Zjednoczonych biali muszą żyć razem z Murzynami, których liczba będzie się raczej zwiększać, a nie zmniejszać.

W ten sposób pomiędzy konserwatywnym federalizmem, jakiego bronił Hamilton, a konserwatyzmem, który ukształtował się w stanach południowych, wykopana została przepaść. Starzy federaliści byli przekonani, że pewne, odwieczne wartości społeczne, takie jak poszanowanie własności, stabilny rząd, szacunek dla zasad religijnych, czy uznanie za dobroczynne naturalnych różnic między ludźmi, najlepiej mogą być chronione przez silny rząd centralny. Południowcy zaś byli przekonani, że polityczna i gospodarcza konsolidacja państwa i władzy przełamałaby mury tradycji i doprowadziła do ustanowienia w Ameryce arbitralnego i niezwykle wszechmocnego aparatu administracyjnego.

Przed wszystkimi tymi niebezpieczeństwami ostrzegał Amerykanów John Randolph z Roanoke, wskazując na skłonności demokratów do nieustannego rozszerzania sfery prawa pozytywnego, ograniczającego siłą rzeczy prawa naturalne. „Są pewne wielkie zasady - pisał Randolph - które muszą pozostać nienaruszone, we wszystkich czasach, gdyż inaczej nie będziemy mogli zachować naszej wolności. Jeśli się ich wyrzekniemy, to nie istotne jest jaki będzie charakter naszego suwerena, czy będzie on dziedzicznym królem, czy obieralnym prezydentem - my będziemy niewolnikami”.

Randolph uciekał od polityczno-prawnych abstrakcji, Jeffersona nazwał „kobziarzem” (Pied Piper), a bezpieczeństwa poszukiwał w odpowiednim sformułowaniu praw lokalnych i osobistych oraz we właściwej ich ochronie. Zgadzał się z Adamem Smithem i Davidem Ricardo, że człowiek największe sukcesy ekonomiczne osiąga wtedy, gdy pozostawi się go samemu sobie i gdy nie jest on zdany na łaskę ustawodawstwa handlowego. Najbardziej jednak zasłynął z wzniesionego kiedyś w Kongresie okrzyku: „Kocham wolność. Nienawidzę równości”. Dlatego tak zdecydowanie sprzeciwiał się zasadzie, że wszyscy ludzie są wolni i równi. „Nie mogę się na to zgodzić - pisał - i mam ku temu dobre powody, gdyż po prostu nie jest to prawdą...”

Twierdzenia, że ludzie rodzą się wolni i równi są prawdziwe tylko w pewnym sensie, innym jednak niż ten, w jakim odbiera je tłum. Zważywszy na sposób, „w jaki prawie niezmiennie rozumie te twierdzenia dziewiętnastu na dwudziestu ludzi, są one fałszywe i groźne./.../ Jeżeli jest na świecie zwierzę, do którego nie stosuje się zasada owej równości, to jest nim właśnie człowiek...” Ludzie nie rodzą się wolni i równi. Bardzo widoczne są ich różnice fizyczne, moralne i intelektualne, nie mówiąc już o wynikających z pochodzenia i stanu majątkowego. Zakładanie, że istnieje jakaś mistyczna równość, upoważniająca ludzi do zabawy ze społeczeństwem i ćwiczenia na nim swej pomysłowości, to redukowanie ludzkości do tego stadium życia, w którym rzeczywiście przeważa coś, co przypomina równość warunków: dzikości.

Zważywszy, że wszyscy są w jakimś stopniu zepsuci, największą szansę osiągnięcia sprawiedliwości i wolności daje powstrzymanie rąk tych najbardziej ambitnych od władzy rodzącej korupcję i skłaniającej do podejmowania niebezpiecznych eksperymentów społecznych. Prawa wyborcze powinny zatem być przywilejem tych obywateli, którzy dzięki silnemu charakterowi moralnemu nie ulegają tak łatwo pokusom, na jakie wystawiona jest zepsuta natura ludzka.

Jako z definicji niedoskonałemu, człowiekowi można powierzyć sprawy jego własnej wolności, ale nie można ufać mu w sprawach dotyczących wolności innych, chyba że jego sfera rządzenia jest wyraźnie ograniczona. Nie wystarcza tu jednak prawo pozytywne, ogłoszone dopiero przez jakiś efemeryczny organ ludowładztwa, gdyż nie ma ono tej opoki, jaką daje tradycja. Dlatego społeczeństwo może wprowadzać nowe prawa pozytywne jedynie pod naciskiem pilnej konieczności. Funkcją Kongresu nie powinno być więc tworzenie prawa, lecz jego umiejętne wprowadzanie w życie.

Najbardziej znanym rzecznikiem tego stylu myślenia był polityk z Karoliny, kongresmen, sekretarz obrony w rządzie Monroe'ego, w latach 1829-1833 wiceprezydent Stanów Zjednoczonych - John Calhoun. Wychodził on z założenia, że istnienie w każdym społeczeństwie różnych klas o odmiennych interesach, jest czymś oczywistym i jak najbardziej naturalnym.  „Niebezpiecznym błędem jest przypuszczenie, że wszyscy ludzie mają takie samo prawo do wolności - pisał Calhoun. Wolność jest nagrodą, na którą trzeba zasłużyć, a nie błogosławionym dobrodziejstwem, spływającym na wszystkich bez różnicy” Przysługuje ona ludziom inteligentnym, cnotliwym i patriotom na nią zasługującym, „a nie występnym ciemniakom nie potrafiącym ani jej docenić, ani z niej korzystać”. Wolność ta nie oznacza bynajmniej konieczności zaprowadzenia równości. Owszem, są one ze sobą związane w tym sensie, że równość obywateli wobec prawa jest niezbędna dla zachowania wolności. Nie można jednak twierdzić, że nie ma wolności doskonałej bez równości doskonałej, bo takie połączenie niszczy zarówno wolność, jak i postęp. „Będąca nieuniknionym następstwem wolności, nierówność położenia jest niezbędna dla postępu... To właśnie nierówność między pierwszymi i ostatnimi szeregami w marszu ku postępowi jest tym bodźcem, który skłania pierwszych do dbania o swoją pozycję, a ostatnich do przedzierania się w pierwsze szeregi”- pisał Calhoun.

Oczywiście służyły takie poglądy uzasadnieniu niewolnictwa, zwłaszcza, że istniejący na Północy system pracy najemnej można było określić jest o wiele bardziej nieludzki. Zdaniem Calhouna, nawet biali robotnicy z Północy znajdowali się czasem w sytuacji gorszej od czarnych niewolników z Południa, gdzie nie dochodziło do konfliktów „między pracą i kapitałem”  i gdzie „każda plantacja jest małą społecznością, której właściciel skupia w swym ręku połączone interesy kapitału i pracy...” Niewolnictwo było przez niego  poczytywane jako swoisty kontrakt, w którym pracujący, w zamian za swój trud, otrzymuje utrzymanie przez całe życie. Okrucieństwo, jakie w systemie tym się pojawia, nie jest bynajmniej jego cechą konstytutywną, lecz karygodnym nadużyciem.

Najwięksi plantatorzy próbowali zaszczepić na Południu zasady feudalizmu. Szybko jednak okazało się to niemożliwe z powodu niezłomnego oporu stawianego przez egalitarnie nastawionych farmerów. Przeciwko niewolnictwu rasy czarnej nie mieli oni jednak zastrzeżeń, gdyż stawiało ich ono na równi z największymi plantatorami. W ten sposób zharmonizowane zostały dwa teoretycznie nie do pogodzenia fakty: niewolnictwo czarnych i równość białych. Najbardziej naturalnym kompromisem ideowym dla tych sprzecznych zasad był model demokracji greckiej. Ale to nie niewolnictwo było jednak osią konfliktu z Północą. Był nią zakres władzy rządu federalnego. Bo choć rząd, zapobiegający szerzeniu się zła i antagonizmów, zarówno indywidualnych jak i grupowych jest konieczny, nie należy akceptować jakiegokolwiek rządu. Calhoun dzielił rządy na absolutystyczne i konstytucyjne. Absolutystyczne, niezależnie od formy sprawowania władzy, opierają się na sile, podczas gdy konstytucyjne dążą do osiągnięcia rozsądnego kompromisu pomiędzy podmiotami poddanymi nawzajem swej władzy.

Przełomowym momentem dla kariery i kształtowania poglądów Calhouna był rok 1828, kiedy Kongres uchwalił znaczne podwyższenie taryfy celnej, którą plantatorzy z Południa natychmiast określili „taryfą okropności” (tariff of abominations). Ze wzmożoną siłą rozgorzał wówczas, tlący się już od dawna, konflikt pomiędzy rozwijającymi się w Ameryce dwoma różnymi systemami społeczno-ekonomicznymi. Miał on oczywiście podłoże ekonomiczne, ale przejawiał się w politycznym sporze o charakter Unii. Przystępująca do rozbudowy własnego przemysłu Północ potrzebowała protekcjonistycznej pomocy państwa i ochrony przed konkurencją ze strony wyżej notowanego przemysłu zza Oceanu. Dla gospodarki Południa cła ochronne miały konsekwencje ujemne. Po pierwsze, oznaczały wyższe ceny na gorsze niż dotąd wyroby. Po drugie, pociągały za sobą retorsje rządów europejskich, odpowiadających cłami na towary importowane z Ameryki. Tymczasem głównym przedmiotem tego importu była bawełna i tytoń ze stanów południowych. Obłożenie ich cłem uczyniłoby je niekonkurencyjnymi wobec dostaw ze Wschodu. Konflikt między regionami o różnych systemach gospodarczych był więc nieunikniony. Gęściej zaludniona, przemysłowa Północ usiłowała wykorzystać do przeforsowania odpowiednich dla siebie rozwiązań teorię suwerenności narodu, oznaczającą, że większość liczona w skali całego kraju rozstrzyga o kierunku prowadzonej polityki. Południe, którego obywatele znajdowali się w mniejszości, musiało bronić teorii suwerenności poszczególnych stanów.

Politycy z Południa nie negowali konstytucyjnej zasady, że najwyższa władza w państwie spoczywa w rękach suwerennego narodu. Twierdzili jednak, iż jest on suwerenem przede wszystkim w swoim własnym stanie. Władze federalne czerpią zaś uprawnienia ze zgody poszczególnych stanów, które federację utworzyły. Zgodnie z konstytucją wszelkie uprawnienia rządu są nań delegowane, a on sam jest niczym więcej jak powiernikiem, którego kompetencje są wytyczone zakresem jego pełnomocnictwa i podlegają kontroli mocodawcy. Mocodawcą tym są poszczególne stany. Większość, opowiadająca się za jakimś rozwiązaniem, powinna więc być liczona na poziomie stanowym. Większość z Północy nie może narzucić swej woli mniejszości z Południa, tak jak większe państwo nie może domagać się dostosowania do swoich wymogów praw innego kraju tylko dlatego, że zamieszkiwany on jest przez mniejszą liczbę obywateli.

W opinii przedstawicieli Południa warunkiem trwania Unii było zrozumienie jej prawdziwego charakteru, opartego na konsensusie różnych grup społecznych i różnych regionów. Z tego powodu Calhoun uważał, że terminy takie jak „lud”, czy „naród” są fikcją polityczną. Każde społeczeństwo składa się bowiem z jednostek i grup, mających swe własne, odrębne, a często sprzeczne, interesy. Można je grupować i klasyfikować, nigdy jednak nie uzyska się w ten sposób zwartej całości, którą można by nazwać „interesem ludu”. W grę wchodzi bowiem konieczność wielu praktycznych kompromisów i ciągłego dostosowywania się. Tak więc twierdzenie, że rząd reprezentuje lud, jest demagogią służącą podporządkowaniu społeczeństwa i zagarnięciu jak największych pełnomocnictw, w imię niemożliwej do zrealizowania idei. Dlatego dla istnienia i zachowania wolnych państw "niezbędne są dwie siły: siła rządzonych, która pozwala im nie dopuścić do nadużywania władzy przez rządzących/.../oraz siła zmuszająca poszczególne części składowe społeczeństwa do sprawiedliwego układania wzajemnych stosunków i do liczenia się wzajemnie z interesami poszczególnych części...”

W ten sposób sformułowana została podwalina najważniejszej doktryny Calhouna - doktryny „współdziałających większości”, wychodzącej z założenia, że istnieją dwa sposoby stanowienia prawa. Jeden bierze pod uwagę wyłącznie liczby, traktując społeczeństwo jako jedność mającą wspólny interes i uważa opinię większej liczby ludzi za opinię całego społeczeństwa. Drugi bierze pod uwagę nie tylko liczby, ale też interesy, traktując społeczeństwo jak konglomerat sprzecznych interesów. „Pierwszą większość nazywam liczebną lub absolutną, drugą zaś współdziałającą lub konstytucyjną” - pisze Calhoun. Tylko większość sformułowana w drugi sposób ma szansę stworzenia powszechnie akceptowalnego prawa, stanowiącego podstawę zgodnego funkcjonowania społeczeństwa. Większość arytmetyczna natomiast, ma skłonności dyktatorskie i zwykle usiłuje, najczęściej bardzo arbitralnie, narzucać swą wolę aktualnej mniejszości, zmuszając ją do radykalnej obrony swych praw. Konflikty takie kończą się zazwyczaj bardzo źle dla całości społeczeństwa, a przecież można by ich uniknąć, kierując się zasadami kompromisu i współdziałania.

Dla osiągnięcia consensusu potrzebne są, oprócz politycznej woli, odpowiednie prawa i instytucje. Można do tego wykorzystać różne „ciała pośredniczące”, od dawna przywoływane w tradycji myśli politycznej. W Stanach Zjednoczonych rolę takich ciał pełnić mogą, i powinny, poszczególne stany. W przypadku niewypracowania rozsądnego kompromisu, stanom powinno przysługiwać prawo niestosowania na swym terytorium negowanego ustawodawstwa centralnego. Przekonanie to stanowiło podstawę słynnej doktryny „nullifikacji”, czyli stwierdzania przez stany nieobowiązywania danego prawa federalnego na swoim terytorium. Calhoun przywoływał dla jej uzasadnienia przykład polskiego liberum veto, które, jego zdaniem, nie ponosiło, odpowiedzialności za upadek państwa, jaki wynikł z powodu ingerencji czynników czysto zewnętrznych. Wydaje się jednak, że porównanie to nie jest najszczęśliwsze. Zasada veta działała bowiem przeciw prawu, uniemożliwiając jego wejście w życie. Zasada Calhouna sprowadzała się natomiast do niestosowania danego prawa jedynie na obszarze sprzeciwiającego się mu stanu. Nie unicestwiało to wysiłku prawodawczego tych, którzy chcieli się temu prawu podporządkować.

Uwieńczeniem doktryn współdziałających większości i nullifikacji było przyznanie stanom prawa secesji. Stanowiło to logiczną konsekwencję przyjętego domniemania, że to stany są suwerenem, któremu federacja zawdzięcza swoje istnienie. Skoro zaś stany powołały do życia Unię, to teraz mogą z niej również wystąpić.

twitterfacebookwykopKontakt e-mail
ZOBACZ STARSZE WPISY
NEWSLETTER

Podając swój adres e-mail, wyrażasz zgodę na otrzymywanie informacji od WEI.