BLOGI

Historyk, dyplomata. Był m.in. dyrektorem Ośrodka Studiów Międzynarodowych Senatu, podsekretarzem stanu i głównym doradcą ds. zagranicznych w rządzie premiera Buzka, zastępcą redaktora naczelnego tygodnika "Wprost". Ostatnio ambasador RP w Rydze i Erywaniu. Autor kilkuset publikacji na temat polskiej polityki zagranicznej i historii Polski w epoce międzywojennej

POZOSTAŁE WPISY AUTORA

Jerzy Marek Nowakowski

Rewolucja bez rewolucji

2018-02-13

Zapatrzeni we własne wojny wewnętrzne stajemy się w Polsce coraz bardziej prowincjonalni. Informacje ze świata pojawiają się w mediach głównie na zasadzie sensacji. Bo przecież mamy własne kłopoty.

Jednym z nich jest prowadzona konsekwentnie wymiana elit. Niby nic nowego pod słońcem. Już Mojżesz po wyprowadzeniu Żydów z niewoli egipskiej błąkał się ze swoim ludem przez 40 lat po pustyniach Półwyspu Synaj, aby wymarło pokolenie pamiętające niewolę. Do Ziemi Obiecanej mieli przyjść ludzie czyści i nie skażeni pamięcią złych czasów. Podobnie czyni Jarosław Kaczyński – do IV Rzeczypospolitej ma nas wprowadzać nowa elita, nie skażona błędami minionego ćwierćwiecza. Ponieważ jednak nie ma 40 lat czasu, to rolę pustyń Synaju odgrywają administracyjne decyzje i usuwanie złogów.

Trudni się dziwić, że duża część elit protestuje. Zarówno we własnym interesie jak i w przekonaniu, iż jakość następców jest gorsza niż wyrzucanych. Zarazem jednak mało kto zdobywa się na obserwację, że procesy zachodzące w Polsce są częścią procesu, który w mniejszym czy większym stopniu ogarnął cały świat zachodni.

Życie polityczne, a szerzej – publiczne – naszego kręgu cywilizacyjnego jest naznaczone narastającym  buntem przeciwko elitom. Coraz częściej odchodzący ze stanowisk politycy stają się obiektem dochodzeń prokuratorskich. Od Francji gdzie dotyczyło to byłych prezydentów, ale także skutecznie wykończyło politycznie co najmniej dwoje pretendentów do urzędu, po Bałkany. Co najmniej od czasu afery rozporkowej Clintona trwa prawnicze polowanie na najwyższych przedstawicieli władzy w USA.  Kiedyś drobna pomyłka – zakup pieluch służbową kartą kredytową – zniszczyła karierę pani Premier w Norwegii.

Czy dawniej było pod tym względem lepiej? Pewnie nie, ale solidarność elity politycznej gwarantowała odpuszczenie pomniejszych i większych grzeszków. O pewnych rzeczach szanujące się media po prostu nie mówiły – znowu sięgając do francuskiego przykładu, dowodem było solidarne milczenie w sprawie podwójnego życia prezydenta Mitteranda. W każdym razie gdzieś do początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku fraza z piosenki Kazika, że „na wysokim stanowisku czyny są nie te…” wydawała się prawdziwa. Później, czy to dlatego, że zmieniło się dziennikarstwo i świat mediów, czy dlatego, że ulegliśmy złudzeniu „końca historii”, elita polityczna stała się zwierzyną łowną dla paparazzich i tabloidów. Nastąpiła błyskawiczna dekonstrukcja politycznych autorytetów. Ludowe przekonanie, że „wszystko to k… i złodziej” niegdyś wypowiadane w rozmowach prywatnych, tonem zdradzania wielkiej tajemnicy, zyskało obywatelstwo w obiegu publicznym. Szczerze mówiąc współcześnie odwagi intelektualnej wymaga powiedzenie czegoś dobrego o politykach. A z drugiej strony, skoro „wszyscy oni … etc.” to możliwe stały się kariery Berlusconiego, Babisza, czy – także – Trumpa. W ludowym myśleniu przebił się podwójny komunikat – skoro mają miliardy to nie będą kradli i – skoro dorobili się miliardów to mają kompetencje do kierowania państwem, a w podtekście, może teraz dorobią się dla nas. 

Po dekonstrukcji elit politycznych przyszedł czas na elity intelektualne. Masowy wysyp oskarżeń o plagiaty, kolejne „demitologizujące” biografie pisarzy i uczonych w połączeniu z powszechnym przekonaniem, iż cała wiedza ludzkości dostępna jest w Internecie (czytaj „w Wikipedii”) oraz również powszechną względną pauperyzacja intelektualistów sprawiły, że „profesor” przestał być autorytetem. Student, kiedyś poszukujący intelektualnego mistrza i przewodnika oczekuje dziś od Uniwersytetu zaopatrzenia w zestaw praktycznych umiejętności pozwalających na zrobienie szybkiej kariery.

Gdzieś u progu XXI wieku rolę autorytetów i grupy wzorcotwórczej przejęła kategoria celebrytów. Znaleźli się w tej grupie także pisarze i uczeni obdarzeni wybitnym talentem marketingowym (dobry przykład to autorka cyklu o Harrym Potterze czy w historiografii prof. Norman Davies). Ale znaleźli się także, dominowali w tej nowej elicie aktorzy i sportowcy, oraz gigantyczna grupa osób znanych z tego, że są znane.

Jak się wydaje afera Harveya Weisteina i ogólnoświatowe powodzenie akcji #Metoo stanowi początek dekonstrukcji tej „łże elity”. Ludowe przekonanie, że „w tym Hollywoodzie panie to Sodoma i Gomora” właśnie zyskuje powszechne potwierdzenie. Na dodatek zaczynamy mieć do czynienia ze zjawiskiem jakby żywcem wyjętym z Orwella, czyli wycinaniem „niesłusznych” aktorów z nakręconych już filmów, albo odkładaniem dzieł na półki, bo stworzył je gwałciciel/molestant/ (i wkrótce) nieprawomyślny.

Do kompletu wypada jeszcze dołożyć postępującą laicyzację życia i upadek autorytetu Kościołów z rozbuchanymi ponad zdrowy rozsądek oskarżeniami o molestowanie i pedofilię oraz upadek kolejnych autorytetów w świecie wielkiego biznesu coraz częściej portretowanego jako zbiorowisko Madoffów.

Chciałbym być dobrze zrozumiany – nie nawołuje do tolerancji wobec przestępstw. Pedofilia, gwałty, korupcja czy oszustwa giełdowe powinny być ścigane i karane. Kłopotem jest to, że obraz publiczny elit został sprowadzony do tych grzechów.

Nasza cywilizacja, zwłaszcza cywilizacja demokratyczna została zbudowana na autorytetach i elitach. Tymczasem na naszych oczach struktura społeczna świata zachodu zaczyna zamieniać się w miazgę wolnych i konsumujących elektronów pozbawionych jakichkolwiek centrów przyciągania. 

Niedawno w jednej z rosyjskich szkół przeprowadzono wśród dzieci ankietę: kim chciałbyś zostać, gdy dorośniesz? Wśród chłopców najpopularniejszy okazał oficer a wśród dziewcząt prostytutka. Motywacje w pierwszym wypadku wskazywały na możliwość bezkarnego używania przemocy a w drugim na przyjemne i dostanie życie bez wysiłku. W Rosji destrukcja elit ma długą tradycję. Ale wyobraźmy sobie małego Jasia, który zadaje sobie pytanie: kim chciałbym być? Politykiem, czy szerzej działaczem na rzecz dobra powszechnego? Fuj, oszuści i złodzieje. Uczonym albo pisarzem? Umrzesz z głodu albo będziesz musiał być oszustem. Biznes – skończysz w więzieniu. Gwiazda filmowa – narkotyki cię zabiją. I tak dalej… Szkoda czasu na marzenia, lepiej usiąść przy kompie, pograć w gry… wrzucić coś na Snapa.

Zamiana społeczeństw na zbiorowisko ludzkiej miazgi doprowadza także do destrukcji instytucji demokratycznych. Stosując kategorie z „Polityki” Arystotelesa, na Zachodzie demokracja ewoluuje w szybkim tempie ku ochlokracji czyli rządom emocjonalnego tłumu kierowanego przez demagogów. Ustrój demokratyczny oparty był na elitach: władzy, wpływu, urodzenia. Nawet po wprowadzeniu głosowania powszechnego (czyli mniej więcej sto lat temu) elity tworzyły wzorce postępowania i dyktowały modele zachowań społecznych. Awans społeczny był od początku ludzkiej cywilizacji głównym motorem działania. W większości dziedzin życia był on połączony z relacją mistrz-uczeń, czy jak kto woli autorytet – naśladowca. Współcześnie więzi te zostały przerwane i zakwestionowane.  Pojęcie elita staje się – nie tylko w Polsce – obelgą.

Nie piszę tego w  nostalgii za przeszłością i z tęsknoty za tym, żeby było tak jak było. To niemożliwe. Jesteśmy świadkami rewolucji zachodzącej w całym naszym kręgu cywilizacyjnym. Pytaniem kluczowym jest: ku czemu ta rewolucja zmierza? Dotychczasowe zmiany rewolucyjne odbywały się w sposób krwawy i prowadziły do głębokiej wymiany elit. Obecna przebiega na ogół bezkrwawo, ale też nie ma realnych kontrelit aspirujących do zastąpienia obecnych. Na horyzoncie widać na razie trzy alternatywne modele: islamski, chiński i matrixa. Model islamski, to projekt powrotu do twardych wartości, model konserwatywnej kontrrewolucji, początkowo łagodnej (jak w „Uległości” Houellbecqa), ale nadchodzącej z marginesów społeczeństwa. Model chiński to logiczna kontynuacja opisu Arystotelesa, przejecie władzy przez twardniejącą i rządzącą silną ręką oligarchię. I wreszcie Matrix – wyglądający na najbardziej futurystyczny i dziwaczny – przejecie rządów przez wymykającą się ludzkiej kontroli sztuczną inteligencję przed czym przestrzegają co wybitniejsi intelektualiści.

Przyznam się, ze żaden z tych modeli nie wygląda szczególnie pociągająco. Marnym pocieszeniem jest to, że nasze pokolenie będzie testowało względnie łagodną wstępną wersję tych przemian.  Ponieważ nadzieja umiera ostatnie wciąż po cichu liczę, ze nasza cywilizacja, która już parę razy podnosiła się po rewolucjach zdoła to zrobić raz jeszcze. Zapanuje nad technologią i odtworzy swoje elity. Cienie Robespierre’a i Stalina czają się tuż za rogiem.

twitterfacebookwykopKontakt e-mail
ZOBACZ STARSZE WPISY
NEWSLETTER

Podając swój adres e-mail, wyrażasz zgodę na otrzymywanie informacji od WEI.

NASI BLOGERZY