BLOGI

Publicysta tygodnika „Do Rzeczy”, felietonista „SuperExpressu” i współpracownik Polskiego Radia 24. Pracę dziennikarską zaczynał w „Życiu”. Przez 10 lat jako komentator był związany z dziennikiem „Fakt”, następnie z tygodnikiem „W Sieci” i portalem wPolityce.pl. Prowadzi programy „Szukając Dziury w Całym” i „Wróżenie z Faktów” na antenie Polskiego Radia 24. Autor wywiadów rzek: z Radosławem Sikorskim „Strefa zdekomunizowana” i ze śp. Lechem Kaczyńskim „Ostatni wywiad” oraz cyklu rozmów z analitykami Ośrodka Studiów Wschodnich „Między Berlinem a Pekinem”. Członek Ruchu Obywatelskiego Miłośników Broni. Drugie hobby to muzyka klasyczna, przede wszystkim barokowa.

POZOSTAŁE WPISY AUTORA

Łukasz Warzecha

Słów kilka o przymusie pracy

2018-03-18

W dyskusji o zakazie niedzielnego handlu przewija się nieustannie pewien kuriozalny argument jego zwolenników, któremu warto przyjrzeć się bliżej. Oto pracownicy handlu (nie wszyscy oczywiście – ustawa, jak wiadomo, całkowicie arbitralnie wyróżniła tutaj pewną grupę) mają mieć prawo do wolnych niedziel, ponieważ swoją pracę mieli podjąć „z musu”. Rozbierzmy to rozumowanie na czynniki pierwsze, zwłaszcza że może być ono stosowane także w kontekście ewentualnych przyszłych antyliberalnych rozwiązań.

Po pierwsze – nie istnieje prawny przymus pracy w ogóle ani przymus pracy w konkretnym zawodzie. Można pracy nie podejmować, ponosząc tego konsekwencje w postaci braku państwowego wsparcia. Jeśli ktoś woli wieść życie wagabundy czy też uważa, że jest samowystarczalny – wolno mu. Z drugiej strony – pracownik dobrowolnie i świadomie decyduje się na określone warunki zatrudnienia. W przypadku pracowników handlu była to praca w niedziele (ale nie we wszystkie i nie przez siedem dni w tygodniu przez okrągły miesiąc – to mity); w przypadku dziennikarzy są to w ogóle nienormowane godziny pracy; w przypadku pilotów – częsta nieobecność w domu, praca we wszystkie dni tygodnia, duże obciążenie organizmu zmianami czasu; w przypadku policjantów – kontakt z osobami, z którymi normalnie nie chcielibyśmy mieć kontaktu oraz ryzyko utraty zdrowia lub życia na służbie. I tak dalej. Jeśli pracownicy handlu nagle zgłaszają obiekcje co do pracy w niedziele, równie dobrze policjanci mogliby zażądać, żeby uwolnić ich od kontaktu z przestępcami, a górnicy – żeby nie posyłać ich do fedrowania na przodku.

Tu uprzedzam kontrargument, że kontakt z przestępcami lub fedrowanie w kopalni to nieodłączne cechy wspomnianych zawodów, podczas gdy handel w niedziele nie jest nieodłączną cechą pracy w tej branży. Tyle że to kwestia umowy, w ramach której podejmowało się dane zajęcie. Gdy idzie o czas pracy w handlu, jest to kryterium mniej ostre niż kontakt z przestępcami w przypadku policjanta. Jeśli jednak kwestionujemy niedzielną pracę części handlowców, możemy równie dobrze zakwestionować ich pracę po godzinie 16 w każdy inny dzień – bo czemu nie? Handel da się przecież prowadzić od 10 do 16. Ważne jest to, że narzucając zakaz, państwo zmienia umowy między pracodawcami i pracownikami niejako z mocą wsteczną, dodatkowo ingerując w swobodę ich zawierania.

Po drugie – niemal dla każdego istnieje ekonomiczny przymus pracy, czyli bez pracy i otrzymywanego za nią wynagrodzenia przeciętnemu człowiekowi trudno żyć. Z tego przymusu są wyłączeni bardzo nieliczni. W zasadzie jedynie różnego rodzaju rentierzy, względnie dzieci, utrzymywane przez wystarczająco zamożnych rodziców, bo nawet właściciel dużego majątku na ogół wykonuje pracę, polegającą na zarządzaniu nim. I nie może się z niej zwolnić, nawet jeżeli do bieżącego kontrolowania sytuacji ma wynajętych pracowników.

Po trzecie – wśród pracujących zdecydowaną mniejszość stanowią ci, którzy wykonują pracę swoich marzeń i są z niej bezwzględnie zadowoleni. Do tej grupy można zapewne zaliczyć specjalistów takich jak lekarze, piloci, informatycy itp. – ale absolutnie nie wszyscy, bo samo kierunkowe wykształcenie nie gwarantuje dobrej pracy. Można by tu też prawdopodobnie włączyć większość przedstawicieli wolnych zawodów, ale i tu ścieżka bywa kręta. Większość najemnych pracowników różnego rodzaju nie wykonuje pracy marzeń ani nawet pracy optymalnej ze swojego punktu widzenia. Nierzadko odbija się to zresztą na ich stosunku do konsumentów.

Co z tego wynika? Ano to, że gdyby kryterium ustawowej interwencji w czyjąś pracę i jej warunki – a czymś takim jest zakaz niedzielnego handlu – uczynić to, czy pracuje z ekonomicznego musu i czy pracuje na swoim wymarzonym stanowisku w wymarzonym miejscu czy też musiał przyjąć propozycję, jaka była dostępna w danym miejscu i dla jego kwalifikacji – trzeba by tą interwencją objąć zapewne trzy czwarte pracujących w Polsce, ograniczając czas ich pracy. Bo przecież pracują „z przymusu”.

To argumentacja o tyle groźna, że na niej mogą się opierać kolejne interwencje w rynek, polegające nie tylko na dalej idących zakazach pracy w niedzielę (co „Solidarność” już zapowiedziała), ale i innych kwestiach. Tymczasem jako niepożądane zjawisko kwalifikuje ona to, co dla każdego rynku pracy jest normalne: że pracuje się, bo trzeba, i że przeważnie nie jest to praca, o jakiej się marzy.

 

***

Na marginesie tego tekstu jeszcze jedna uwaga ogólna: oponenci często popełniają błąd, zakładając, że jeżeli broni się jakiegoś rozwiązania, poglądu, jakiejś sprawy, to znaczy, że jest się w nią samemu zaangażowanym. Niemała grupa ludzi sądzi, że jeżeli atakuje się zakaz niedzielnego handlu, to jest się namiętnym gościem sklepów wielkopowierzchniowych i centrów handlowych w niedzielę. Inni uważają, że jeśli kwestionuje się urządzanie polskich miast pod potrzeby rowerzystów, to oznacza, że, jadąc samochodem, stara się trafić każdego napotkanego rowerzystę, względnie zepchnąć go na pobocze. Jeśli protestuje się przeciwko wyrzucaniu aut z centrów miast, to na pewno zawsze podjeżdża się samochodem pod same drzwi. A jeśli jest się przeciwko uderzaniu w myśliwych, to samemu się poluje i podrzyna z lubością gardła niedostrzelonej zwierzynie.

Otóż, szanowni państwo – nie. Proszę sobie wyobrazić, że zajęcie stanowiska w jakiejś sprawie nie oznacza, że ma się do tego jakiekolwiek osobiste powody. Nie trzeba ich mieć, żeby krytykować regulacje i pomysły oparte na sposobie rozumowania, który uznaje się za błędny i niebezpieczny.

A zatem, gwoli wyjaśnienia: nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem w niedzielę w sklepie, nie taranuję rowerzystów, parkuję wyłącznie na wyznaczonych miejscach, czasem daleko od celu, a na dodatek nie jestem myśliwym.

twitterfacebookwykopKontakt e-mail
ZOBACZ STARSZE WPISY
NEWSLETTER

Podając swój adres e-mail, wyrażasz zgodę na otrzymywanie informacji od WEI.

NASI BLOGERZY