BLOGS

Publicysta tygodnika „Do Rzeczy”, felietonista „SuperExpressu” i współpracownik Polskiego Radia 24. Pracę dziennikarską zaczynał w „Życiu”. Przez 10 lat jako komentator był związany z dziennikiem „Fakt”, następnie z tygodnikiem „W Sieci” i portalem wPolityce.pl. Prowadzi programy „Szukając Dziury w Całym” i „Wróżenie z Faktów” na antenie Polskiego Radia 24. Autor wywiadów rzek: z Radosławem Sikorskim „Strefa zdekomunizowana” i ze śp. Lechem Kaczyńskim „Ostatni wywiad” oraz cyklu rozmów z analitykami Ośrodka Studiów Wschodnich „Między Berlinem a Pekinem”. Członek Ruchu Obywatelskiego Miłośników Broni. Drugie hobby to muzyka klasyczna, przede wszystkim barokowa.

STORIES BY AUTHOR
  • No other articles added

Łukasz Warzecha

Trzy stówy na dziecko, czyli wyborczy kabanos

2018-04-16

Damy wam jeszcze więcej (nie swoich) pieniędzy, a wy w zamian na nas znowu zagłosujecie – tak najkrócej można by podsumować przesłanie konwencji PiS. Można do tej konstrukcji, dość prostej i znanej w demokracji w zasadzie od jej początków, dorabiać wielopiętrowe teorie, jak zrobił to w jednym z programów publicystycznych prof. Andrzej Zybertowicz. Powiedział on, że „program socjalnym, który realizuje PiS, jest właśnie dobrym rozpoznaniem odwrotu państwa liberalnego, który następuje w Europie Zachodniej. To właśnie odpowiedź na wyzwania dzisiejszych trendów cywilizacyjnych”. Z całą sympatią (także osobistą) do pana profesora, na poziomie hasłowej diagnozy faktów (odwrót od państwa liberalnego) może to i racja – choć należałoby najpierw ustalić, co rozumiemy pod pojęciem państwa liberalnego, a mogłoby się okazać, że wcale nie mamy na myśli liberalizmu gospodarczego. A w takim razie opozycja, którą w swojej wypowiedzi przedstawia Andrzej Zybertowicz, jest nieuprawniona. Moglibyśmy się najwyżej zgodzić, że istotnie, następuje odwrót od państwa demokracji liberalnej w sensie czysto politycznym, ale nie ekonomicznym, bo takiego liberalizmu od dawna lub nigdy nie było poza pojedynczymi przypadkami (np. Thatcher w Wielkiej Brytanii czy, w mniejszym stopniu, czas ekonomistów ze szkoły chicagowskiej w Chile). Ale twierdzenie, że socjalistyczne pomysły PiS to jakaś odpowiedź na jakieś wyzwania – z całym szacunkiem, ale kupy się jednak nie trzyma. Socjalizm ze swojej istoty nie jest nigdy odpowiedzią na żadne realne problemy.

Obietnic różnego rodzaju usłyszeliśmy na konwencji wiele, w tym dwie, zaprezentowane jako najważniejsze dla przedsiębiorców, czyli mały ZUS dla małych firm (zapowiadany zresztą już dawno – i od dawna mający obowiązywać) oraz obniżkę CIT do 9 proc. Rzecz w tym, że obniżka CIT to zabieg czysto propagandowy, ponieważ dotyczyć będzie bardzo małej grupy firm – mikroprzedsiębiorstw o przychodzie mniejszym niż 2 mln euro rocznie.

W kwestii obniżki ZUS jest trochę niewiadomych, bo istotą sprawy jest ustawienie granic i kryterium proporcjonalności ZUS-owskiego podatku, o czym enigmatycznie wspominał premier. Mówiąc w uproszczeniu, o ile dla mniejszych przedsiębiorców ulga w ryczałtowym ZUS byłaby faktycznie zbawienna i wyczekują jej oni jak kania dżdżu, o tyle może się okazać, że ktoś musi za to jednak zapłacić, a więc ci, którzy będą mieć przychody przewyższające przyjęty próg, zapłacą więcej niż dotychczasowy ryczałt. Oby tak się nie stało i pierwotne zapowiedzi Mateusza Morawieckiego oraz innych przedstawicieli rządu wskazywały, że przedsiębiorcy o wyższych przychodach będą mieli możliwość pozostania przy ryczałcie.

W sumie zatem mamy jedną zmianę czysto propagandową i drugą, o potencjalnie dużym znaczeniu dla biznesu, ale mocno spóźnioną i wciąż nieznaną w szczegółach.

O czym mowy nie było? Nie usłyszeliśmy nic o zmniejszeniu obciążeń, dotyczącym wszystkich obywateli. Nikt nie zająknął się o podwyżce kwoty wolnej do 8 tysięcy złotych dla każdego, co wprost obiecywała premier Szydło w swoim exposé w 2015 roku, zaliczając to do działań zaplanowanych na pierwszy sto dni nowego rządu. Nikt nie wspomniał o terminie przywrócenia podatku VAT do 22 procent, a „tymczasowo” podniesionego do 23 procent przez rząd Tuska. W kontekście festiwalu obietnic dość zabawnie zabrzmiała odpowiedź Jarosława Kaczyńskiego na pytanie o podwyższenie kwoty wolnej, zadane mu w Trzciance podczas inauguracji objazdu polityków PiS po Polsce. Naczelnik odpowiedział: „Rząd nie ma kopalni pieniędzy”. Cóż, okazuje się, że pieniędzy jest dość na wszystko, tylko nie na spełnienie tej jednej obietnicy.

Tymczasem ta właśnie kwestia – kwota wolna – jest szczególnie symboliczna i stanowi probierz stosunku PiS do gospodarki i obywateli. Kwota wolna, której ani o grosz nie podniosła PO od 2009 roku, była w Polsce jedną z najniższych wśród krajów o rozwiniętej gospodarce.

PiS, zmuszony orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego, podniósł ją, owszem, ale jedynie dla absolutnie najuboższych (dochód roczny do 6,6 tys. zł), ale też nie do obiecanych 8 tys., a jedynie do 6,6 tys. złotych. Następnie jej wielkość maleje do progu 11 tys. zł dochodu rocznego, do 85528 zł dochodu (wysokość I progu podatkowego) wynosi 3091 zł (czyli tyle, ile od 2009 r.), potem do 127 tys. znów maleje, a powyżej 127 tys. dochodu rocznego znika całkowicie. A zatem lepiej zarabiającym podatnikom nie tylko kwoty wolnej nie podwyższono, ale wręcz obniżono lub zabrano całkowicie.

Było to nie tylko złamanie całkiem wprost obietnicy wyborczej, ale także wyraźne wskazanie, kto rządzących obchodzi, a kto nie. Mamy tu praktyczną realizację narracji o przeciwstawieniu „zwykłych Polaków” złym „elitom” (jeśli ktoś zarabia więcej, automatycznie musi należeć do „elity”) i wskazanie, że ci, którzy osiągają sukces finansowy są poza zasięgiem zainteresowania partii rządzącej. Sukces zresztą bardzo relatywny, bo kwotę wolną tracą już ludzie, zarabiający około 7 tys. netto miesięcznie, co, jako żywo, nie jest sumą zawrotną. Priorytetem pozostaje „wyrównywanie szans”, które w istocie z wyrównywaniem szans nie ma nic wspólnego, bo nie jest nim intensywna redystrybucja. Równe szanse oznaczają jedynie równe możliwości, zagwarantowane dzięki sprawnemu państwu oraz, ewentualnie, dobrze ukierunkowaną pomoc, skierowaną do tych, w których dla dobra wspólnoty warto zainwestować publiczne pieniądze – na przykład w formie stypendiów. Tylko tyle i aż tyle.

Wśród zapowiedzi PiS są i takie, które – mimo redystrybucyjnego charakteru – można uznać za ciekawe i pożyteczne. Do takich zaliczyłbym propozycję przyznania minimalnej emerytury matkom, które urodziły i wychowały przynajmniej czworo dzieci. Prowadzenie domu i wychowanie wielu dzieci to właściwie praca etatowa, ale to też praca na rzecz nas wszystkich, bo demografia nie da się zaczarować. Tu warto, żeby państwo sięgnęło do kieszeni. Również po to, aby okazać szacunek dla kobiet, które podjęły się trudnej życiowej roli – często trudniejszej niż najambitniejsza praca zawodowa. Nie mówimy zresztą o emerytalnych kokosach – minimalna emerytura jest dzisiaj właściwie głodowa, wynosi lekko ponad tysiąc złotych.

Pozostałe punkty budzą większe wątpliwości. Mgliście zarysowany program dostępności, który ma kosztować w ciągu kilku lat 23 miliardy złotych, wygląda raczej jak okazja do upasienia się różnych firm na publicznej kasie (budowa wind, pochylni dla niepełnosprawnych itd.).

Szczególnie jednak warto przyjrzeć się klasycznej wyborczej kiełbasie, czyli wyprawkom na rozpoczęcie roku szkolnego, po 300 złotych na dziecko. W pierwszym odruchu wielu może się oburzyć na takie określenie tego projektu. Jak to „kiełbasa wyborcza”, skoro wiadomo przecież, że koszt wyposażenia ucznia jest ogromny, a wielu na to nie stać? Co prawda nie dotyczy to podręczników, które od czasów Platformy są „darmowe”, czyli faktycznie finansowane z naszych podatków. Co zresztą jest rozwiązaniem fatalnym: jakość rządowych książek woła o pomstę do nieba, roi się w nich od błędów merytorycznych, poziom bywa żenujący, a każdy ambitniejszy nauczyciel i tak będzie chciał wyposażyć uczniów w dodatkowe książki. No, ale na tym właśnie polega socjalizm: wszystkim tak samo i „bezpłatnie”, chociaż przez to gorzej, słabiej, głupiej i przede wszystkim bez wyboru.

Lubię precyzję, więc pojęcie „kiełbasy wyborczej” traktuję podobnie. To mianowicie przedsięwzięcie w swojej istocie populistyczne (o tym, czym jest populizm, już na blogu pisałem). Charakteryzuje się tym, że o ile jego istota populistyczna być nie musi – i w przypadku „wyprawki plus” nie jest, bo można by się istotnie zgodzić, że państwo powinno jakoś pomóc tym, których nie stać na wyposażenie dziecka do szkoły – to już przyjęty mechanizm nie jest optymalny – ma spełniać cynicznie wyznaczony cel polityczny, jakim jest kupowanie wyborców. Dotyczy to również 500 Plus. Znacznie tańszym i lepszym rozwiązaniem byłyby ulgi podatkowe (tak, wiem, niektórzy zarabiają tak mało, że podatków nie płacą, ale, proszę sobie wyobrazić, że fiskus umie też robić zwroty podatkowe), ale wtedy cały program nie miałby populistycznego waloru comiesięcznych przelewów od rządu na konto.

Gdy idzie o 300 złotych na wyprawkę, jest podobnie. Gdyby rządowi faktycznie chodziło o pomoc potrzebującym, a nie o łapówkę wyborczą, zadziałałby całkiem inaczej. Po pierwsze – stworzyłby mechanizm identyfikacji tychże potrzebujących. To nie jest trudne – wychowawcy w szkołach raczej znają sytuację dzieci, są ośrodki pomocy społecznej, są instytucje, pozwalające ubiegać się o pomoc. Taka selekcja byłaby zresztą w tym przypadku znacznie bardziej uzasadniona niż w przypadku 500 Plus, bo ten ostatni program miał mieć w zamyśle znaczenie cywilizacyjne, a więc z zasady nie miało tu być selekcji na bardziej i mniej potrzebujących. „Wyprawka plus” niczym takim nie jest i nie będzie. Ma pomóc w sfinansowaniu nauki.

Po drugie – zamiast bardziej ukierunkowanej i być może poważniejszej pomocy dla naprawdę potrzebujących mamy szerokie rozdawnictwo bez żadnej weryfikacji. Wolałbym, aby rodzice, których dzieci wykazują zdolności w jakimś kierunku – muzyczne, plastyczne, sportowe, lingwistyczne, matematyczne, jakiekolwiek – a których nie stać na opłacenie odpowiednich zajęć, dostali od państwa pomoc w tej dziedzinie. I to nie w formie gotówki, ale w formie bonów, możliwych do odpowiedniego wykorzystania. Wtedy moglibyśmy mówić o tym, że państwo naprawdę inwestuje w szczególnie uzdolnione jednostki. A dla tych uczniów, przy odpowiednim systemie motywacyjnym – na przykład systemie stypendialnym – byłaby to motywacja do pilnej nauki.

Tyle że byłoby to – po pierwsze – znacznie trudniejsze organizacyjnie niż wypłacenie na każde dziecko trzech stów raz na rok. Po drugie – nie miałoby wspomnianego wcześniej waloru przelewów „od rządu”. Po trzecie wreszcie – program stypendialny wspierania nie tylko potrzebujących, ale też najzdolniejszych, nosiłby posmak elitaryzmu, a z tym przecież PiS zaciekle walczy. I dlatego mamy, co mamy, czyli trzysta na dziecko. Że trochę mało jak na porządną kiełbasę wyborczą? No dobrze, niech będzie, że to na wyborczego kabanosa.

twitterfacebookwykopKontakt e-mail
SEE PREVIOUS NOTES
NEWSLETTER

By providing your e-mail address, you agree to receive information from WEI.

OUR BLOGGERS