BLOGI

Sekretarz Departamentu Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, ekspert Warsaw Enterprise Institute. Autor i współautor stanowisk legislacyjnych, memorandów i raportów tematycznych. Zajmuje się przede wszystkim zagadnieniami związanymi z prawem gospodarczym i podatkowym. Zainteresowania: polityka, ekonomia, historia polityczna Polski, literatura europejska

POZOSTAŁE WPISY AUTORA
  • Nie dodano innych artykułów

Jakub Bińkowski

Warto brać przykład, ale nie ze wszystkich

2018-01-29

Jedną ze stałych właściwości polskiej polityki jest używanie wzorców zagranicznych, jako argumentu ostatecznego i kończącego dyskusję. Jeśli przy tym powołuje się przykład państwa Europy Zachodniej, do którego poziomu zamożności Polska aspiruje, wówczas jego moc rażenia staje się jeszcze większa. Zdania takie, jak: „we Francji tak jest i jakoś żyją”, albo „Niemcy wprowadzili to już dawno temu”, to wytrychy, za pomocą których odpierany jest każdy – nawet najbardziej logiczny i merytorycznie poprawny - argument przeciwko jakiemuś rozwiązaniu.

O ile nie ma niczego złego w samym korzystaniu ze sprawdzonych już gdzieś pomysłów, to używanie tego mechanizmu w przypadkach rozwiązań najbardziej szkodliwych dla gospodarki i antykonkurencyjnych, staje się już powoli polską specyfiką. Przykłady pierwsze z brzegu – „apteka dla aptekarza”. Regulacja fatalna, zamykająca rynek, stawiająca w sytuacji co najmniej kłopotliwej samych farmaceutów (słynny już przykład gorącej zwolenniczki nowych przepisów, która po ich wejściu w życie straciła prowadzoną przez wiele lat aptekę) - projektodawcy sami do końca nie wiedzieli, po co w ogóle wychodzą z tą propozycją. Zabrakło jakiegokolwiek logicznego argumentu przemawiającego za wprowadzeniem tej regulacji, zdecydowano się zatem na użycie broni ostatecznej – przykładu innych państw europejskich. Nic to, że znaczna część tych, które ograniczyły dostęp do rynku aptecznego, już się powoli z tego pomysłu wycofuje – słowo poszło w świat, i skoro Włosi mają takie regulacje, to możemy mieć i my. Analogiczna sytuacja miała miejsce choćby w przypadku tzw. zakazu handlu w niedziele. Zastosowanie opisywanej zasady sięgnęło kuriozalnego poziomu w przypadku zakazu hodowli zwierząt futerkowych, gdzie opisuje się go jako „drogę na Zachód”, a w debacie medialnej powołuje się na przykłady państw ograniczających hodowle. Pomija się całkowicie fakt, że istnieją, cóż za zdziwienie, zachodnie firmy żywo zainteresowane zakazem hodowli zwierząt futerkowych w Polsce.

Odwoływanie się do przykładów europejskich jest niezłą metodą do stosowania przy projektowaniu nowych regulacji. Istnieje tylko jeden warunek – trzeba powoływać się na dobre wzorce, których implementację do polskiego systemu da się logicznie uzasadnić. Jeszcze lepiej, jeśli da się wskazać mierzalne, możliwe do osiągnięcia korzyści. Stosowanie takich kryteriów przy doborze wzorców do przejęcia z zagranicy, stanowiłoby niemal kopernikański przewrót w polskiej praktyce stanowienia prawa, jednak warto się o to pokusić. Żeby pierwsze kroki nie były zbyt trudne - poniżej pierwszy przykład do wykorzystania.

Raczej rzadko spoglądamy na Rumunię, jak na kraj, który warto naśladować. Jeśli porównamy PKB per capita mierzone w międzynarodowych dolarach, z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej – jest to państwo nieznacznie biedniejsze od Polski (wg Banku Światowego). Z kolei zgodnie z raportem Global Wealth Databook, przeciętny Polak dysponuje znacznie większym majątkiem (ok. 28 tysięcy dolarów), niż przeciętny Rumun (16 tysięcy dolarów). Sytuacja bieżąca jest zatem taka, że Rumunia to państwo na porównywalnym poziomie rozwoju gospodarczego do Polski, jednak ze znacznie uboższym społeczeństwem. Postrzegamy ją, jako regionalnego średniaka (samemu naturalnie aspirując do roli gospodarczego lidera Europy Środkowo-Wschodniej) i mamy ku temu wszelkie powody, jednak rumuński rząd podjął w ciągu ostatnich kilku miesięcy szereg decyzji, które w perspektywie najbliższych lat mogą zmienić ten stan rzeczy.

W pierwszej kolejności obniżono stawkę VAT. W 2016 roku do 20 proc., a rok później do 19 proc. Rezultaty? Wtedy, gdy w Unii Europejskiej konsumpcja rosła (w ujęciu rok do roku) o 3,5 proc. w czerwcu, 2,3 proc. w sierpniu i 0,4 proc. w październiku 2017 roku, w Rumunii – w analogicznych okresach – konsumpcja rosła kolejno o 7,3 proc., 15,5 proc. i 12,6 proc. Dane te przełożyły się na wzrost gospodarczy – dziennikarze ekonomiczni nie ukrywali zdziwienia, gdy okazało się, że w III kwartale 2017 roku PKB Rumunii wzrosło o ponad 8 procent (o 2 punkty procentowe więcej, niż w Chinach). To jednak nie koniec reform. Od stycznia 2018 roku, stawka PIT została obniżona do 10 proc., a kwota wolna od podatku wzrosła do równowartości ponad 23 tysięcy złotych. Zmniejszono również składki na ubezpieczenia społeczne. Najciekawszą jednak zmianą jest wprowadzenie podatku obrotowego o stawce 1 proc. dla mikroprzedsiębiorców osiągających przychody w przedziale od 0,5 do 1 miliona euro. Planowana reforma zakładała zresztą w swoim pierwotnym kształcie objęcie podatkiem przychodowym o stawkach 1 proc., 2 proc. i 3 proc. wszystkich podmiotów, jednak na tę chwilę wycofano się z tego pomysłu.

Jakie są rezultaty zmian obowiązujących w Rumunii od tego roku? W tym momencie ciężko jest opisać je za pomocą twardych liczb, ponieważ działają zbyt krótko. Przewiduje się, że wprowadzenie podatku przychodowego spowoduje zmniejszenie obciążenia fiskalnego firm o ok. 400 milionów lej. Analitycy tymczasem zakładają, że PKB Rumunii wzrośnie w 2017 roku nawet o 6,1 proc.

Przykład Rumunii jest istotny z przynajmniej trzech względów. Po pierwsze – zgodnie z logiką przedstawioną w pierwszych akapitach tekstu, pomysł środowiska ZPP i WEI na wprowadzenie w Polsce podatku przychodowego dla firm, spotykał się z niedającym się obalić argumentem pod tytułem „nigdzie w Europie nie ma takiego podatku”. Teraz już jest. Mało tego, okazało się, że Rumuni mieli – w przeciwieństwie do nas – wystarczająco dużo odwagi i determinacji, by wprowadzić to rozwiązanie jako pierwsi. Po drugie, jak wynika z prognoz dotyczących wzrostu produktu krajowego brutto Rumunii w bieżącym roku, wprowadzenie podatku przychodowego nie wiąże się wcale – wbrew proroctwom naszych rodzimych doradców podatkowych oraz podpowiadaczy politycznych od spraw wszelakich – z gospodarczą katastrofą i niszczeniem biznesu. Może być raczej wręcz przeciwnie. Po trzecie w końcu (i to jest konkluzja najważniejsza, a przy tym bardzo dla Polski niesympatyczna), mamy oto przykład państwa nie tylko europejskiego, ale położonego dodatkowo w tym samym regionie, co my, które zdecydowało się przeprowadzić gospodarczą reformę o charakterze zdecydowanym i kompleksowym.

Uproszczenie systemu podatkowego, zmniejszenie klinu obciążającego wynagrodzenia – Rumunia postąpiła niemal dokładnie według rekomendacji ZPP i WEI. Obniżenia stawki VAT w ścisłym sensie akurat nie proponowaliśmy (raczej jej spłaszczenie do poziomu stawki efektywnej), jednak impuls prokonsumpcyjny już w Polsce istnieje i nazywa się 500+. W każdym razie, postulaty ZPP i WEI projektowane były z myślą o Polsce – po to, żeby w obliczu zagrożenia utknięcia w pułapce średniego rozwoju, wykreować systemowe bodźce rozwojowe dla gospodarki. Przebieg wypadków okazał się jednak następujący. Gotowa propozycja radykalnej zmiany podejścia do kształtowania polityki gospodarczej, spotyka się raczej z lekceważeniem, niż faktycznym zainteresowaniem. Reformę złożoną z niemal identycznych elementów, co proponowane przez ZPP i WEI, przeprowadza inne państwo regionu. Najpewniej z bardzo dobrymi skutkami gospodarczymi. Można przypuszczać, że w najbliższym czasie w Rumunii zarejestruje się całe mnóstwo nowych działalności gospodarczych, w tym także polskich, mieliśmy już przecież kazus czeski. Co w XXI wieku stoi na przeszkodzie? Oczywiście, że nic. I zapewne wówczas, gdy w Rumunii otworzą się tysiące polskich spółek, oraz kilkukrotnie więcej spółek z innych państw Europy, któryś z naszych polityków wpadnie na pomysł, że być może warto skorzystać z tej recepty – gotowej już przecież od kilku lat. Tylko wtedy będzie już za późno i w gospodarczym wyścigu gonić będziemy już być może nie Niemców, czy Brytyjczyków, a Rumunów.

 

PS. Kazusowi rumuńskiemu smaczku dodaje fakt, że zmiany zostały przeprowadzone przez koalicyjny rząd, w którym główne skrzypce gra postkomunistyczna Partia Socjaldemokratyczna, w trakcie kryzysu politycznego spowodowanego m.in. projektowanymi zmianami w zakresie karania za niektóre przestępstwa korupcyjne, oraz w warunkach trzykrotnej zmiany premiera w ciągu roku. Ciężko zatem ukryć, że stabilny, większościowy rząd, w okresie doskonałej koniunktury i z silnym poparciem społecznym, dysponuje znacznie mocniejszymi narzędziami, by tak odważną reformę przeprowadzić.

twitterfacebookwykopKontakt e-mail
ZOBACZ STARSZE WPISY
NEWSLETTER

Podając swój adres e-mail, wyrażasz zgodę na otrzymywanie informacji od WEI.

NASI BLOGERZY