Obama – doktryna jazdy bez trzymanki

Obama – doktryna jazdy bez trzymanki

Doceniasz tę treść?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Ćwierć wieku temu byliśmy pierwszoplanowymi bohaterami wielkiego przetasowania świata. Cichym bohaterem była oczywiście Ameryka. 10 lat nieugiętej polityki i gospodarczego wyniszczania „imperium zła”, przyniosło owoce. Dziś Polska znowu na chwilę zawitała na pierwszych stronach, już jako symbol porażki amerykańskiej polityki zagranicznej. Czegoś, co Obama nazywa doktryną – siłą moralnego autorytetu i dyplomacji konsensusu, a komentatorzy nazywają globalną pułapką słabej prezydencji.

Prezydent Obama jest wypalony. Wojnami o służbę zdrowia, minimalne płace, ochronę środowiska – przegrane lub w bólach wygrane batalie – osłabiły jego siłę rażenia. Na to nałożył się najdłuższy okres stagnacji od czasów Wielkiego Kryzysu plus afery polityczne, podsłuchowe, inwigilacja mediów, wykorzystywanie urzędu skarbowego do prześladowania opozycji. Polityka zagraniczna, która dla jego poprzedników bywała odskocznią od krajowych problemów, dla Obamy okazała się jednym długim ciągiem katastrof.

Reset z Rosją był największym niedoszacowaniem intencji wroga od czasów Roosvelta. Nieudana próba nawiązania dialogu z muzułmanami, fatalne przemówienie w Kairze. Wycofanie się na tylnie siedzenie w wojnie z Libią, przestrzelone pogróżki pod adresem reżimu w Syrii, nieudolne wychodzenie z Afganistanu, odwrócenie się tyłem do Europy i połajanki pod adresem Izraela – dawno Ameryka nie przegrywała na tylu frontach i dawno nie zostawiała po sobie na świecie takiej próżni. Luki szybko wypełniają mocarstwa drugiej linii. Rosja w Gruzji i na Krymie, Chiny w sporach z Japonią, Wietnamem, Taiwanem.

To nie jest pierwszy raz kiedy Amerykańscy prezydenci swoją inercją napawają sojuszników przerażeniem. I to nie jest pierwszy raz kiedy swoją inercją pogrążają wiele wolnych narodów. Czy czeka nas powtórka z 1973 i 1979 i czy kiedy Ameryka się ocknie, nie będzie za późno.

W 1973 roku prezydent Richard Nixon, poturbowany aferą Watergate, był na tyle słaby, że wrogowie Izraela zdecydowali się na wojnę w Jom Kippur. Rok później padła delta Mekongu, po której nastąpił atak prorosyjskich komunistów na Południowy Wietnam.

W latach 1977-1979 Jimmy Carter, który również nawoływał do polityki resetu i nowej ery “schyłku” zimnej wojny, krok po kroku oddawał prosowieckim rewolucjonistom kolejne państwa Ameryki Środkowej – Nikaraguę, Honduras, Chile. Chiny najechały Wietnam, a czerwoni Kmerzy panowali w Kambodży. W Angoli panoszyli sie Kubańczycy, sowieci najechali Afganistan. A kiedy pół świata znowu było czerwone, prezydent Carter oznamił, że “dramatycznie zmienił zdanie co do prawdziwych intencji Moskwy”.

Brzmi znajomo? Różnica tylko w tym, że punktów zapalnych jest dziś jeszcze więcej. Afganistan wraca powoli w ręce ekstremistów. Al-Kaida znowu podnosi głowę. Korea Północna czeka na swoje pięć minut, nieustannie grożąc sąsiadowi. Chiny niemal co tydzień prowadzą do jakiejś konfrontacji, a Putin, po Krymie, lubieżnie rozgląda się po dawnych sowieckich republikach. Ukrainę przeistacza w drugą Syrię, a republiki nadbałtyckie drażni mowami o łaczeniu wszystkich rosyjskich ludów w jedno państwo.

Wystąpienia Obamy w Warszawie nie można traktować jako zmiany frontu. Nowego otwarcia, nowego języka w polityce zagranicznej. To dalej próba znalezienia konsensusu między niechętną eskalacji stosunków z Rosją Europą Zachodnią a przerażoną Europą Środkową. Miliard dolarów, zakłądając, że Kongres mu je przyzna, to pieniądze na manewry amerykańskich wojsk, i tworzenie zapelcza dla rotujących się oddziałów. Jak na razie żadnej nowej jakości . Obama, jak Carter w ostatnim roku swoich rządów, zdaje się rozumieć niektóre błędy, ale bezsilność, brak wsparcia do twardszej polityki zagranicznej, nie pozwala mu zaczynać od nowa. I jak za czasów Cartera, końcówka może być równie katastrofalna. Ale może być, jak to już też bywało, kiedy słaby prezydent Bush dla ratowania wizerunku zdecydował się zaatakować Irak, a przed nim, równie słaby skandalem z Moniką Lewinskym prezydent Clinton ruszył na Serbię, żeby zostawić po sobie obraz niezłomnego.

Cokolwiek ostatecznie się stanie, będzie wynikało nie z siły, ale ze słabości prezydentury Obamy. Jedno i drugie z trudnymi do przewidzenia konsekwencjami. Dla Polski oznacza, że nasze międzynarowe położenie, choć mocniejsze rozmaitymi paktami od tego 25 lat temu, to znowu pełne jest znaków zapytania. Jednym słowem amerykańska jazda bez trzymanki.

Inne wpisy tego autora

Wróblewski: Wolność jest dla właścicieli mediów

Prezes Warsaw Enterprise Institute Tomasz Wróblewski ocenił, że pozew Donalda Trumpa przeciwko największym mediom społecznościowym ma bardzo solidne podstawy. – Donald Trump bardzo rzeczowo i bardzo