Prawdziwe fałszywe wiadomości, czyli sojusz tronu i mikrofonu

Dariusz Matuszak
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Znane powiedzenie: „Nie kradnij, rząd nie znosi konkurencji” można dziś sparafrazować też tak: Internauto, nie kłam, media nie znoszą konkurencji.

Coraz częściej słyszymy o fake news, postprawdzie i podobnych określeniach mających opisywać  kłamstwa, którymi karmią się internauci. Określenia te zaczęły robić karierę w mediach po tym, jak Donald Trump wygrał wybory prezydenckie. Fake news, czyli fałszywe wiadomości rozsiewane w sieci miały zdecydować o jego zwycięstwie. 62 miliony Amerykanów dało się na nie nabrać. Preparowane były głównie przez wynajętych przez Rosjan trolli. Centrala całej operacji znajdowała się na wiosce w Macedonii . Test na brak inteligencji: to spiskowa teoria, czy nie? Jaka by nie była, to lansowana jest przez media głównego obiegu.

O problemie fake news zaczęlii wypowiadać się światowi przywódcy. Nieszczęsna Hillary Clinton odpowiedzialność za swą porażkę zrzuciła na siewców-internautów, którzy rozprzestrzenili „epidemię” (to jej określenie) fałszywych wiadomości mających pognębić ją, a wypromować konkurenta. Nieprawda powielana na milionach stron i kont zaczęła wpływać na decyzje, w tym wybory polityczne. Inaczej przecież Clinton wygrałaby. Obama i Juncker zaczęli wzywać właścicieli przeglądarek, wyszukiwarek, portali społecznościowych, by rozwiązali ten problem. Krótko mówiąc wezwali do cenzurowania. Temat oczywiście podchwyciły główne media, dla których obieg informacji w internecie stanowi prawdziwe zagrożenie. Po co oglądać tv i czytać gazety skoro kreowany spontanicznie internet dostarczy wszystkich treści. Problem wymyślony w USA, jak wszystko co amerykańskie ogarnia cały świat.

Oczywiście, że w internecie pojawiają się fałszywe, kompletnie zmyślone informacje. Oczywiście, że oprócz zwykłych internautów ich żródłem bywają rządy i ich służby, firmy, lobbyści, partie, stronnictwa. Problem jednak polega na lekarstwie, które jest gorsze niż choroba. Oto rządy, międzynarodowe instytucje, a zwłaszcza media zaczynają wzywać do zastosowania cenzury. Kto miałby decydować o tym co jest prawdą, a co fałszem, co oglądać, co czytać, kogo słuchać? Oczywiście tradycyjnie rozumiane media oraz rządy i ich służby. Problem ma rozwiązywać ten, który go wywołał.

Dawny sojusz tronu i ołtarza dziś został zastąpiony sojuszem tronu i mikrofonu. O skali tej symbiozy świadczą choćby amerykańskie wybory. Media w stosunku 96 do 4 popierały Clinton i demokratów (takie były proporcje wpłat od mediów na konta sztabów wyborczych kandydatów). Biały Dom wydaje rocznie 2 mld dolarów na działania PR i marketingowe. To więcej niż kosztowały kampanie wyborcze obydwojga kandydatów. Relacje mediów tak bardzo rozmijały się z obserwacjami obywateli, że naturalnym źródłem informacji dla tych ostatnich stał się internet ze wszystkimi swymi wadami i zaletami. Nagle okazywało się, że zamieszczająca swe komentarze na youtube Dolly z Idaho ma więcej oleju w głowie i zdrowego rozasądku niż gwiazda CNN Chris Cuomo – syn byłego demokratycznego gubernatora stanu Nowy Jork, ale za to brat obecnego. Dzięki sieci zaczął rodzić się spontaniczny, obywatelski, obieg informacji i to on zdecydował o zwycięstwie Trumpa – jeźdźca znikąd. Dziś rządzący i media chcą ten obieg zniszczyć, oczywiście w imię prawdy. Od 1972 roku Instytut Gallupa robi badania dotyczące wiarygodności amerykańskich mediów. Jeszcze nigdy poziom zaufania nie był tak niski. Tylko 8% Amerykanów wierzy im. 24% trochę wierzy, 68% nie ma do nich najmniejszego zaufania, czyli uważa, że kłamią, zmyślają, manipulują, a więc są podstawowym źródłem fake news. 

Inne wpisy tego autora

Nocne Polaków o Unii rozmowy

Nie uciekniemy przed tym. Problem nie zniknie, gdy jak dzieci zamkniemy oczy, zasłonimy uszy, schowamy się do szafy. Będzie narastał, pęczniał, aż kiedyś wybuchnie nam

Wycofanie Bidena

Gdy 30 sierpnia o godzinie 23:58 czasu miejscowego na lotnisku w Kabulu na pokład samolotu wszedł dowódca 82. Dywizji Powietrzno-Desantowej generał Chris Donahue prezydent Biden