Kto wygra wojnę handlową i dlaczego Trump

Dariusz Matuszak

Doceniasz tę treść?

Już przed wyborami wieszczono, że prezydentura Trumpa doprowadzi do załamania się gospodarki USA. Wraz z kolejnymi posunięciami miało być tylko gorzej. Teraz zaś, według ekspertów i takich tam, nakładając cła na stal i aluminium prezydent może wręcz doprowadzić do recesji na świecie. Oczywiście to bzdury powtarzane przez tych, którzy go nie znoszą i nie wyobrażają sobie, że przywódcą największego mocarstw może być ktoś kto nie uprawia politpoprawności i tak bardzo nie przypomina tych wszystkich mdłych, bezpłciowych przywódców innych państw. To zabawne obserwować jak podskakują i podrygują nadziewając się na jego wyciągnięty swobodnym gestem środkowy palec.

W dniu, w którym Biały Dom wprowadził cła na stal i aluminium z Unii, Kanady i Meksyku, co wywołało tak wielkie oburzenie w USA ogłoszono, iż bezrobocie wynosi 3,8%, a więc jest najniższe od 1969 roku (podobny wynik jeszcze przez moment odnotowano w roku 2000). Prognozy wzrosty gospodarczego w tym roku sięgają nawet 4,8%, a przedsiębiorcy mają poczucie, że machina dopiero się rozkręca, co pokazują badania dotyczące optymizmu na przyszłość.

W sprawie ceł Trump jest krytykowany z dwóch pozycji. Pierwsza jest aksjologiczna. Jeśli ktoś uznaje, że wolny globalny handel jest „dobry”, to musi krytykować wprowadzanie barier. Problem polega jednak na całkowitym niezrozumieniu kontekstów i rzeczywistości. Za „dobrą” ideę, można by uznać globalne rozbrojenie, pozbycie się arsenałów i odtąd przeznaczanie zaoszczędzonych środków np na rozwój medycyny itp. Tymczasem nikt, poza Niemcami, które szukając pieniędzy na imigrantów i socjal doprowadziły Bundeswehrę do ruiny, tego nie robi, bo nikt nie zaryzykuje swego bezpieczeństwa w imię szczytnej, globalnej idei.

Podobnie jest w handlu. By globalna wymiana handlowa była całkowicie wolna, bariery musieliby znieść wszyscy. Dlaczego więc Stany Zjednoczone miałyby narażać swój rozwój i dopuszczać na swój rynek kogo się da, skoro partnerzy tego nie robią.

Decyzja Trumpa krytykowana jest też jako niekorzystna dla Stanów z ekonomicznego punktu widzenia – jako taka, która doprowadzi do wojny handlowej, na której ucierpią wszyscy. Najbardziej zaś konsumenci w USA, bo droższa stal wpłynie na wzrost cen wielu innych towarów i przedsiębiorcy, którzy padną ofiarą odwetu ze strony Unii i Kanady. Trump zaś na to odpowiada: A na co nam „pokój handlowy”, który Ameryce przynosi rocznie 800 miliardów deficytu.

Nikt jakoś nie zauważa, że pierwsza kampania owej wojny handlowej już zakończyła się zwycięstwem Trumpa. W styczniu w Ameryce wprowadzone cła na panele słoneczne i pralki. W marcu na aluminium i stal z Dalekiego Wschodu. W odwecie Państwo Środka nałożyło własne taryfy na towary wartości 3 mld pochodzące z USA. Na rozpętanej wojence zaczęły tracić Chiny, Japonia i Korea Południowa, więc wszystkie trzy państwa siadły do rozmów handlowych. Efekt: Pekin otworzył swój rynek na amerykańskie towary wartości 50 miliardów dolarów. Do Chin trafia gaz, soja, wołowina etc. W marcu nastąpiła rewizja umów handlowych z Koreą: podwojono m.in. liczbę samochodów jakie każda z amerykańskich firm motoryzacyjnych może sprzedać w tym kraju. Podobnie jest z Japonią. W powietrzu latają jeszcze oświadczenia o wolnym handlu, nieprzestrzeganiu reguł, ale kampania Dalekowschodnia jest już zakończona. Trump praktycznie zamknął front po drugiej stronie Pacyfiku.

Pozostały UE i Kanada. Nie trzeba być Sun Tzu, by wiedzieć, że wypowiadając wojnę należy ocenić potencjał i zasoby przeciwnika, a także zdolności generałów.

Na północy jest Kanada z potencjałem 1/12 tego co ma USA i z pajacem Trudeau jako wodzem z piórkiem, niczym włoski marszałek Ugo Cavallero. Tuż po wprowadzeniu ceł dumny Trudeau oznajmił o krokach odwetowych i opublikowano listę amerykańskich towarów, na które nałożono cła.

Jest na niej niemal wszystko co można znaleźć na Jarmarku Dominikańskim i odpuście w Licheniu. Oprócz aluminium i stali są ogórki, lakier do włosów, pizza, keczup musztarda, dżem truskawkowy,jogurt, długopisy dmuchane łodzie, sok pomarańczowy, syrop klonowy, papier toaletowy etc.

Zwłaszcza ta ostatnia pozycja wstrząsnęła Amerykanami. Jeden z komentatorów stwierdził, że w tym względzie Kanada ma tak wielkie zasoby naturalne, że to doprowadzi do upadku przemysł papieru toaletowego. Zaś Sekretarz Stanu Mark Pompeo opublikował Twitta w którym napisał” Ten facet chce wygrać wojnę handlową z Prezydentem Trumpem” i dołączył film pokazujący jak ubrany we wdzianko z hinduskiej Cepelii Trudeau pląsa do muzyki w czasie swej wizyty w Indiach.

Jak się jednak okazało stworzeniu tej listy towarów przypominającej inwentaryzację bazaru, towarzyszył głęboki polityczny namysł o czym obwieściła minister spraw zagranicznych Kanady Chrystia Freeland. Otóż Kanadyjczycy dobrali towary tak, by uderzyć w firmy, które mają siedziby w stanach, w których w listopadzie odbędą się do wybory do Kongresu i na gubernatorów, i gdzie poparcie dla Republikanów jest chwiejne. Przedsiębiorstwa te i ich pracownicy mają stać się ofiarami polityki Trumpa, więc Kanadyjczycy liczą na głosowanie na Demokratów.

Głupie to niemożebnie. I ideologiczne podejście do wojny handlowej i pochwalenie się nim. Towary objęte cłami mają wartość 16, 6 mld dolarów. Jeśli odliczyć wartość stali i aluminium, i pozostałą kwotę podzielić na resztę towarów, to wyjdzie,  że każdy z tych rozproszonych ciosów waży tyle co hinduska kurta, w której tańcował Trudeau.

Biorąc pod uwagę zdolności mobilizacyjne Amerykanów i wzmożenie patriotyczne, to okaże się że przestaną kupować w Kanadzie syrop klonowy i zastąpią go tym z Vermontu, który oclił Trudeau, przestaną pić kanadyjskie piwo i whisky Caribou. Amerykański sekretarz obrony generał Mattis wyśle dodatkowe porcje pizzy i keczupu do wojsk w Iraku i Afganistanie, Straż Przybrzeżna kupi kilka dodatkowych łodzi dmuchanych, Polacy z Jackowa i Kolorado zjedzą po kilka dodatkowych ogórków, a Ukrainki z New Jersey załatwią problem lakieru do włosów. Na koniec jeszcze widzowie doprowadzą do wyrzucenia z pracy kanadyjskiej gwiazdki telewizyjnej Samanthy Bee, która w swoim cotygodniowym programie amerykańskiej stacji telewizyjnej TBS, nazwała córkę Trumpa „piz.ą” (dosłownie).

Tak więc będzie wielki propagandowy szum wokół decyzji Kanady, a samo posunięcie okaże się kompletnie bez znaczenia. Taka to mniej więcej będzie skala

Nie wiem, czy Trump zemści się cląc kanadyjskie kije hokejowe, ale pamiętliwy jest i na pewno nie odpuści Trudeau prób mieszania się w wybory. Możliwe, że zniesienie kolejne regulacje na dobycie paliw kopalnych (o ile już wszystkich nie zniósł) i pozwoli w Północnej Dakocie zassać trochę ropy z terytorium kanadyjskiej Manitoby i z Saskatchewan.

O tym, jak Trump traktuje Trudeau świadczy choćby to, że premier Kanady w ubiegłym miesiącu przez ponad tydzień przebywał w USA,  a prezydent nawet nie znalazł dla niego czasu. Sami zaś Kanadyjczycy będą pili droższy sok pomarańczowy z Florydy, albo jeszcze droższy z Hiszpanii, lub Maroka.

Wszelacy eksperci jak sobie to przeczytają mogą się podśmiewywać z tego ich zdaniem niepoważnego opisu, ale gwarantuję, że tak to będzie mniej więcej wyglądało. Taka będzie wojna handlowa USA – Kanada.

A co na froncie europejskim? Stany Zjednoczone i Europa to dwa kontynenty. Podobne mają zasoby i potencjał z tym, że USA militarnie i kulturowo to pół świata. Pozostaje problem dowództwa w Europie. Jeszcze od czasów Kissingera wciąż w USA pozostaje aktualne pytanie: „Jeśli chcę załatwić coś w Europie, to do kogo mam dzwonić”. No właśnie, czyj numer dziś wykręcić? Macrona? Merkel? Junckera? A może Tuska? Wiadomo, że nie do May, bo ona i tak za chwile nie będzie szefową rządu, a sama Wielka Brytania znajdzie się poza UE.

Juncker zapowiedział kroki odwetowe i cła na Harleye, whiskey i dżinsy. I co dalej? Kto w Europie ułoży wspólną listę amerykańskich towarów i działań odwetowych? Może Frederica Mogherini – Wysoki przedstawiciel Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa (nic nie poradzę, że ma taki tytuł).

Może wstępne propozycje przygotują w Berlinie i Paryżu, a potem będą je uzgadniać z Junckerem, poszczególnymi komisarzami, a potem państwami członkowskimi? Pomysł z Paryża nie musi spodobać się w Madrycie, Wiedniu, czy w Rzymie i tak to sobie będzie trwało. Żadna gadanina o stanowczości i europejskiej solidarności nic nie pomoże. Każdy będzie szukał swego interesu, o czym przekonujemy się choćby przy okazji Nord Stream II.

Ostatni pokaz stanowczości mieliśmy w wykonaniu Francuzów. Po tym jak Trump oznajmił, że wycofuje się z układu z Iranem, Bruksela usty swego Junckera buńczucznie zapowiedziała, że umów dotrzyma i będzie robić interesy z Teheranem. Na co prezydent USA odpowiedział, że niestety bynajmniej ale jak ktoś chce robić biznes z reżimem ajatollahów, to niech zapomni o interesach z USA. Wystarczył miesiąc, by francuski Total poinformował o wycofaniu się z wielomiliardowej inwestycji w Iranie w gaz.

W Europie będą ględzić i się odgrażać, Trump zaś będzie działał, aż doprowadzi do zniknięcia z Piątej Alei w Nowym Jorku Mercedesów i BMW i zastąpienia ich Cadillacami i Lincolnami, co zapowiedział. Oczywiście jest to symboliczne, ale jasno pokazuje zamiary – dojście do równowagi handlowej pomiędzy USA, a Europą, poprzez zniesienie barier unijnych na amerykańskie towary, albo zniesienie w USA ulg na produkty z Europy. Ciekawe co Hiszpanie, Włosi i Francuzi poświęcą dla dobra Mercedesa, BMW i ThyssenKruppa.

W tej grze Trump nie ma przeciwników, bo ci są niedecyzyjni i rozproszeni. Stany Zjednoczone są praktycznie jedynym samowystarczalnym krajem świata. Kilka miesięcy temu zaczęły nawet eksportować ropę. Amerykanie przeżyją bez francuskich serów i wina, hiszpańskich oliwek i torebek Louis Vuitton. Te ostatnie kupią zresztą w Dubaju.

Inne wpisy tego autora

Czy Republikanie nie chcą pomagać Ukrainie?

Jeszcze pod koniec stycznia, miesiąc przed napaścią Rosji na Ukrainę, na konferencji prasowej prezydent Joe Biden mówił, iż „mały najazd” spowoduje dla kremlowskiego reżimu „małe

Prywatne sankcje gospodarcze

Do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze, pieniądze. Niektórzy przypisują te słowa Napoleonowi Bonaparte, a inni twierdzą, że tylko powtórzył je za kondotierem